Film

„Elegia dla bidoków”: Jak nie kręcić kina społecznego

Elegia dla bidoków film Rona Howarda

Porażka filmu Rona Howarda jest tym większa, że jego twórcy pracowali na potencjalnie bardzo ciekawym – nawet jeśli politycznie dyskusyjnym – materiale.

Film Elegia dla bidoków w reżyserii Rona Howarda zbiera głównie negatywne recenzje. Nie chcąc przyłączać się do chóru, szukałem w trakcie seansu choć jednej rzeczy, za którą mógłbym ten obraz pochwalić. Na próżno. Nie ma w nim naprawdę nic do obrony. Mógłby być pokazywany jako pomoc naukowa w szkołach filmowych, przestrzegająca studentów, jak w żadnym wypadku nie należy kręcić filmów o biedzie i wykluczeniu społecznym. Porażka Elegii jest tym większa, że jej twórcy pracowali na potencjalnie bardzo ciekawym – nawet jeśli politycznie dyskusyjnym – materiale.

Z Appalachów do Doliny Krzemowej

Film jest bowiem adaptacją głośnej książki J.D. Vance’a z 2016 roku. Vance opisuje w niej historię swojego klasowego awansu, drogi, jaką pokonał z podupadłego miasta w pasie rdzy – Middletown w stanie Ohio – przez prawo na Yale, do kariery inwestora pracującego dla miliardera z Doliny Krzemowej, Petera Thiela. Początki tej drogi Vance umieszcza w historii swojej rodziny, przez pokolenia żyjącej na wiejskich, położonych w cieniu Appalachów terenach wschodniego Kentucky. Przodkowie pisarza, choć byli białymi protestantami, nigdy nie należeli do amerykańskiej elity piszącej konstytucję, zakładającej prestiżowe uczelnie, budującej koleje i walczącej o miejsca w Senacie i Sądzie Najwyższym. Wykonywali ciężkie, fizycznie wyniszczające prace farmerów uprawiających dzierżawioną ziemię, a później górników.

Czy lepiej być czarnym i bogatym, czy biednym i białym?

Kentucky opuszcza pokolenie dziadków autora. Osiadają w jednym z wielu rozkwitających po wojnie przemysłowych miast, Middletown w Ohio. Miasto zbudowane jest wokół huty i dawanych przez nią miejsc pracy. Praca w przemyśle pozwoliła dziadkom Vance’a na awans do niższej klasy średniej, z własnym domem, samochodem, minimalnie przyzwoitym poziomem konsumpcji. Jednak od lat 70. stalownia zaczyna przeżywać kłopoty, a wraz z nią całe miasteczko. Pokoleniu rodziców Vance’a nie uda się już utrzymać w klasie średniej.

W czasach dzieciństwa autora (urodzonego w 1984 roku) Middletown stanowi już wyłącznie obraz nędzy i rozpaczy. Vance na przykładzie swojej rodziny opisuje społeczny pejzaż naznaczony przez bezrobocie i życie na zasiłkach lub pracę za grosze, brak perspektyw, powszechne poczucie beznadziei, przemoc domową, alkoholizm, uzależnienie od opiatów, ciąże w młodym wieku, nieodpowiedzialne decyzje reprodukcyjne i rozbite rodziny. Jego własna matka uzależnia się od środków przeciwbólowych, traci względnie dobrą pracę pielęgniarki, wikła się w szereg toksycznych relacji z kolejnymi mężczyznami, w końcu sięga po heroinę. J.D. ratują dziadkowie, którzy przejmują opiekę nad chłopcem i dają mu podstawową ekonomiczną i rodzinną stabilność, oraz armia. Po liceum chłopak zaciąga się do marines, służy cztery lata, dzięki wojsku może pozwolić sobie na studia – najpierw na stanowym uniwersytecie w Ohio, następnie w Yale.

Vance pisze przy tym swoją historię jako przekonany konserwatysta. Wściekły na liberalne elity, za to, jak bardzo z góry traktują świat, w którym dorasta. „Biała klasa robotnicza to jedyna grupa, którą można w Stanach bezkarnie pogardzać” – powtarza w wywiadach. Choć sam ma wiele do zarzucenia kulturze tytułowych „bidoków” (hillbilly), to ceni takie jej wartości, jak przywiązanie do honoru, stawianie na swoim, patriotyzm, silne i szerokie więzi rodzinne. Liczba samotnych matek przeszkadza mu bardziej niż fakt, że w najbogatszym kraju świata samotne wychowanie dziecka przekracza możliwości kobiety z klasy pracującej.

Choć wskazuje na strukturalne przyczyny upadku takich miast jak Middletown, to nie nawołuje do radykalnej transformacji amerykańskiej gospodarki, tak by bardziej służyła takim miejscom jak jego rodzinne miasteczko. Nie ufa rządowej pomocy społecznej, dostrzegając w niej siłę korumpującą biednych i uczącą ich bezradności. Wierzy, że do przezwyciężenia biedy potrzebna jest rewolucja moralna: osoby ubogie muszą nauczyć się brać odpowiedzialność za swoje życie i podejmować właściwe wybory.

Książkowa Elegia została cztery lata temu życzliwie przyjęta zarówno przez liberalne, jak i konserwatywne media. Tylko wyraziście lewicowe tytuły, jak „Jacobin”, zarzucały Vance’owi, że z punktu widzenia swojego sukcesu – wyjątkowego w świecie, z którego pochodzi – raz jeszcze powtarza starą amerykańską bajkę o drodze „od pucybuta do milionera”, że wzywając biednych do „wzięcia spraw w swoje ręce”, ignoruje nie tylko strukturalne przyczyny ich nędzy, ale także kolektywne strategie emancypacji (np. samoorganizację pracowników).

Nie ma amerykańskiego snu. Jest praca do upadłego

czytaj także

Książka Vance’a trafiła też z publikacją idealnie w swój czas. Choć nie ma w niej ani słowa o Trumpie, media uznały, że Vance jak nikt inny będzie umiał wytłumaczyć publiczności, dlaczego biała klasa robotnicza tak pokochała Donalda Trumpa, że najpierw dała mu nominację Partii Republikańskiej, a następnie prezydenturę. Vance we wszystkich występach powtarzał to samo, co mówił w swoim najciekawszym politycznym wywiadzie z konserwatystą Rodem Dreherem: obie amerykańskie partie przez lata ignorowały ludzi takich jak moja rodzina. Demokraci patrzyli na nich z góry, wyrzekali, że przez kwestie kulturowe głosują wbrew swoim interesom ekonomicznym, oferowali co najwyżej nowe świadczenia od rządu, o które nigdy nie chodziło ludziom z Middletown. Republikanie z kolei mówili tylko o wspieraniu biznesu, cięciach podatków, ich polityka ekonomiczna zupełnie rozmijała się z doświadczeniem miejsc takich jak Middletown. Dopiero Trump z jednej strony utarł nosa liberalnym elitom, z drugiej zaczął mówić o dobrych miejscach pracy w przemyśle, utraconych w wyniku globalizacji.

Zmarnowana okazja, by pokazać coś ważnego

Z diagnozami Vance’a można się nie zgadzać, ale stanowią one ciekawy punkt wyjścia do dyskusji. Z pewnością jego osobista narracja nie może być łatwo zbyta, umieszcza w centrum debaty publicznej słabo reprezentowane w niej doświadczenie. Przeniesienie jej na ekran mogłoby zaowocować dobrym, ważnym filmem. Mogłoby, gdyby nakręcić go zupełnie inaczej, niż zrobił to Howard.

Nic w jego adaptacji nie działa tak, jak powinno. Hollywoodzka arystokracja (Amy Adams, Glenn Close) przebierająca się za wykolejoną biedotę wypada kuriozalnie. Tym bardziej że uparcie fotografowana jest w estetyce jakby wziętej z telewizyjnej reklamy karmy dla labradorów – albo innego produktu dla ceniącej rodzinne wartości podmiejskiej klasy średniej. Wszystko – montaż, reżyseria, narracja, sposób wprowadzania retrospekcji – jest tu nieznośnie gładkie i przylizane. Howard – naprawdę nie było chyba w Stanach reżysera mniej odpowiedniego do opowiedzenia tej historii – w swoim stylu zatapia wszystko w niestrawnie sentymentalnym sosie. Ten temat wymagał zupełnie innej filmowej poetyki. Bardziej „brudnej”, chropowatej, porwanej narracyjnie i montażowo. Z ziarnistymi obrazem, wychłodzonymi kolorami, kamerą z ręki i nieopatrzonymi aktorami zdolnymi wnieść poczucie autentyzmu.

Co najgorsze, w narracji Howarda całkowicie ginie społeczny wymiar narracji Vance’a – ogranicza się do dwóch ujęć huty w Middletown: pracującej na pełnych obrotach i niszczejącej. Nie widzimy upadku społeczności, tylko nudny, mechanicznie próbujący wyciskać łzy rodzinny melodramat, jakich pełno w telewizji w dni powszednie po głównym programie informacyjnym. W tym melodramacie ginie nawet to, co było ostateczną, najbardziej oczywistą zaletą książki Vance’a: osobisty, konfesyjny ton zostaje pożarty przez wątpliwą estetycznie filmową sztampę. Ostatecznie film układa się w kolejną historię o cudownych możliwościach awansu, jakie daje Ameryka: zupełnie nieprzekonującą i nieporywającą.

Szkoda. Bo choć z wieloma diagnozami Vance’a bym polemizował, to chciałbym zobaczyć „jego” Amerykę na ekranie. Tym bardziej że kino nie rozpieszcza nas nadmiarem obrazów zdolnych przenikliwie i empatycznie portretować tę część klasy pracującej, która wybrała Trumpa, a dziś pewnie uważa, że jej kandydatowi ukradziono wybory. Nie zobaczymy jej też w filmie Howarda – twórcy koncertowo skopali okazję, by pokazać coś ważnego.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij