Czytaj dalej

„Przecież tu jest cały tłum uchodźców z własnych domów!”

Fot. Rubbertoe (Robert Batina)/Flickr.com

W swoich ulotkach Amazon ostrzega, że każdy kandydat do CamperForce musi być gotowy na dźwiganie 20-kilogramowych paczek w temperaturze, która czasem przekracza 30 stopni. W biuletynach często powtarza się motywacyjne hasło firmy: „Pracuj ciężko. Baw się. Twórz historię”. Fragment książki Jessiki Bruder „Nomadland. W drodze za pracą”.

Kiedy Empire umierało, 112 kilometrów na południe inne fabryczne osiedle tętniło życiem. Pod wieloma względami było jego przeciwieństwem. Podczas gdy to pierwsze dawało mieszkańcom tradycyjną stabilizację, to drugie zaludniali prekariusze – sezonowi robotnicy wykonujący krótkie zlecenia za małe pieniądze. Byli to wędrowni pracownicy mieszkający w kamperach, przyczepach i busach, a czasem nawet w namiotach. Co roku wczesną jesienią zapełniali oni postoje dla przyczep wokół Fernley. […] Wielu z nich przekroczyło sześćdziesiątkę lub siedemdziesiątkę, a więc albo się zbliżali do wieku emerytalnego, albo osiągnęli go już jakiś czas temu. Większość przejechała setki kilometrów i poddała się rutynowym upokorzeniom, takim jak sprawdzenie niekaralności i testy na obecność narkotyków wymagające siusiania do kubka, po to aby przepracować sezon w magazynie za 11,50 na godzinę plus dodatek za nadgodziny. Zamierzali zostać do połowy zimy, mimo że domy na kółkach nie chroniły ich przed mrozem. Pracodawcą tych ludzi był Amazon.com.

Rekrutacja odbyła się w ramach programu nazwanego CamperForce; chodziło o stworzenie zespołu wędrownych robotników zatrudnianych sezonowo w kilku magazynach, które firma okreś­la jako centra logistyczne. To oni, wraz z tysiącami pozostałych pracowników tymczasowych, mierzą się z nawałem zamówień w szczycie sezonu, czyli w czasie konsumenckiej bonanzy trwającej przez trzy–cztery miesiące przed Gwiazdką. […]

Zmiany trwały po 10 godzin albo i dłużej, a niektórzy pracownicy musieli dziennie przejść około 25 kilometrów po betonowych podłogach, a przy tym raz po raz schylać się, kucać, wyciągać ręce do góry i wspinać się po schodach, skanując, sortując i pakując zamówienia. Ale gdy przedświąteczny ruch dobiega końca, Amazon nie potrzebuje już pracowników z CamperForce i kończy z nimi współpracę. Ludzie odjeżdżają, tworząc coś, co kierownictwo nazywa beztrosko „kawalkadą tylnych świateł”.

Pierwszym członkiem CamperForce, z którym korespondowałam dłużej, był mężczyzna, którego nazwę Don Wheeler (nie zdradzam jego prawdziwego nazwiska z powodów, które wyjaśnię później). Don spędził ostatnie dwa lata przed emeryturą jako kierownik działu rozwoju oprogramowania, latając do Hongkongu, Paryża, Sydney i Tel Awiwu. Przejście na emeryturę oznaczało, że wreszcie mógł osiąść w jednym miejscu, dzielonym z żoną domu w stylu hiszpańskim z lat 30. w Berkeley. Poza tym miał wreszcie czas, aby oddać się życiowej pasji – szybkim samochodom. Kupił czerwono-białego mini coopera s i podrasował silnik do 210 koni mechanicznych. Po czym zaczął trenować, aż zdobył trzecie miejsce w U. S. Touring Car Championship pro series.

Szybka jazda nie trwała długo. Kiedy zaczęłam wymieniać z nim mejle, Don miał 69 lat, był rozwiedziony i mieszkał na postoju dla przyczep Desert Rose niedaleko magazynu w Fernley. Sąd przyznał dom jego byłej żonie. Oszczędności wyparowały w krachu finansowym w 2008 roku. Don musiał sprzedać mini coopera.

Mieszkał z Rizzem, 7-kilogramowym Jack Russell terierem, w airstreamie z 1990 roku nazwanym Ellie (od numeru modelu, 300LE), z plastikową figurką tancerki hula na tablicy rozdzielczej i plakatami wyścigowymi zasłaniającymi szyby. W dawnym życiu Don wydawał 100 tysięcy dolarów rocznie. W nowym nauczył się żyć za 75 miesięcznie.

Do końca sezonu świątecznego 2013 roku miał pracować w magazynie pięć nocy w tygodniu po 12 godzin, aż do świtu, z półgodzinną przerwą na posiłek i dwiema dodatkowymi po 15 minut. Większość tego czasu miał spędzić na nogach, przyjmując i skanując towar.

– To ciężka robota, ale dobrze płacą – wyjaśnił.

Faceci w czerni w Amazonie

Don był łysy, nosił okulary w drucianych oprawkach i miał śnieżnobiałą kozią bródkę. Po tym, jak pracując na kempingu w Oregonie, wypadł z pikapa, wstawiono mu endoprotezę prawego biodra. Nie znosił narzekactwa. Mimo to, jak większość, odliczał dni do 23 grudnia, czyli do końca sezonu dla członków CamperForce.

Powiedział mi, że jest częścią narastającego zjawiska. On i większość członków CamperForce – wraz z całą rzeszą wędrownych robotników – nazywali sami siebie workampers. […] Jakkolwiek nazywani, ludzie ci wędrują od wybrzeża do wybrzeża i na północ, aż do Kanady, uczestnicząc w sezonowym cyklu robót, zasilając szarą strefę tworzoną przez pracodawców, którzy publikują ogłoszenia w serwisach internetowych typu Workers on Wheels czy Workamper News.

W zależności od pory roku nomadowie zbierają truskawki w Vermoncie, jabłka w Waszyngtonie albo jagody w Kentucky. Oprowadzają turystów po hodowlach ryb, sprawdzają bilety na wyścigach NASCAR i pilnują bram pól naftowych w Teksasie […]. Inni przewracają hamburgery na ruszcie podczas wiosennych przedsezonowych rozgrywek Cactus League w Phoenix w Arizonie. Albo obsługują stragany z przekąskami na imprezach rodeo i turnieju Super Bowl na NRG Stadium w Houston […].

Część pracodawców płaci za godzinę. Pewna farma w Georgii szuka ludzi do „codziennej tresury lam”, oferując miejsce parkingowe z dostępem do mediów w zamian za 20–24 godziny darmowej pracy w tygodniu oraz siedem i pół dolara za każdą godzinę dodatkową. Inni proponują jedynie „nocleg i wyżywienie”, czyli miejsce parkingowe, czasem na nieutwardzonej powierzchni, ale zwykle równe i płaskie, z podłączeniem do wody, prądu i kanalizacji (w anonsie dotyczącym jednej z takich niepłatnych prac pytano: „Umiesz prowadzić motorówkę? Lubisz to?”, i szukano „wolontariuszy” na stanowisko kierowcy wodnej taksówki w kalifornijskim Port San Luis. W zamian za 40 godzin pracy tygodniowo oferowano tylko miejsce parkingowe, bez żadnego wynagrodzenia). Do tego dochodzą jeszcze coroczne zbiory buraka cukrowego. Ostatniego tygodnia września firma American Crystal Sugar ściąga setki nomadów do Montany, Dakoty Północnej i Minnesoty. Przy dobrej pogodzie ludzie pracują dniami i nocami na 12-godzinnych zmianach. W zamian dostają 12 dolarów na godzinę plus dodatek za nadgodziny i miejsce do parkowania.

Graeber: Praca bez sensu, praca bez wartości

czytaj także

Nikt jasno nie wyliczył, ilu Amerykanów prowadzi koczowniczy tryb życia. Wieczni wędrowcy to koszmar demografów. W statystykach mieszają się z resztą populacji, ponieważ prawo wymaga od nich posiadania stałego – czyli fałszywego – adresu. Nieważne, gdzie się tułają, oficjalnie nomadowie muszą mieć stałe miejsce zamieszkania. Jesteś obywatelem stanu, w którym załatwiasz rejestrację i przegląd auta, odnawiasz prawo jazdy, płacisz podatki, głosujesz, zasiadasz w ławie przysięgłych, wykupujesz ubezpieczenie zdrowotne (z wyjątkiem korzystających z ­Medicare) oraz spełniasz szereg innych obowiązków. A brak adresu, jak się okazuje, oznacza, że możesz mieć adres gdziekolwiek, przynajmniej na papierze. Ludzie wybierają więc meldunek tam, gdzie jest z tym najmniej zawracania głowy, i korzystają z usługi przekierowania przesyłek (najpopularniejsze są Floryda, Dakota Południowa i Teksas, gdzie nie płaci się stanowego podatku od dochodów). W Dakocie Południowej przepisy są wyjątkowo mało restrykcyjne. Wystarczy spędzić jedną noc w motelu i zarejestrować się w lokalnej firmie przekierowującej pocztę, a potem pokazać paragony z obu miejsc stanowemu departamentowi bezpieczeństwa publicznego.

Mimo braku oficjalnych wyliczeń szacuje się, że szeregi wędrowników znacznie się powiększyły po kryzysie mieszkaniowym i od tamtego czasu wciąż rosną. […]

Ze wszystkich programów werbujących nomadów Camper­Force działa jak dotąd najintensywniej. „Jeff Bezos przewidział, że do 2020 roku jedna czwarta workamperów będzie miała za sobą pracę dla Amazona” – slajd o takiej treści wyświetlano nowo zatrudnionym pracownikom. W poszukiwaniu świeżej krwi firma prowadzi stoiska rekrutacyjne na imprezach, gdzie łatwo znaleźć nomadów – głównie targach i zlotach kamperowców – w co najmniej kilkunastu stanach. Werbujący noszą firmowe koszulki CamperForce i rozdają ulotki, naklejki, notesy, papierowe wachlarze, pomadki do ust, kalendarze z widoczkami i neoprenowe ochładzacze do puszek z piwem. Wszystkie gadżety opatrzone są logo przedstawiającym czarną sylwetkę kampera w ruchu oraz charakterystyczną dla Amazona strzałkę w kształcie uśmiechu.

Niedawno logo oraz link do strony rekrutacyjnej pojawiły się na magnetycznych osłonach przeciwsłonecznych nakładanych na przednie szyby. W 2015 roku te osłony przekazano w prezencie grupie pracowników CamperForce, namawiając, by używali ich, gdziekolwiek się znajdą. Dodatkowo obiecano im po 125 dolarów premii (w 2012 roku dostawali 50) za każdą zwerbowaną osobę.

CamperForce wydaje też biuletyn internetowy dla potencjalnych pracowników, zawierający rady weteranów programu.

Donna Bonnett: „Nigdy nie pracuj w nowych butach. Pamiętaj, żeby je wcześniej rozchodzić”.

Joyce Cooley: „Najważniejsze jest pozytywne nastawienie. Nie oczekuj, że dostaniesz wszystko na tacy. Musisz na to zapracować”.

Carol Petty: „Od początku warto mieć właściwe podejście. To praca, nie kariera”.

George Nelson: „Wyluzuj się, rób swoje i nie narzekaj, w końcu to nie nasz zawód, ale zwykła sezonowa robota”.

Brian Nelson: „Pomyślałem sobie, że praca na picku to trening, za który jeszcze mi płacą. Kiedy musisz pokonać dużą odległość, zrób sobie energiczny marsz. Spalisz więcej kalorii, a jednocześ­nie skoczy ci produktywność”.

Sharon Scofield: „Przekładanie pudeł może spowodować lekkie skaleczenia albo otarcia. Amazon zapewnia rękawice ochronne. Kup sobie dobry balsam i starannie masuj dłonie”. […]

W swoich ulotkach Amazon ostrzega, że każdy kandydat do CamperForce musi być gotowy na dźwiganie 20-kilogramowych paczek w temperaturze, która czasem przekracza 30 stopni. W biuletynach często powtarza się motywacyjne hasło firmy: „Pracuj ciężko. Baw się. Twórz historię”. […]

Znikając pomiędzy regałami [reportaż z Amazona]

czytaj także

Chciałam na własne oczy zobaczyć ten nowy rodzaj fabrycznej osady. Kiedy wspomniałam o tym byłemu rekruterowi CamperForce, doradził mi wizytę pod koniec października, gdy „ludziska nie są jeszcze całkiem wykończeni”.

Posłuchałam go i zjawiłam się w Fernley tydzień przed Halloween 2013 roku. Pracownicy pozajmowali już gęsto nawet miejsca oddalone o ponad pięćdziesiąt kilometrów od magazynu, w tym postój Grand Sierra Resort & Casino w Reno […]. Wiele postojów dla przyczep wypełniło się kilka miesięcy wcześniej i obowiązywały do nich długie kolejki. Najpopularniejszy był położony najbliżej magazynu Desert Rose, graniczący z drogą międzystanową numer 50 pas żwiru poprzecinany od góry bzyczącymi drutami wysokiego napięcia. […]

Wcześniej długo zakładałam, że kamperowcy to w większości emeryci, którzy beztrosko szwendają się po kraju, zwiedzając i ciesząc się odpoczynkiem po kilkudziesięciu latach pracy. Słowo „kamper” kojarzy się w końcu z kempingiem. Tacy radoś­ni emeryci oczywiście istnieją, ale dołączyli do nich nomadowie. Większości stałych mieszkańców Desert Rose nie w głowie był odpoczynek. Nowi przybysze aklimatyzowali się, pracując na pół zmiany. Ci, którzy przyjechali wcześniej, z trudem nadążali za regularnym tempem pracy w magazynie.

– Pierwszy raz w życiu pracuję fizycznie. Nabrałam szacunku do takiej roboty – powiedziała mi Linda Chesser, była doradczyni do spraw studenckich z Uniwersytetu Stanu Waszyngton. Rozwieszała właśnie mokre koszulki w pralni, gdzie na półkach stał skromny zbiór książek do wypożyczenia, a z niedokończonej 1000-elementowej układanki wyłaniała się łąka pełna dzikich kwiatów. Linda miała 68 lat i dziękowała losowi za ibuprofen. – Biorę cztery rano przed pracą i cztery wieczorem, po powrocie.

Niektórym ibuprofen nie wystarczył. Karren Chamberlen, 60-latka z dwiema protezami bioder, która w przeszłości pracowała jako kierowca autobusu, powiedziała mi, że odeszła z CamperForce po pięciu tygodniach, bo od wielogodzinnego chodzenia po betonie wysiadły jej kolana. Podczas wizyty na postoju Big Chief w Coffeyville poznałam Kenny’ego Harpera, który zrezygnował z pracy niedługo po naszym spotkaniu. „Mój lewy rotator barkowy nie wytrzymał tej roboty” – napisał później w mejlu. Inni wspominali o tak zwanym palcu trzaskającym, schorzeniu ścięgna wywołanym wielokrotnie powtarzanymi czynnościami, takimi jak skanowanie kodów kreskowych. Wiele kamperów, do których wchodziłam, było wyposażonych niczym mobilne apteki w żel przeciwbólowy, miski do moczenia obolałych stóp, sól gorzką i buteleczki leków przeciwzapalnych. To, że komuś skończyły się tabletki, nie stanowiło problemu – w ścianach magazynu zamontowane były dystrybutory darmowych środków przeciw­bólowych.

„Przecież tu jest cały tłum uchodźców z własnych domów!” – Bob pamięta swoje słowa wypowiedziane do żony Anity, kiedy przyjechali do Fernley, by dołączyć do CamperForce. Apperleyowie myśleli kiedyś, że na emeryturze przeprowadzą się na żaglówkę kupioną za pieniądze ze sprzedaży domu z trzema sypialniami w Beaverton w Oregonie. Dom ten kupili za 340 tysięcy dolarów w szczycie koniunktury na rynku nieruchomości, po czym włożyli w niego kolejne 20 tysięcy. Później bańka pękła i wartość domu spikowała do 260 tysięcy. Przed zapaścią radzili sobie całkiem nieźle. Bob pracował jako księgowy w firmie sprzedającej wyroby drewniane – nie znosił tego, ale robota pozwalała im żyć na normalnym poziomie – zaś Anita była projektantką wnętrz i dorabiała jako opiekunka. Nie wyobrażali sobie harowania przez resztę życia na spłatę kredytu, który przekraczał wartość ich domu. Kupili zatem przyczepę kempingową cardinal rocznik 2003 i ruszyli w drogę. […]

Kiedy poznałam Apperleyów, oboje dzieliło jeszcze kilka lat od pobrania pierwszego czeku z Social Security. Bob zamierzał pracować w CamperForce do 65. roku życia. Anita nie kwalifikowała się do pracy w magazynie, bo nie miała świadectwa ukończenia szkoły średniej, wykonywała więc drobne zlecenia dla sąsiadów. Tu i na innych koczowiskach CamperForce wykształciły się mikrosieci usługowe tworzone przez niepracujących partnerów i partnerki robotników z magazynu. Reklamowali się oni na tablicach ogłoszeniowych w pralni: wyprowadzanie psów, gotowanie, szycie, naprawa tapicerki albo lekcje malarstwa dla początkujących.

Zwiastun filmu na podstawie książki Jessiki Bruder w reż. Chloé Zhao

Apperleyowie nie byli jedynymi, którzy stracili dom. Rozmawiałam z dziesiątkami pracowników CamperForce w Nevadzie, Kansas i Kentucky. Historie o problemach z pieniędzmi rozbrzmiewały wszędzie. Czasem czułam się jak w postrecesyjnych obozach dla uchodźców, miejscach ostatniej szansy, do których trafiają ofiary jobless recovery, czyli wzrostu gospodarczego, który nie wiąże się z powstawaniem nowych miejsc pracy. Kiedy indziej miałam wrażenie, jakbym rozmawiała z więźniami. Kusiło mnie, by zapytać wprost: „A ty za co siedzisz?”.

Wśród osób, które poznałam, część straciła oszczędności przez nietrafione inwestycje, u innych zawartość kont emerytalnych 401(k) wyparowała w krachu z 2008 roku. Niektórzy nie zdołali zapewnić sobie zabezpieczenia w razie rozwodu, choroby albo wypadku. Inni stracili pracę lub ich firma rozpadła się pod ciężarem recesji. Choć robotnicy przed pięćdziesiątką stanowili mniejszość, spotykałam i takich. Opowiadali o posadach, które stracili lub których nigdy nie znaleźli, a także o tym, jak pogrążyły ich długi zaciąg­nięte na studiowanie mało praktycznych kierunków. Wielu miało nadzieję, że życie w drodze pozwoli im uciec od braku perspektyw.

„Elegia dla bidoków”: Jak nie kręcić kina społecznego

Program CamperForce zaczął się jako eksperyment i przypadkiem zbiegł się w czasie z kryzysem na rynku mieszkaniowym. Rozrzucone po całym kraju magazyny Amazona od lat zmagały się z przedświątecznym niedoborem pracowników. Firma próbowała różnych sposobów i czasem zwoziła ludzi z miejsc oddalonych o trzy, a nawet pięć godzin jazdy. Aż w 2008 roku agencja pracy tymczasowej Express Employment Professionals sprowadziła do magazynu w Coffeyville grupę kamperowców. Zadowolony z rezultatów Amazon obrandował projekt nazwą CamperForce oraz specjalnym logo, rozszerzył go na magazyny w Fernley i Campbellsville, po czym zaczął zatrudniać ludzi bezpośrednio, z pominięciem agencji. Później stworzono mniejsze ekipy zaufanych weteranów programu, tak zwane zespoły wyjazdowe, które szkoliły pracowników nowo otwartych obiektów w Tracy w Kalifornii, Murfreesboro w Tennessee i Robbinsville w New Jersey. Na początku 2017 roku firma ogłosiła nabór do pracy w magazynach w Campbellsville i Murfreesboro oraz Haslet i San Marcos w Teksasie (ten w Fernley został zamknięty i zastąpiony nowym, w Reno, nieobjętym programem CamperForce).

Zatrudnianie workamperów to dla firm szukających sezonowych pracowników szczyt wygody. Pojawiają się tam, gdzie są potrzebni, i w momencie, kiedy są potrzebni. Przywożą ze sobą swoje domy i dobytek, zmieniając postoje dla przyczep w efemeryczne miasteczka robotnicze, które pustoszeją, gdy kończy się praca. Nigdzie nie zostają wystarczająco długo, żeby stworzyć związek zawodowy. Gdy jest szczególnie trudno, nie mają nawet siły na spotkania towarzyskie między zmianami.

Na dodatek niewiele wymagają w kwestii dodatkowych świadczeń i ochrony zatrudnienia. Z ponad 50 osób, z którymi rozmawiałam przez pierwszy rok pracy, większość wyrażała wdzięczność za najmniejszą choćby namiastkę stabilizacji. […]

Nie ma amerykańskiego snu. Jest praca do upadłego

czytaj także

Ludzie odpowiedzialni za działanie CamperForce powtarzają, że starsi pracownicy szanują zasady etyki zawodowej.

– Mieliśmy tu 80-latków, którzy fantastycznie się sprawiali – powiedziała Kelly James, administratorka programu w Campbellsville, podczas webinarium zorganizowanego przez „Workamper News”. – Zaletą tego, że nasi pracownicy to w większości osoby nieco starsze, jest to, że przepracowaliście państwo całe życie. Rozumiecie, jak to działa. Przykładacie się, a my wiemy, że to maraton, a nie sprint. Trochę jak w bajce o żółwiu i zającu. Młodsi często za bardzo się śpieszą. A wy jesteście metodyczni: idziecie do przodu, robiąc swoje, aż w końcu, możecie mi wierzyć, dochodzicie do mety mniej więcej w tym samym momencie co oni.

Poza tym zatrudniając pracowników mniej uprzywilejowanych z kilku różnych kategorii, w tym seniorów otrzymujących zasiłek uzupełniający i każdego, kto dostaje bony żywnościowe, Amazon korzysta z ulg podatkowych. Wynoszą one od 25 do nawet 40 procent wynagrodzeń. […]

Pozytywny stosunek do pracy seniorów nie jest cechą wyłącznie koncernu Amazon. Na webinarium rekrutującym chętnych do zbiorów buraka cukrowego Scott Lindgren z agencji pracy tymczasowej Express Employment Professionals chwalił niezłomność starszych kamperowców:

– Macie wspaniałą etykę pracy i za to należą wam się brawa. Wiemy, że całe życie ciężko pracowaliście, wiemy, że można na was liczyć, a do tego należycie do naszych najlepszych pracowników.

77-letni David Roderick przyznał mu rację:

– Oni kochają emerytów, bo wiedzą, że mogą na nas polegać. Że codziennie będziemy przychodzić od pracy i ciężko harować, w zasadzie jak niewolnicy – mówił, wspominając zimę 2012 roku, kiedy razem z żoną sprzedawał choinki w San Mateo County Event Center w Kalifornii. Mieszkali wtedy w 15-letnim kamperze marki Lazy Daze. David nosił dwuipółmetrowe iglaki, albo wyższe, i ładował je na osobówki i pikapy klientów sześć razy w tygodniu, od ośmiu do dziesięciu godzin dziennie.

– Sprzedaż uwielbiałem, ale praca na zapleczu, ścinanie i taszczenie drzewek to coś dla naprawdę młodej osoby. A tam było sporo emerytów – opowiadał.

Gdyby przy naszym pierwszym spotkaniu na postoju Desert Rose ten białowłosy starszy pan z bródką nie miał na sobie turkusowej koszulki CamperForce, w ogóle nie wyglądałby na wędrownego robotnika. Na początku swojego życia zawodowego wykładał chemię i oceanografię w szkołach policealnych w Kalifornii, następnie założył nowatorską firmę zajmującą się ekoturystyką, później zaś uczył angielskiego w Jordanii w ramach stanowego programu English Language Fellow (dostał kolejne propozycje z Arabii Saudyjskiej i Kuwejtu. Obie odwołano, gdy administratorzy zorientowali się, że skończył 70 lat i tym samym przekroczył przyjętą w każdym z tych krajów górną granicę wieku).

Kolejna odsłona amerykańskiej nędzy

Tymczasem widoki na spokojną jesień życia zniknęły. Przed laty, w trakcie rozwodu, David musiał przedwcześnie wystąpić o emeryturę, na którą zbierał przez 16 lat pracy w kalifornijskich szkołach policealnych. Gdyby zostawił fundusz w spokoju, razem z tym, co dokładało państwo, urósłby on do co najmniej 500 tysięcy dolarów. Wtedy wynosił 22 tysiące, do podziału między Davida a jego byłą żonę. Później David ożenił się ponownie, z kobietą, która straciła 650 tysięcy oszczędności z czasów pierwszego małżeństwa w wyniku upadku towarzystwa Executive Life w 1991 roku, okrzykniętego wówczas największą finansową porażką w historii branży ubezpieczeniowej.

David zademonstrował mi przysiady i wyprosty, które wykonywał setki razy dziennie, gdy pracował w magazynie. Stwierdził, że ma szczęście, bo w przeciwieństwie do żony nic go nie boli ani nigdzie nie strzyka. Oszacował, że zarabia teraz jedną piątą tego co w szczytowym momencie swojej kariery.

– To znaczy wiesz, generalnie jakaś praca zawsze się znajdzie, tyle że zarobki wszędzie są głodowe – dodał. – Tak właśnie wygląda nowa era emerytów. […]

*
Fragment rozdziału Przetrwać w Ameryce z książki Nomadland. W drodze za pracą, która ukazała się nakładem Wydawnictwa Czarne w przekładzie Martyny Tomczak. Tytuł i skróty od redakcji, pominięto przypisy.

**
Nomadland książkaJessica Bruder – amerykańska dziennikarka, absolwentka Uniwersytetu Columbia. Przez ponad dziesięć lat współpracowała z „New York Timesem”. Pisała również m.in. dla „Washington Post”, „New York Magazine”, „Guardiana”, „Harper’s Magazine”, „Wired” i Associated Press. Podczas pracy nad Nomadland spędziła trzy lata w podróży i przejechała łącznie 24 tysiące kilometrów, towarzysząc swoim bohaterom, którzy zdecydowali się na życie w drodze w poszukiwaniu pracy. Za książkę otrzymała nagrodę sieci księgarń Barnes & Noble (w kategorii „Odkrycie”) oraz była nominowana do Nagrody im. J. Anthony’ego Lukasa i Nagrody im. Helen Bernstein. Wykłada na wydziale dziennikarstwa Uniwersytetu Columbia. Mieszka w Nowym Jorku.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij