Film

Marzenie ściętej głowy [recenzja „Zielonego rycerza”]

Próba interpretacji „Zielonego rycerza” przypomina badanie wielkiej, tajemniczej, pogrążonej w mroku komnaty z latarką ręku. Światło pozwala dojrzeć jej fragment, otacza go jednak zawsze ukryta w mroku, nęcąca tajemnicą przestrzeń. Pisze Jakub Majmurek.

Zielony rycerz należy do tych filmów, które natychmiast po zakończeniu seansu chce się obejrzeć jeszcze raz. Przede wszystkim po to, by upewnić się, co się właściwie stało. W przypadku filmu Davida Lowery’ego trudno bowiem nie tylko jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie „co to wszystko właściwie znaczy”, ale także na to: „co właściwie wydarzyło się na ekranie?”. Kluczowe momenty narracji pozostają nierozstrzygnięte, pozostawione interpretacji widza. Po seansie czujemy się jak osoba zbudzona z cudownego snu, który w trakcie śnienia wydawał się niezwykle jasny i znaczący, ale po przebudzeniu jego wspomnienia zaczynają się zacierać, a sensy uciekać.

Albo jak profan, który wziął udział w tajemniczej, podniosłej ceremonii jakiejś ezoterycznej religii i choć wie, iż doświadczył czegoś niezwykłego, to znaczenie rytuału i jego poszczególnych części pozostaje dla niego zagadką.

Sny i halucynacje

Film jest adaptacją czternastowiecznego poematu, osadzonego w świecie arturiańskich legend. Jego główny bohater to Gawain, rycerz na dworze króla Artura. To on podejmuje wyzwanie rzucone rycerzom Camelotu przez Zielonego Rycerza – olbrzyma w zieleni, na zielonym koniu. Śmiałek ma uderzyć Zielonego Rycerza jego własnym toporem bojowym – a on przyjmie cios nie broniąc się, w dodatku śmiałek zatrzyma broń, jaką nie może poszczycić się żaden inny wojownik. W zamian za to, za dokładnie rok  Zielony Rycerz zwróci ten sam cios rycerzowi, który podjął się zadania.

Film Lowery’ego nie jest jednak typową filmową fantasy osadzoną w świecie arturiańskich legend. Reżyser do konwencji filmowej fantastyki baśniowej podchodzi równie swobodnie, co do gatunkowych wzorców filmu grozy w swojej znakomitej Ghost Story. W Zielonym rycerzu mamy co prawda wszystkie elementy porządnej filmowej fantasy: średniowieczny świat, rycerzy, magię, tajemnicę, bohatera wyruszającego na misję i przechodzącego przez kolejne próby w trakcie swojej podróży. Nic nie działa jednak tak, jakbyśmy się mogli spodziewać.

Przede wszystkim reżyser nie spieszy się ze swoją historią, zamiast trzymającej w napięciu filmowej przygody i montażu atrakcji otrzymujemy kontemplacyjny pejzaż niesamowitego świata rządzącego się logiką snu, halucynacji i niesamowitości. Zielony rycerz przypomina raczej Stalkera Tarkowskiego niż Grę o tron. Lowery w istotnych miejscach wprowadza też modyfikacje w tekst poematu, co jeszcze bardziej komplikuje jego sensy i ostateczną wymowę.

Pierwsze odejście od litery tekstu pojawia się już w otwierającej sekwencji. Rozgrywa się ona nie w Nowy Rok, ale w Boże Narodzenie. Z udziału w dworskich uroczystościach wymiguje się matka Gawaina, w filmie siostrzenica króla. Sceny przybycia Zielonego Rycerza, wyzwania jakie rzuca towarzyszom Artura i reakcji Gawaina montowane są z obrazami jakiejś tajemniczej, religijnej, lub magicznej uroczystości, której przewodniczy matka rycerza.

Może wieczne średniowiecze wreszcie kiedyś trafi szlag

Domyślamy się, że kobieta najpewniej jest czarownicą. W arturiańskich legendach czarownicą była przecież przyrodnia siostra Artura, Morgana. W średniowiecznym poemacie to właśnie Morgana, a nie matka Gawaina, stała za pojawieniem się tajemniczego Zielonego Rycerza.

W jakim celu matka Gawaina miałaby przywoływać tajemniczego rycerza w zieleni? Morgana, w niektórych wersjach arturiańskiego mitu, spiskowała przeciw własnemu bratu, by na tronie osadzić swojego zdeprawowanego syna Mordreda.

W poemacie, gdy rycerze wydają się  nie mieć odwagi podjąć wyzwania Zielonego Rycerza, decyduje się zrobić to Artur – Gawain zgłasza się jednak w ostatniej chwili na ochotnika, ubiegając swojego króla. Być może także w filmie matce Gawaina chodzi o to, by pchnąć bezdzietnego monarchę pod topór tajemniczej postaci i zapewnić swojemu dziecku – siostrzeńcu króla – przyspieszoną sukcesję.

Kwestia klucza

Wszystko te motywy podsuwają pierwszy interpretacyjny trop. Być może Zielony rycerz jest mrocznym, szekspirowskim dramatem władzy. Prawdziwym „zielonym rycerzem” nie jest tajemniczy przybysz, ale sam Gawain. Młody, niedoświadczony, „zielony” w świecie politycznej intrygi, ze swoimi dziecięcym pojęciem honoru i rycerskości dostaje się w tryb dworskiego spisku, którego logiki nie jest w stanie pojąć. Psuje nieświadomie plan swojej matki i zamiast w przyspieszonym trybie objąć po wuju koronę wydaje na siebie wyrok śmierci.

Przesunięcie daty przybycia tajemniczego rycerza z nowego roku na Boże Narodzenie przybliża wydarzenie otwierające opowieść Gawaina do zimowego przesilenia. To podsuwa kolejny interpretacyjny klucz, pozwalający odczytać film Lowery’ego jako ekologiczną przypowieść. Zimowe przesilenie to dzień symbolicznego zwycięstwa światła nad ciemnością. Po najdłuższej nocy roku, dzień zaczyna się ponownie wydłużać, zwiastując przyszłe przyjście wiosny i odrodzenie sił natury. Zielony Rycerz mam być jej ucieleśnionym symbolem. Zwłaszcza w wersji, w jakiej przedstawia go Lowery: w filmie jest on czymś w rodzaju wielkiego, chodzącego i mówiącego drzewa.

Jeśli ten trop byłby prawdziwy, w rytuale, któremu przewodniczy matka Gawaina wcale nie chodziłoby o władzę, ale o cykl pór roku, wegetacji, odradzania i obumierania natury.

Także w tej interpretacji opowieści Gawain zachowuje się jak ktoś „zielony”, „niedoświadczony”, pozbawiony niezbędnej wiedzy. Nie rozumie gry do jakiej zaprasza go tajemniczy rycerz. By ją wygrać nie musi przecież zabić tajemniczego przybysza. Wystarczyłoby zadać lekki, symboliczny cios – ledwie naruszyć korę – a chwała i cudowna broń należałyby do Gawaina. Niesiony młodzieńczą brawurą i agresją chłopak pozbawia jednak Zielonego Rycerza głowy – samemu skazując się na podobny los za rok. Tajemniczy przybysz nie umiera bowiem od czegoś tak banalnego jak dekapitacja, bierze głowę pod pachę i przypomina Gawainowi o spotkaniu w następne święta.

Współczesnego widza kusić będzie, by w tej historii dostrzec alegorię antropocenu, rabunkowego podejścia do środowiska naturalnego i katastrofy klimatycznej – wyroku jaki być może sami wydaliśmy na siebie, podobnie jak Gawain.

Jakich kluczy nie przykładalibyśmy jednak do tego niezwykłego filmu nigdy nie otwierają one wszystkich obecnych w nich drzwi. Próba interpretacji dzieła Lowery’ego przypomina badanie wielkiej, tajemniczej, pogrążonej w mroku komnaty z latarką ręku. Światło interpretacji pozwala dojrzeć jej fragment, otacza go jednak zawsze ukryta w mroku, nęcąca tajemnicą przestrzeń.

Co wydarzyło się naprawdę?

Na końcu nie jest jasne jak właściwie kończy się historia Gawaina. Nie wiemy która z dwóch ostatnich sekwencji ma fantazmatyczny charakter, a która wydarzyła się – w świecie przedstawionym filmu – naprawdę. Czy to stary Gawain wspomina swoje drugie spotkanie z Zielony Rycerzem, czy to młody Gawain wyobraża sobie swoją przyszłość.

Być może – film też pozostawia tę interpretację otwartą – rycerz ginie na samym początku swojej wędrówki.  Gdy tylko Gawain opuszcza Camelot, by dotrzeć na spotkanie z Zielonym Rycerzem w umówionym terminie, napada go grupa rabusiów. Wiąże go i zostawia w lesie. Kamera obraca się wokół własnej osi, w pewnym momencie widzimy szkielet, związany i ułożony podobnie jak rabusie zostawili Gawaina. Gdy zastanawiamy się czy obrót oznaczał upływ czasu i czy to nasz bohater leży martwy, pokonany na samym początku swej misji, kamera obraca się dalej i widzimy młodego rycerza próbującego się uwolnić.

Nie można jednak wykluczyć, że Gawain zginął, a cała historia jego wędrówki pokazana w filmie to mity i legendy, jakie powtarzają sobie ludzie, niezdolni pogodzić się z tym, że przygoda tak obiecującego bohatera skończyła się tak absurdalnie. Równie dobrze to, co widzimy, może być wizją niespokojnego ducha Gawaina. Rycerza, który stracił głowę w swojej pogoni za rolą bohatera.

Popęd mitologiczny, potrzeba tworzenia mitów i opowiadania przenoszących je historii wraca we wszystkich wątkach filmu. Gawain podejmuje wyzwanie tajemniczego nieznajomego, bo chce zapisać się w wielkiej opowieści o Rycerzach Okrągłego Stołu. W średniowiecznym poemacie Gawain uczy się ostatecznie, że czasem trzeba zaakceptować to, że rzeczywistość nie zawsze dorasta do heroicznej opowieści – w tym nasze wyobrażenia o nas samych, naszym honorze, odwadze, bohaterstwie.

Turbopatriotyzm proponuje powrót do wspaniałej przeszłości

Film Lowery’ego pokazuje, że nie zawsze jesteśmy w stanie zaakceptować tę prawdę. Że musimy albo wolimy powtarzać wielkie mity, legendy, zaklęcia, opowieści o magach, rycerzach, bohaterach, dobrotliwych monarchach.

Zielony rycerz snuje swoją historię w absolutnie zachwycająco filmowy sposób. Być może nie każdego ten film przekona, opinie widzów i krytyków są biegunowo odmienne. Jeśli jednak damy się ponieść jego rytmowi, estetyce, pełnej zagadek i wieloznaczności narracji, przeżyjemy coś filmowo cudownego.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij