Kultura

Schodowski, Sosnowski: Ćwiartowanie Hegla (2)

Filozofia umarła z chwilą narodzin. Kres był w nią wpisany już od zarania, dlatego każdy wielki myśliciel chciał być ostatnim filozofem.

Bartosz Wójcik: Czy tego dialektyka jako taki obły i niewywrotny system nie wykazuje podobieństwa wobec swojego głównego wroga: kapitalizmu)? To kapitalizm jest tym systemem, który każdą formę oporu kolonizuje i wpisuje w swoją wewnętrzną logikę.  To w kontekście Hegla skłania do postawienia pytania: w jaki sposób Hegel może być inspirujący dla krytyki współczesnego kapitalistycznego ładu? 

Maciej Sosnowski: Odpowiedzią może być odwołanie do Marksa: ten problem na gruncie teorii jest nierozwiązywalny – Hegel dotarł do granic możliwości teorii jako takiej. Próbując przepracować moment krytyczności myślenia, natrafiamy na paradoks: im bardziej myślenie jest krytyczne, tym więcej produkuje zasklepiająco-afirmatywnych względem rzeczywistości kompleksów ideologicznych, bo tym bardziej jest w sobie zadufane, niebaczne na swoje mankamenty, na swoje uwikłania. Dlatego jedyny sposób polega na wyjściu poza teorię, czyli na zwróceniu się w stronę praxis – w stronę rewolucji. Jeśli nie po drodze nam z rewolucją, to jesteśmy zmuszeni zaakceptować tą dziwną, reprodukującą się maszynkę refleksji (bo nie ma innego myślenia niż dialektyczne). Więc albo myślimy i pozostajemy w ramach tego zaklętego koła, afirmujemy jakoś tam, choćby pokątnie, cały ten parszywy kapitalizm, albo przestajemy myśleć i inwestujemy w coś niby fajniejszego, ale to zawsze okazuje się inwestycją w gołą, straszną przemoc. 

Jacek Schodowski: Muszę się w tym miejscu z Maćkiem nie zgodzić. Uważam, że jest dużo przykładów myślenia niedialektycznego. Dialektyka wcale nie ma monopolu na myślenie. Tego m.in. uczy nas psychoanaliza. Pokazuje, że nie ma myślenia jako takiego. Mamy raczej różne rodzaje myślenia, uwarunkowane różnymi konfiguracjami libidalnymi i Hegel realizuje zaledwie jeden z możliwych modeli myślenia.

Co zyskuje psychoanaliza od heglowskiej dialektyki i przede wszystkim dlaczego jest potrzebna Heglowi?

JS: Wbrew powszechnej opinii, za którą stoją przede wszystkim tekst myślicielek i myślicieli z Lublany, prawie żaden z psychoanalityków, może z wyjątkiem Lacana i może kilku innych (np. Marcuse, jeśli uznać go za psychoanalityka), nie odczuwał bezpośredniej potrzeby konfrontowania się z Heglem. Sam Freud nie obcował z dziełami Hegla.

Niemiej jednak tym, co może zaoferować psychoanaliza Heglowi, jest oczyszczające przemierzenie heglowskiego fantazmatu, którym jest właśnie ten koherentny, niewywrotny i wszystkożerny system. Natomiast w drugą stronę, nawet taki wykastrowany Hegel, przemianowany z totalizującego myśliciela na myśliciela niekonsystencji, jest w stanie dać psychoanalizie ramę, chroniącą ją przed popadnięciem w mieszczański partykularyzm i złą jednostkowość. 

A czy nie jest przypadkiem tak, że psychoanaliza kastrująca Hegla z totalistycznych fiksacji, sama realizuje fantazję o omnipotencji i nieomylności? Przecież zarzuty, które stawia Heglowi, zostają potem postawionej jej samej…

JS: No tak, dlatego są sobie bliskie! Podstawową różnicę między nimi można pokazać na pewnej metaforze: jest to walka bokserów wagi ciężkiej, dwóch na tyle dobrych zawodników i dysponujących na tyle odmienną techniką, że są w stanie zadawać sobie odmienne ciosy, a nie tylko zderzać się wciąż w tych samych miejscach. 

Teraz chciałbym zwrócić się do ciebie, Maćku, jako heglisty. Czy właśnie najbardziej wyzwalające nie jest w Heglu to, że przyznał się i wziął na klatę myślenie ze swoimi wszystkim kolonizującymi i zawłaszczającymi tendencjami? Słowem, mówił o tym, co inni – a w szczególności cała rebelia antyheglowska – głęboko wypierali, nie mogąc się jednak nigdy ostatecznie wyzwolić od „przymusu racjonalności”. Hegel jako jeden z niewielu był w stanie spojrzeć totalności myślenia prosto w oczy i wytrzymać w tym spojrzeniu. 

MS: Ten XX-wieczny pucz antyheglowski czy junta gen. AntyHegla swoje prawdziwe źródło i dobrze funkcjonujący silnik zawdzięcza nie uwspółcześnianemu Spinozie, nie nawet Nietzschemu czy Schopenhauerowi, ani żadnemu innemu XIX-wiecznemu filozofowi, tylko Heideggerowi. To właśnie Heidegger podsumował i zebrał w nową całość dotychczasowe krytyki Hegla i przede wszystkim rozpisał dla nich nowy kontekst, szeroki, dziejowy horyzont, czym uwiódł całe pokolenia. Na przykład wszyscy francuscy antyhegliści brali za dobrą monetę próbę Heideggera, aby wymyślić nowe myślenie, nieuwikłane w myślenie około-heglowskie. Mianowicie takie, które pozwalałoby nam uciec od tej pułapki uogólniania, reifikacji,  kolonizacji czy zawłaszczania. Myśl ta – mesjańska w swojej strukturze – wierzy, że jest jakaś tajemnicza kraina, która kryje się już tuż, tuż, niedaleko, na wyciągniecie ręki i gdzie się czwórnia rzetelnie wyistacza z bruzd oranej gleby czy coś w tym stylu. Heidegger najbardziej precyzyjnie opisuję tę tęsknotę, aby myśleć na nowy sposób, tęsknotę podszytą irytującym mnie na przykład resentymentem do myślenia dotychczasowego. W tym sensie nieomal cała filozofia XX wieku jest tyle inspirowana przez Hegla, co przez tego mesjanizującego Heideggera. Ciekawy jest przypadek Derridy, początkowo mocno zafascynowanego Heideggerem, od którego stopniowo się zdystansował, właśnie między innymi za sprawą pogodzenia się z Heglem. A jego mesjańskość bez mesjasza wyraża mniej więcej to, co heglowskie dictum, że myślenie nie prowadzi donikąd poza tym myśleniem.

JS: Moim zdaniem heglizm Derridy czy Heideggera jest neurotycznym, samonapędzającym się ciągiem, nieprzerwanym procesem myślenia samego myślenia. Psychoanaliza dostarcza instrumentów, które pozwalają wyinterpretować inny heglizm: psychotyczny czy perwersyjny. Z perspektywy perwersyjnej cały sęk heglizmu polega na tym, że przepracowuje on swój fantazmat – czyli posuwa do granic możliwości myślenie myślenia. Wtedy pozostaje to, co najciekawsze z Hegla: skonfrontowany ze swoją fundamentalną fantazją o omnipotencji otwiera się na ruchy różnicowania i przygodności.  Wydaje mi się, że pośród współczesnych myślicieli taki heglizm reprezentuje Alenka Zupančič. Swoją drogą można by spróbować pomyśleć także Hegla psychotycznego czy obsesyjnego.

MS: Idąc tym tropem przekraczania fantazmatu, można powiedzieć, że młody Hegel jest psychotykiem. Posiada jeszcze wtedy niezachwianą wiarę w to, że jest jakiś taki punkt syntetyzujący, do którego dążymy czy nawet który nieświadomie już jakoś realizujemy. Punkt ten przecina wszystko i wszystko zbiera, jest jądrem i radykalnym zerwaniem, nie-pozytywnym zewnętrzem, z którym można się w pełni utożsamić. W tym sensie historia formowania się samego Hegla jest historią przechodzenia z psychozy młodzieńczych pism na dobrze przepracowaną mieszczańską neurozę – pełną świadomość porażki, która pozwala jednak zarówno żyć i wykraczać poza to, co dane. 

Dochodzimy chyba do kluczowego momentu tej dyskusji. Wspomniałeś o dojrzałym mieszczańskim Heglu, faktycznie w opinii wielu teoretyków uchodzi on za ojca założyciela nowoczesnego mieszczańsko-liberalnego urządzenia. Czy wobec tego, krytyk inspirowany Heglem może uprawiać tylko krytykę immanentną czy krytykę lojalną, jak ma to miejsce chociażby w późnej teorii krytycznej u Habermasa i Honnetha? Naczelnym postulatem tej krytyki byłaby materialna, tj. społeczno-ekonomiczna realizacja formalnych gwarancji powszechnej wolności i równości nowoczesnego ładu demokratycznego. Czy też może, jak chciałby np. Žižek,  problem nie leży w niepełnej czy patologicznej realizacji dobrej zasady, tylko w samej tej zasadzie? A wtedy taki model krytyki należałoby nazwać krytyką transcendentną. Słowem, czy heglizm jest krytyką immanentną czy transcendentną, czy jest reformą, czy rewolucją? 

MS: To brzmi jak świadectwo jakiejś obsesji, ale wydaje się, że heglowskie dictum jest takie, że nie ma innej krytyki niż immanentna. Jest ten wczesny tekst Hegla o krytyce, który niby w kontrze do Kanta mówi, że rozum realizuje się tylko i wyłączenie w historii myślenia, a ta, jak wiadomo, nie jest krainą szczęśliwości, tylko coraz to kolejnych porażek, pobłądzeń, itp. I to jest właśnie rozum. W związku z tym myślenie krytyczne zawsze startuje z tego samego poziomu, co myślenie krytykowane – bo jest takim rozumem. Nie ma możliwości krytykować z zewnątrz, to jest nie-krytyczna iluzja, że jest takie zewnętrzne kryterium, i taki Žižek w swej mega-krytyczności wpada w pułapkę ideologii. Ale sprawa się oczywiście komplikuje, bo gdy na przykład Hegel pisze, że nie wolno zaczynać od absolutu, jakby to była kwestia jakiegoś gwałtownego natchnienia jak wystrzał pistoletu, to w kontekście całości jego dorobku nie do końca wiadomo, czy chodzi mu o to, że absolut po prostu jest czymś innym niż taki wystrzał – taki punkt, takie gwałtowne zerwanie – czy jest tak, że nie wolno do niego tak na łapu-capu dochodzić, choć on sam rzeczywiście jest taki właśnie „poza”. Ja jednak cały czas pragnąłbym wyczytywać z Hegla wszystkie te momenty, te fragmenty, które interesowały tradycyjnych, spokojniejszych interpretatorów: Avineriego, Siemka, Honnetha, ale także Derridę. Można z nich złożyć Heglowski obraz demokracji bez demokracji, czyli takiej która musi nieustannie nad sobą pracować, siebie przekształcać, gdyż jest pozbawiona trwałej istoty czy substancjalnego zasklepienia. Do tego sprowadza się heglowska filozofia społeczna, przynajmniej w swoich najlepszych fragmentach. Tak naprawdę, najważniejsza jest tutaj kwestia decyzji, co znakomicie rozpoznaje młody Lukács w Bolszewizmie jako problemie moralnym. Stawia on sprawę na ostrzu noża: albo będziemy robić nieustannie drobne, wręcz przezroczyste zło, krok po kroku, albo wykonamy spektakularne zło radykalne, aby oczyścić teren i dokłamać się do tego ostatecznego dobra. A jeśli już chodzi o alternatywę reforma czy rewolucja, to wiadomo, że dla Hegla nie ma rewolucji bez reformacji. O dziwo, późny Lukács powtarza to sformułowanie Hegla, nawet je radykalizując, ponieważ utożsamia te dwa momenty: rewolucja jest nieustanną reformacją bytu społecznego i tyle!

JS: O, pod tym to się podpisuję oboma rękami! Mimo, że Hegla inaczej ćwiartuję niż Maciek, to krytyka immanentna bez wątpienia nas łączy. 

Czy dialektyka nie może czasami służyć jako maska dla tchórzostwa i cynizmu? Jak w takim razie odróżnić refleksyjny ruch krytyczny od równie refleksyjnego jałowego bezruchu? Jak można odróżnić dobrego mieszczanina zapośredniczającego od mieszczanina cynicznego?

MS: No tak, w jaki sposób z jednej strony zagwarantować pogodzenie, które nie jest oportunizmem, gdyż zawsze zawiera w sobie wyrwę, pęknięcie, a z drugiej strony uchronić to pogodzenie przed skamienieniem i petryfikacją w postaci cynizmu właśnie… Niby to jest dla myślenia irrelewantne, czy jakaś jednostka realizuje tutaj „imperatyw” cyniczny czy jakikolwiek inny – bo to jest wtórne wobec rzeczywistego efektu ich działań, a ten zawsze jakoś tam ma być w porządku. Chytrość rozumu rzeczywiście jest chytra. 

No ale czy to nie jest właśnie cynizm czystej wody? 

MS: Ale jaki ma być ten byt społeczny, aby nie pozwalał się zbyt mnożyć ani naiwnościom fanatyzmu ani cynizmowi? To jest problem o tyle nierozwiązywalny, że zawsze, w nowych konfiguracjach, jakoś tam nawiedza spekulatywność jako taką. Spekulacja ciągle pracuje nad swą ideologicznością – a cynizm to jednak pokrętna ideologia. Sam Hegel podejmował ten problem nieraz w „Fenomenologii ducha”, analizując choćby fenomen „pięknej duszy”.

JS: Tak naprawdę jest to dylemat między perwersją a histerią. Perwersyjnym inkorporowaniem prawa, w celu jego ponownej inscenizacji a histerycznym krzykiem przeciw prawu, z którym histeryk nigdy się nie pogodzi. W tym sensie perwersja może mieć strukturę cynizmu: znam literę prawa, ale nic sobie z tego nie robię. Obie te pozycję są przed-analizowalne i w tym względzie ponownie pomocna jest psychoanaliza, ponieważ pozwala wypracować jakąś trzecią drogę. Tu warto jeszcze nawiązać do relacji Hegla i podmiotu poanalizowalnego. Moim zdaniem gdyby Hegel położył się na kozetce, napisałby „Finnegans Wake”! 

Na koniec zapytam o koniec: czy zgadzacie się z taką anegdotyczną definicją „Filozofia – r. ż, gatunek kulturowy, który powstał w 387 roku p.n.e. w gaju Akademosa, a wyginął w Norymberdze w roku 1816, wraz z publikacją 3 tomu 'Nauki Logiki’”?

MS: Ja bym się zgodził z tym dialektycznie, czyli bym się nie zgodził. Mam wrażenie, że jeśli używamy takiej metaforyki, to filozofia umarła wraz z chwilą narodzin. Kres tego przedziwnego gatunku literackiego był weń wpisany już od zarania, dlatego każdy wielki myśliciel chciał być ostatnim filozofem – podsumowaniem i spełnieniem. Wydaje się, że w nowoczesności Hegel najbardziej przekonująco pokazał ten splot, ale jednocześnie w tym najbardziej przekonującym pokazaniu pokazał, że moment ten z koniecznością reprodukuje sam siebie.

Filozofia nie polega na niczym innym niż nieustannym kończeniu samej siebie. Ciągłym kończeniu. Wydaje się, że w nowoczesności Hegel najbardziej przekonująco pokazał ten splot, ale jednocześnie w tym najbardziej przekonującym pokazaniu pokazał, że moment ten z koniecznością reprodukuje sam siebie. Wystarczy wziąć pierwsze fragmenty „Nauki Logiki” żeby zobaczyć, że początek i koniec to dwa ideologiczne momenty ruchu, idzie zaś o to, aby uchwycić sam ten ruch.  A to jest możliwe tylko wtedy, gdy spetryfikuje się moment końca…

JS: Ja się z anegdotą nie zgadzam, ale z Maćkiem już tak. Tylko moim zdaniem najlepszą materializacją tak pomyślanej filozofii jest właśnie Deleuze. Wszelkie tezy o śmierci filozofii zawsze były dla mnie głęboko podejrzane i grubo przesadzone. Nie mogę sobie wyobrazić żadnego sensownego powodu dlaczego filozofia miałby umrzeć, dlatego, że filozofia jest niczym innym niż produkowaniem pojęć. Tak ustawiając sobie sprawę, łatwo dostrzec, że koniec filozofii byłby jednocześnie końcem myślenia.

Czytaj pierwszą część rozmowy

Wywiad jest częścią cyklu rozmów, które podsumowują pierwszy rok kilkunastu stałych seminariów prowadzonych w Instytucie Studiów Zaawansowanych. Aby przedstawić treść każdego z nich szerszej publiczności, poprosiliśmy wybranych studentów o przeprowadzenie rozmów z prowadzącymi, które ukazują się obecnie w Dzienniku Opinii.

  

Czytaj także:

Jerzy Osiatyński: To nieprawda, że kryzys musi się wyszumieć

Maciej Gdula: Rzeczywistość stawia opór

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij