Czytaj dalej

Kolory i kształty małomiasteczkowości

Zamiast fetyszyzowania egzotycznej, cyklicznie kolonizowanej bieda-Polski Michalczenia proponuje całkowite zanurzenie się w korszeńskim mikrokosmosie jako w czymś osobnym, wyjątkowym i naprawdę wartościowym.

Zbiór opowiadań Korszakowo Jakuba Michalczeni, wydany po raz pierwszy w roku 2016 i wznowiony cztery lata później, Sławomir Buryła nazwał „raportem z codzienności, ze świata, który wykoleił się dawno temu”. Książka otwierała tzw. trylogię korszeńską; jej drugą część – opublikowane w 2019 Gigusie – Monika Ochędowska opisała jako „wybuchową mieszankę pieśni podwórkowej i powieści łotrzykowskiej dopełnioną pantagruelicznym bezwstydem”. Kilka miesięcy temu członek fejsbukowej grupy zrzeszającej miłośniczki i miłośników kolei zastanawiał się na forum, „czy autor nie pochodzi z mocno kolejowej rodziny, a przede wszystkim, czy Jakub Michalczenia istnieje naprawdę, czy to jego pseudonim literacki?”.

Najlepszy w klasie [o biografii Davida Fostera Wallace’a]

Urodzony w nieco ponad dwudziestoośmiotysięcznym Kętrzynie i dorastający w siedem razy mniejszych Korszach Michalczenia (rocznik 1986) dał się dotychczas poznać jako wirtuoz nieokrzesanej, potoczystej mowy małolatów z małomiasteczkowych podwórek. Charakteryzująca Korszakowo i Gigusie językowa masłowszczyzna, dla innych być może atrakcyjna i ożywcza, śmiertelnie mnie jednak męczyła i zniechęcała do dalszej lektury. Tym większy był mój entuzjazm, gdy okazało się, że w swojej najnowszej książce autor przemawia do czytelniczek i czytelników „gadką żywą, zadziorną i opartą na przesadzie” (jak określa ją jeden z bohaterów), ale w nieco łagodniejszym, bardziej przystępnym wydaniu.

Fabularny punkt wyjścia stanowi powrót do ojczyzny – nie byle kogo i nie byle skąd. Mariusz, członek osiedlowej ekipy, w skład której wchodzą dobrze znani z dotychczasowej twórczości autora Cino, Bobek, Kocięba, Pełne Gacie i Dziki, przyjeżdża z USA na pogrzeb babci. Dla miejscowych łebków Ameryka to mityczna kraina, synonim dobrobytu i postępu, a jednocześnie, zależnie od przyjętej perspektywy, potencjalnie niewyczerpane źródło kompleksów, poczucia gorszości i zacofania. Początkowe, dość luźne skojarzenia z Powrotem do tamtych dni okazują się czysto powierzchowne. I dobrze, bo przykład filmu Aksimowicza pokazuje, co się dzieje, gdy – przy braku innych, np. scenariuszowych, pomysłów – duchologia wejdzie za mocno. Skombinować kilka ortalionowych total looków i pomajstrować przy nasyceniu barw to, wbrew pełnym samouwielbienia wyobrażeniom reżysera, żadna sztuka. Powieści Michalczeni daleko do tego poziomu miałkości i pretensjonalności.

Tytułowy Mario, zważywszy na swą nabytą na emigracji egzotyczność, nie może dłużej być po prostu Mariuszem; początkowo wydaje się wyraźnie „rozdarty między Korsze a New Jersey”. Jego pojawienie się w rodzinnej miejscowości rozpoczyna spektakl nieustannego projektowania obcości, grę podobieństw i różnic, której zasady podlegają ciągłym modyfikacjom. Nic zresztą dziwnego – sfatygowany trzepak urasta tu do rangi „przedmiotu sąsiedzkiej i generacyjnej wojny”, a odświeżane od święta dywany mają kłuć w oczy jako symbole statusu i społecznego awansu.

Mario próbuje więc być „swój”, jednocześnie będąc obcym – choć przybywa z lepszego świata, nijak nie pasuje do wyobrażenia o odległej, pełnej przepychu amerykańskiej galaktyce. Zamiast czapki z daszkiem nosi okulary i aparat ortodontyczny, „kosmicznie źle uosabia wyśniony styl”, przez co w oczach kolegów częściej zasługuje raczej na wykpienie i pogardę niż na jawnie okazywaną ciekawość, o zazdrości nie wspominając. To taki trochę Weiser Dawidek à rebours: dynamikę grupy zaburza nie jego nagłe zniknięcie, lecz – równie niespodziewane – pojawienie się; niedająca się zignorować obecność (a nie jej brak) zmusza pozostałych do ciągłego redefiniowania jednostkowych i grupowych tożsamości, hierarchii i ról, uprzedzeń i aspiracji.

Wiesławiec Deluxe: Polski menadżer gnoi, bo może

Gdzieś między wierszami – lub całkiem wprost, zważywszy na fakt, że kobiety w tej opowieści praktycznie nie istnieją – Michalczenia opowiada też historię o formowaniu się męskości. O tym, że od najmłodszych lat procesy socjalizacji i dojrzewania są regulowane przez patriarchalne wzorce. Korszeńska młodość upływa bohaterom pod znakiem wspólnej gry na pegasusie, przesiadywania na klatce schodowej lub włóczenia się po multikulturowym bazarze (uznawanym przez niektórych raczej za pchli targ lub wyprzedaż garażową). Choć seksualne inicjacje wciąż przed nimi, podobnie zresztą jak świadome rozpoznawanie własnych preferencji i potrzeb, w ich języku i wizji świata homofobia rozgościła się już na dobre. Nie wiedzieć kiedy stała się niewyczerpanym źródłem rytualnych przekomarzań, fundamentem ciętych ripost i obraźliwych okrzyków. Mechanizm kulturowego „umężczyźniania” świetnie pokazuje scena, w której fakt, że chłopacy zostali przez rówieśnika nakryci na oglądaniu kart z samochodami, rodzi znacznie więcej problemów i napięć, niż gdyby patrzyli na gołe baby.

Uwagę zwraca coś jeszcze: podczas gdy – na przemian obśmiewana i hołubiona – „Hameryka” rozpływa się w niedookreśleniu, micie, legendach i stereotypach, pozostając matrycą arbitralnie przypisywanych wad i zalet, małomiasteczkowość przybiera w Mario konkretne kolory i kształty, wyznacza granicę doświadczalnej rzeczywistości i stanowi stały punkt odniesienia, początek i koniec wszystkiego. Zaletą spowolnienia obrotów językowo-narracyjnej karuzeli jest możliwość dostrzeżenia, jak umiejętnie, z jakim wyczuciem Michalczenia rozgrywa kwestie pochodzenia i codzienności małych ojczyzn; jak względnym czyni pojęcie prowincjonalności, wraz z przypisywanymi mu konotacjami (nuda, patologia, zacofanie). Prowincjonalność, zdaje się mówić, to kwestia złożona i subiektywna; inaczej rozumieć ją będzie Margaret Atwood (przymiotnikiem tym określająca Toronto, w którym dorastała), inaczej – autorki i autorzy tacy jak Olga Gitkiewicz, Marek Szymaniak czy Magdalena Okraska, opisujący procesy pogrążania się mniejszych polskich miast w kryzysie bezrobocia, ich wyludnianie się czy permanentne wykluczenie komunikacyjne.

Poniekąd wiem, o co chodzi. Choć mój rodzinny Chrzanów jest niemalże dziesięć razy większy niż Korsze i mieszka w nim mniej więcej tyle samo razy więcej ludzi, na pytanie „skąd jesteś?” większość osób w moim wieku i tak odpowiadała zwykle: „spod Krakowa”. Do tego właśnie Krakowa codziennie dojeżdżałam na zajęcia prywatnymi busami, w których przeboje Radia Plus czy Radia Pogoda były regularnie zagłuszane przez awanturujących się współpasażerki i współpasażerów. Pewnego razu, gdy próbowałam otworzyć drzwi, sfatygowana klamka została mi w ręku, z czego musiałam gęsto się kierowcy tłumaczyć. Spowijający sąsiednią Trzebinię, gryzący zapach rafinerii zawsze wybudzał mnie z krótkiej – bo rozpoczętej gdzieś na wysokości Krzeszowic, kiedy zwalniała się większość miejsc siedzących – drzemki i sygnalizował rychły koniec podróży. Dotarcie do celu po dziewiątej wieczorem oznaczało spacer po właściwie wymarłej okolicy.

A jednak, z uśmiechem na ustach wracałam do kamienicy, w której przeważały mieszkania socjalne (z toaletami na balkonach), z klatką schodową, na której unosił się odór moczu, a spłowiałą lamperię zdobiły wyznania miłosne, gwiazdy Dawida, pogardliwe hasła o Adamie Michniku i zaschnięte ślady krwi. Ilekroć wdrapywałam się na czwarte piętro – po ciemku, bo żarówki mało komu chciało się wymieniać – miałam poczucie, że wracam do domu. Do dziś uważam, że widok z dachu był tam piękniejszy niż gdziekolwiek, a w bloku, do którego parę lat temu przeprowadziła się moja mama, nigdy nie poczuję się jak u siebie.

Będę silna naszą wspólną wiarą, towarzyszko

Nie wychowałam się na zadupiu równie głębokim jak to opisywane przez Michalczenię, ale tym, co w Mario przemawia do mnie najbardziej, jest dostrzeganie – i pokazywanie – w zapomnianych przez boga i ludzi przestrzeniach czegoś więcej niż tylko godnych politowania lub pogardy siedlisk „patologii” i „kryminału”. A także stronienie od drugiej – wbrew pozorom równie wyższościowej – strategii przedstawiania polskiego wygwizdowa. Mam na myśli całą tę hipsterską quasi-afirmację spod znaku Polski przydrożnej, charakteryzującą nie tylko twórczość prozatorską, ale też pewien typ okołoliterackich eventów, na potrzeby których peryferyjne przestrzenie, traktowane niczym kampowe rezerwaty, zamieniają się w ogniska lansu. Ot, na jedno popołudnie można wyrwać się z Warszawy lub Krakowa, wypić alko prosto z gwinta i w mediach społecznościowych poudawać później, że chodzi o promocję literatury, a nie siebie.

Tym lepiej, że zamiast nieznośnie powtarzalnej, duchologicznej maniery, wałkowanej na lewo i prawo nostalgii za najntisami i okresem transformacji, zamiast fetyszyzowania egzotycznej, cyklicznie kolonizowanej bieda-Polski Michalczenia proponuje całkowite zanurzenie się w korszeńskim mikrokosmosie jako czymś osobnym, wyjątkowym i naprawdę wartościowym.

**

Aleksandra Kumala – kulturoznawczyni, doktorantka UJ. Naukowo zajmuje się (nie)pamięcią wojny i Zagłady, a zwłaszcza reprezentacjami nieheteronormatywności w obozach koncentracyjnych. Teksty poświęcone literaturze, filmom i serialom publikuje m.in. na łamach „Czasu Kultury”, Popmoderny i Dwutygodnika.

__
Dobry, bo przeczytany do końca, tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Wesprzyj nas.

Zamknij

20kp-logo-white-500px