Czytaj dalej

O tym, czego nie ma na egzaminie

Męczy mnie już bycie feministką. Męczy mnie, że rozpoznawanie, zwalczanie i naprawianie skutków seksizmu to odpowiedzialność kobiet. Męczy mnie, że jest to tak konieczne i tak trudne. Fragment książki Emilie Pine „O tym się nie mówi”.

Będąc dzieckiem, nie miałam roweru. Tak się składa, że nie miałam też przyjaciół. I tak jak udawałam, że lubię bawić się sama, udawałam też, że nie obchodzi mnie, że nie umiem jeździć na rowerze. Potem byłam już za duża na zaczynanie nauki jazdy, za duża na dziecięce rowerki, więc ostatecznie wyszło tak, że się nie nauczyłam. Kiedy inne dzieci jeździły po okolicy na swoich rowerach, ja siedziałam w domu i czytałam. Gdy musiałam się dokądś wybrać, szłam na piechotę. Ludziom mówiłam, że nie mam nic przeciwko chodzeniu, bo uwielbiam spacerować. Przekonałam o tym nawet samą siebie.


Potem, po trzydziestce, kiedy przeprowadziłam się sama do innego kraju, pomyślałam, że mogłabym wrócić do kwestii roweru. Jeśli nie wyjdzie mi nauka, nie będzie to miało znaczenia, bo nikt nie będzie o tym wiedział. Poszłam więc do lokalnego sklepu rowerowego i cicho zapytałam, czy mogę wypożyczyć rower dla dorosłych ze stabilizatorami kół. Gdy tylko wypowiedziałam te słowa na głos, zdałam sobie sprawę, że coś takiego może w ogóle nie istnieć.

Ale brodaty facet za ladą tylko skinął głową i zapytał, czy chcę zapisać się na kurs dla dorosłych zaczynający się w następnym miesiącu. Byłam zaskoczona. Nie przyszłoby mi do głowy, że są na świecie jacyś inni dorośli, którzy nie umieją jeździć na rowerze. I to na dodatek jest ich tylu, że można przeprowadzić kurs. Nie chciałam jednak tak długo czekać, zdecydowałam się więc uczyć sama. Sklep nie miał rowerów ze stabilizatorami, mężczyzna zaproponował mi za to rower ze zdjętymi pedałami. Zdziwiłam się; myślałam, że rower musi mieć pedały.

– Najpierw musisz nauczyć się trzymać równowagę – powiedział – a dopiero później przejść do pedałowania.

Wzięłam więc rower bez pedałów, znalazłam pusty parking – lekko pochyły – i zaczęłam „jeździć”. Odpychałam się od ziemi, odrywając najpierw tylko jedną, a później – ze strachem – obie nogi od podłoża. Ćwiczyłam przez całe przedpołudnie, okrążając parking raz za razem. Kiedy szło mi już całkiem dobrze, pchnęłam rower nieco wyżej pod górkę. Odwróciłam się i natychmiast zamarłam – moje dłonie przykleiły się do hamulców, a stopy przyspawały do ziemi. Z tej perspektywy niewielkie wzniesienie wyglądało na dosyć strome wzgórze. Może wystarczy nauki na jeden dzień? Może tak naprawdę wcale nie muszę jeździć na rowerze?

Wiedziałam jednak, że odpuszczenie bez podjęcia nawet jednej próby byłoby prawdziwą porażką. A więc puściłam hamulce. I sunęłam w dół po raz pierwszy, sunęłam i czułam, jak przecinam powietrze, a ziemia porusza się pod kołami. Kiedy zatrzymałam się na dole, przerażenie ustąpiło miejsca oszołomieniu, a oszołomienie dumie. Potem znowu wepchnęłam rower na górę i zjechałam jeszcze raz. Przez następne dwa dni powtarzałam to w kółko. Byłam szczęśliwa. Nauczyłam się jeździć na rowerze. Jakbym niemalże nauczyła się latać. Pamiętam to uczucie sunięcia, latania, śmigania i zastanawiam się teraz, czego tak się bałam. I dlaczego nie umiem częściej puszczać hamulców?

„Weźcie dziewczynę, niech ona to policzy!” Kim była Katherine Johnson

*
Kiedy zdałam sobie sprawę, że chcę pracować jako wykładowczyni uniwersytecka, miałam nadzieję, że zostanę nauczycielką, która będzie w stanie odmienić życie studentek i studentów, będzie dokładna i przenikliwa i nauczy ich rzeczy, jakich nie ma na egzaminach. Próbowałam zrealizować niektóre z tych ambicji, starając się stworzyć na swoich zajęciach bezpieczną (i równościową) atmosferę, w której wszystkie studentki i studenci mogliby podejmować ryzyko.

Czasami wydaje mi się, że największym ryzykiem, jakie mogą sobie wyobrazić ci młodzi ludzie, jest właśnie powiedzenie czegoś na głos. Wiem, że boją się, że palną coś głupiego i zostaną wyśmiani. Ale zachęcam ich do wypowiadania się pomimo tego strachu, bo mam obawy, że jeśli będą milczeć na moich zajęciach, to być może nie zabiorą głosu także w innych okolicznościach, na inne tematy. Takie, o których powinno się mówić głośno. Jeśli nie będą umieć mówić na forum grupy, czy odezwą się, jeśli spotkają się z molestowaniem, dyskryminacją lub innym rodzajem przemocy?

Gilligan: Kobiety uczą dziewczęta, dziewczęta uczą kobiety

Zaczęłam się nad tym zastanawiać po tym, jak jedna z moich studentek przyszła do mnie na konsultacje w sprawie eseju na zaliczenie. Odbyłyśmy ożywioną rozmowę na temat planu jej pracy i pomysłów. Dziewczyna była bystra, wnikliwa i elokwentna. Jednak w ciągu ośmiu tygodni moich ćwiczeń ani razu nie słyszałam, żeby wypowiadała się przed całą grupą.

– Mogłabyś opowiedzieć o swojej pracy w przyszłym tygodniu na zajęciach? – zapytałam.
W milczeniu pokręciła głową.
– Jesteś naprawdę dobra – dodałam.

Wyglądała na zaskoczoną, a ja poczułam się zawiedziona. Wiedziałam, że ta młoda kobieta milczy z konkretnego powodu: bo jest dziewczyną, a dziewczyny są nauczone siedzieć cicho, mają wbite do głowy, że nie są wystarczająco dobre, aby zostały wysłuchane. Te wyjątkowe, które podejmują ryzyko głośnego przedstawienia swojej opinii na dany temat, ryzykują też, że będą postrzegane jako bezczelne czy aroganckie. Żadna z nich nie urodziła się z tym lękiem. Nie urodziła się, czując się gorsza. Nauczono je tego przez lata. Wiem, bo sama przeszłam taki sam trening.

Kiedy kobiety czują się jak oszustki

Kiedy miałam dwanaście lat, przystąpiłam do egzaminów wstępnych do miejscowej szkoły i dostałam stypendium. Ale kiedy moja mama zapoznała się ze szczegółowym planem zajęć, zobaczyła, że dla uczennic przygotowano obowiązkowy kurs prowadzenia domu, podczas gdy uczniowie dostali w tym czasie dodatkowe lekcje matematyki. Opcja dodatkowej matematyki w ogóle nie była dostępna dla dziewcząt. Mamie się to nie spodobało, więc nie poszłam do tej szkoły.

Ale szkoła, do której ostatecznie trafiłam, również dyskryminowała dziewczęta. Co dziwne, pod koniec pierwszego roku na egzaminach z dwóch przedmiotów uzyskałam 99 procent. Pewna siebie, zapytałam obu nauczycieli, za co straciłam ten jeden procent. Zrobili krótką pauzę, po czym wyrecytowali taką samą, jakby przygotowaną wcześniej odpowiedź: inny uczeń spisał się równie dobrze, ale tylko jedno z nas mogło uzyskać 100 procent. Nie sprecyzowali, dlaczego nie byłam tą osobą, ale w obu przypadkach tym drugim uczniem okazał się chłopiec. Zrozumiałam przekaz.

Wiśniewska: On jest mądry, ona przemądrzała

A teraz w mojej pracy – tydzień po tygodniu, w kolejnych grupach – widzę efekty takiego przekazu. Studentki są o wiele bardziej małomówne niż studenci, ponieważ znacznie częściej nie doceniają wartości swojego wkładu w dyskusję. Przynajmniej tak jest zazwyczaj. Ta młoda nieśmiała kobieta ze świetnymi pomysłami wróciła na zajęcia w następnym tygodniu. Rozpoczęłam dyskusję od zapytania grupy o ogólne opinie na temat pewnej sztuki – czy im się podobała? Nastąpiła krótka pauza. Potem dziewczyna odpowiedziała. Na tych ćwiczeniach zabrała głos jeden raz, potem po dwa lub trzy razy na każdych kolejnych. Bardzo ją za to podziwiałam. Nie dlatego, że przemawianie jest trudne, ale ponieważ przełamała swój strach.

*
Pracuję w zawodzie, który wciąż jest zdominowany – zwłaszcza na wyższych stanowiskach – przez mężczyzn. Mnie samej nigdy nie odmówiono awansu ani nie byłam molestowana seksualnie w pracy, więc w zasadzie nie mam powodu się skarżyć. Ale to, że się cieszę, że nic takiego mi się nie przydarzyło, samo w sobie mówi wiele. Poza tym zadziwiające jest, jak często spotykam się z przypadkowym seksizmem, który mimo całej swojej zawoalowanej formy także może być bardzo krzywdzący. Mówiono do mnie protekcjonalnym tonem, a czasem po prostu mnie ignorowano tylko dlatego, że jestem kobietą. Na spotkaniach krzyczeli na mnie starsi rangą koledzy, licząc, że im nie odpowiem, ponieważ jestem ich podwładną i kobietą. Nazywano mnie „feminazistką”. Co robią inne kobiety w takich sytuacjach? Jak szybko reagują? Czy przeciwstawiają się krzyczącemu mężczyźnie? Czy śmieją się z seksistowskiego żartu? Czy, tak jak ja, usuwają się na bok?

Mężczyźni objaśniają mi świat

czytaj także

Feminazistką nazwał mnie pewien fotograf, który robił zdjęcia na konferencji. Chciał, żebym ustawiła się do ujęcia przytulona do dwóch kolegów. Kiedy się zawahałam, zaczął kląć. Obaj mężczyźni obok mnie śmiali się nerwowo. Gdyby któryś z nich coś powiedział, zostałby bohaterem feministek. Gdybym ja się odezwała, zostałabym nazwana suką. Chociaż to mężczyzna sprowokował całą sytuację, to ode mnie – jako kobiety – oczekiwano, że ją załagodzę, uśmiechnę się do obiektywu, będę cicho. I niestety to właśnie zrobiłam.

Seksistowskie komentarze w miejscu pracy zazwyczaj nie zawierają odniesień do ludobójstwa, co sprawia, że łatwiej się z nimi pogodzić, ale też łatwiej je przeoczyć. Straciłam już rachubę, ile razy mężczyźni – zarówno starsi, jak i młodsi ode mnie – mówili mi, że wyglądam młodo. Zachowują się tak, jakby to był komplement, ale wcale nie jest. Kobietom należy pochlebiać, mówiąc im, że wyglądają młodo, ponieważ dla kobiet to wygląd jest najważniejszy, a młodość to najlepszy wygląd z możliwych. Ale informując mnie, że wyglądam młodo lub że czegoś nie rozumiem, bo jestem zbyt naiwna, lub pytając, czy jestem studentką, kiedy wyraźnie widać, że jestem wykładowczynią na etacie, ci mężczyźni odbierają mi coś więcej niż dekadę zdobywania doświadczenia zawodowego i specjalistycznej wiedzy. Ten tak zwany komplement jest w rzeczywistości natychmiastową degradacją.

Jeśli jesteś kobietą, jeśli jesteś młoda, jeśli jesteś podwładną, nie trzeba cię słuchać. Tak naprawdę zrozumiałam to pod koniec ubiegłego roku, kiedy pojechałam za granicę, aby wygłosić gościnny wykład na innym uniwersytecie. Jego temat nie był szczególnie wesoły. Omówiłam kilka sztuk, w których kobiety dzielą się swoimi doświadczeniami gwałtu. Mówiłam o trudnościach, jakie kobiety napotykają, gdy publicznie mówią o gwałcie, oraz o cechującym niektóre kultury wykluczaniu kobiet, które w ogóle mówią publicznie. Stwierdziłam, że teatr jest dla kobiet ważnym miejscem, ponieważ mogą tam przełamać swój strach i podzielić się swoimi historiami. Gdy skończyłam mówić, zapadła krótka cisza. Czasami, gdy jestem zaangażowana w dany temat, zapominam, że nawet w kontekście akademickim słowo „gwałt” jest rzadko używane. Zachęciłam do zadawania pytań.

Pierwszy odezwał się mężczyzna, który wcześniej został mi przedstawiony jako szef wydziału. Zaczynając powoli, pokręcił głową i powiedział, że nie jest pewien, jak się odnieść do mojego wystąpienia. Jestem do tego przyzwyczajona – jeśli chodzi o tak trudny temat, sama nie zawsze wiem, jak reagować. Uśmiechnęłam się, by go uspokoić. Potem zaś stwierdził:

– Trudno mi pogodzić to, jak wyglądasz i jak się zachowujesz, z tym tematem. Mam na myśli, że wyglądasz… Nie chcę używać słowa „uroczo”, ale…

Zamilkł. Machnął rękoma w moim kierunku. Chociaż w końcu zadał pytanie, na które posłusznie odpowiedziałam, to tym komentarzem nadał ton pozostałej części dyskusji. Nie miałam być traktowana poważnie. Później tego wieczoru opowiedziałam o swoim wykładzie znajomemu. Na koniec, po namyśle, wspomniałam o szefie wydziału.

– Ten facet powiedział najdziwniejszą rzecz, powiedział, że wyglądam „uroczo”.

Mój przyjaciel się wzdrygnął. Dopiero wtedy przyznałam się przed sobą, że jestem zła, że zostałam osądzona na podstawie tego, jak wyglądałam, a nie tego, o czym mówiłam. Ale później, gdy gniew ustąpił, zastąpiła go nowa emocja: wstyd. Że się nie sprzeciwiłam.

Jak powinna się zachowywać ofiara gwałtu, żeby jej uwierzono?

czytaj także

Na ironię zakrawa fakt, że przecież całe moje wystąpienie dotyczyło sposobów zastraszania kobiet i zmuszania ich do milczenia. I oto mogąc publicznie zabrać głos, napotkałam tę samą trudność. Komentarz szefa wydziału sugerował, że nie powinnam wypowiadać się na temat gwałtu. Podejście, że kobiety mają być widziane, ale nie słyszane, jest więcej niż nieznośne. Jest to sposób na danie kobietom do zrozumienia, aby wróciły na swoje miejsce, z powrotem do milczenia. Nie wierzę, że wciąż spotykam się z taką postawą na uniwersytecie. I przede wszystkim mam dość konieczności wymyślania odpowiedzi. Powinnam była po prostu roześmiać mu się w twarz. Powinnam była wytknąć mu mizoginię. Ale w chwili, gdy mówił, nawet nie pozwoliłam sobie pomyśleć o implikacjach jego komentarza. Chciałam wyglądać na profesjonalistkę. Chciałam wydawać się silna. Chciałam przejść dalej. A więc zeszłam mu z drogi. Co jest, oczywiście, rodzajem milczenia.

Niedosłyszane głosy kobiet w teatrze

czytaj także

To trochę śmieszne opisywać się jako milczącą czy cichą, bo tak naprawdę mam dosyć donośny głos. Na imprezach znajomi proszą mnie o wznoszenie toastów, bo słychać mnie pomimo hałasu. Przyjaciel powiedział mi kiedyś, że w sumie nie potrzebuję telefonu komórkowego, gdyż mogę po prostu krzyknąć i ludzie usłyszą mnie nawet z daleka. Jestem też głośna na inne sposoby: zabieram głos na spotkaniach, biorę udział w dyskusjach, a moja praca wykładowa na uczelni oznacza, że zarabiam na życie, mówiąc. Ale okazuje się, że można być jednocześnie cichą i głośną.

Podejście, że kobiety mają być widziane, ale nie słyszane, jest więcej niż nieznośne. Jest to sposób na danie kobietom do zrozumienia, aby wróciły na swoje miejsce, z powrotem do milczenia.

Chociaż nie boję się mówić publicznie ani tego, że będę postrzegana jako ambitna – a obie te rzeczy są najczęstszymi przeszkodami, z którymi kobiety spotykają się w swojej pracy zawodowej – padam ofiarą równie zdradzieckiego problemu: oddaję swoją władzę. Usuwając się na bok, nie zwracając uwagi na seksistowskie odzywki, zachowuję się tak, jakbym się z nimi zgadzała, jakbym potwierdzała, że kobiety nie mają głosu, jakbym nie była feministką. A prawda jest taka, że męczy mnie już bycie feministką. Męczy mnie, że rozpoznawanie, zwalczanie i naprawianie skutków seksizmu to odpowiedzialność kobiet. Męczy mnie, że jest to tak konieczne i tak trudne. I jestem zmęczona własnymi aktami internalizacji, zmęczona swoim współsprawstwem i braniem udziału w tej grze.

*
Pozwólcie, że zmienię nieco temat i opowiem wam, czego dowiedziałam się o sobie przez ostatni rok. Jesteście gotowi? A więc: nie obchodzą mnie wasze uczucia. Nawet was nie znam, ale nie obchodzi mnie, jak się czujecie, co czujecie ani nawet czy w ogóle macie jakieś uczucia. Dlaczego? Ponieważ najwyraźniej brakuje mi empatii.

Czy empatia jest lewicowa?

Dla niektórych może to nie być zaskoczeniem, ale dla mnie było. Zaczęło się od tego, że zrobiłam w pracy test dotyczący słuchania z empatią – wynik był alarmujący. Zrobiłam inny test. Wyniki znowu były fatalne. Zapisałam się więc na indywidualne testy osobowości. Siedziałam w małym pokoju z konsultantką z działu kadr i stosem fiszek. Kobieta poprosiła mnie, żebym wyobraziła sobie kilka scenariuszy i opowiedziała, jaka byłaby moja reakcja. Gdyby ktoś, dajmy na to, powiedział mi, że włamano się do jego domu – czybym mu współczuła, zrobiłabym mu herbatę, zapytała, jak to się stało, czy doradziłabym ślusarza? Oczywiście, powiedziałam, należałoby wtedy podać poszkodowanemu numer do ślusarza. Konsultantka zareagowała westchnieniem. Raz po raz udzielałam nieempatycznej odpowiedzi. Pod koniec sesji kobieta oświadczyła, że mam godne podziwu podejście do życia – staram się rozwiązywać problemy, zadawać logiczne pytania, ustalać fakty. Ale nie mam, dodała delikatnie, empatii.

– No cóż, oczywiście, że nie – odrzekłam w swojej obronie. – Jestem w pracy. W pracy nie mam być przecież empatyczna.

Konsultantka uśmiechnęła się w przećwiczony, nieosądzający sposób i zapytała, dlaczego uważam, że w pracy nie ma miejsca na uczucia. Stwierdziła, że wrażliwość może być mocną stroną. Poczułam, że mózg mi się gotuje. Przypomniałam sobie, że kilka lat temu miałam desperacką wręcz potrzebę podzielenia się z kimś tym, co czuję w pracy, ale sama siebie uciszyłam.

Poproszono mnie o wystąpienie w dniu dyskusji badawczych na naszym wydziale i przedstawienie tego, czym się aktualnie zajmuję. Byłam zaskoczona, bo nie miałam jakichś spektakularnych osiągnięć, ale organizator zapewnił mnie, że inni będą zainteresowani, i ponowił prośbę, więc się zgodziłam. Później tego żałowałam – podczas przygotowywania prezentacji, w jej trakcie, a także po jej wygłoszeniu. Żałowałam, bo mimo że projekt, nad którym pracowałam, był dobry, to sama byłam w rozsypce. Zbliżało się Boże Narodzenie. Właśnie się przeprowadziłam. Bezlitośnie męczyła mnie bezsenność. I dopiero co poroniłam. Nikomu w pracy nie powiedziałam o ciąży, z wyjątkiem szefowej. Byłam zmęczona i otępiała. Wygłosiłam więc ogólnikową i niespecjalnie imponującą pogadankę wychwalającą korzyści płynące z „rozpowszechniania wyników naszych badań”. Ale tak naprawdę wolałabym wtedy mówić o tym, jaka jestem przygnębiona.

Niedoszła Matka Polka

czytaj także

Niedoszła Matka Polka

Marta Szymczyk, Aleksandra Knapik

Widzę teraz, że opowiedzenie o swoim przygnębieniu byłoby wartościowym wkładem. Nie dlatego, że mój smutek wymagał uwagi, ale dlatego, że chociaż wszyscy blisko ze sobą współpracowaliśmy, to nikt z nas nie dyskutował o emocjach, jakie wnosi do swojej pracy, i emocjach, jakie generujemy poprzez naszą pracę. Zamiast tego zajęliśmy się imponowaniem sobie nawzajem swoim profesjonalizmem, ambicjami i osiągnięciami. Wspominając tamten czas, myślę, że to było nieuczciwe.

Tak, przyznanie się do smutku byłoby z pewnością dziwne – i właśnie dlatego tego nie zrobiłam – ale mogłoby również sprowokować nas do rozmowy na temat tego, w jaki sposób nauczanie i badania naukowe mogą obudzić w nas nowe, inne od dotychczasowych emocje, jak mogą sprawić, że poczujemy się zdolne, wartościowe i ważne. O tamte uczucia warto było się upomnieć, warto było o nich mówić. Ale nie upomniałam się o nie i nie rozmawiałam o nich z jednego prostego powodu – powiedzenie, że byłam przygnębiona, byłoby niebezpiecznie kobiece.

Kiedy analizuję swoją niechęć do wyrażania emocji na płaszczyźnie zawodowej, uświadamiam sobie, że uczucia – ich posiadanie, okazywanie, mówienie o nich – są dla mnie oznaką nie tylko kobiecości, ale i słabości. Przyswoiłam sobie przekonanie, że aby być traktowaną poważnie jako intelektualistka, muszę odmawiać sobie uczuć, całej tej kobiecości i słabości. Myślę tak wbrew sobie i wbrew swojemu feminizmowi – i wbrew wszystkim kobietom na moich listach lektur, wszystkim organizowanym przeze mnie wydarzeniom, wszystkim badaniom na temat kobiet, które prowadzę, i całej mojej krytyce paneli dyskusyjnych, w których udział biorą tylko mężczyźni, i wszystkim plakatom na drzwiach mojego gabinetu reklamującym marsze w obronie praw reprodukcyjnych kobiet. Bo, jak się okazuje, ja sama też jestem seksistką.

Kiedy analizuję swoją niechęć do wyrażania emocji na płaszczyźnie zawodowej, uświadamiam sobie, że uczucia – ich posiadanie, okazywanie, mówienie o nich – są dla mnie oznaką nie tylko kobiecości, ale i słabości.

Do takiego wniosku doszłam podczas uczestnictwa w kursie przywództwa skierowanym do kobiet pracujących na uniwersytetach w Irlandii. Pewnego lutowego poranka zebrałyśmy się w przegrzanej piwnicznej sali konferencyjnej, aby szkolić się, jak „dawać sobie radę”. Jednym z pierwszych zadań było wybranie sobie przez każdą uczestniczkę wzoru do naśladowania. Zastanawiałam się nad tym, kogo wskazać i co mój wybór znaczyłby dla osoby, jaką chciałabym być. Wybrałam profesorkę, której prace bardzo szanuję i która jest wspaniałą powszechnie znaną intelektualistką i mówczynią.

Dalszy przebieg tego ćwiczenia – omówienie w małych grupach naszych wzorców – bardzo mnie zaskoczył. Dyskusja przy wspólnym stole wykazała, że większość kobiet w mojej grupie za wzór obrała swoje matki. Jako powody wymieniały ich hart ducha, niezłomność i bezinteresowność – heroiczne cechy, jakie chciały naśladować. Byłam zła na te wszystkie matki. Jedyne, o czym mogłam myśleć, było to, że oto jesteśmy na szkoleniu zawodowym mającym pomóc kobietom w przełamywaniu barier na ich ścieżkach kariery, a jednak wszystkie uczestniczki twierdzą, że chcą być jak swoje matki. Nic dziwnego, że nie możecie awansować, pomyślałam, jeśli wasz wzór do naśladowania został w domu.

Oto moje wyjaśnienie: moja matka spędzała długie godziny w pracy poza domem. Nauczyła mnie, że najważniejszą rzeczą dla kobiety jest niezależność finansowa. Nauczyła mnie, że kobiety powinny być ambitne i dumne ze swojej pracy. Nauczyła mnie, że to praca stoi na pierwszym miejscu, a dom, ze wszystkimi związanymi z nim emocjami, jest na drugim. Wszystkie te lekcje nauczyły mnie myśleć o pracy zawodowej jako o odważnej i niezbędnej podróży, którą kobiety po prostu muszą odbyć. A więc – o ironio! – mogłam uznać swoją matkę za wzór do naśladowania. Ale nigdy nie powiedziałabym, że moja mama jest dla mnie wzorem, bo nie mogłam umieścić macierzyństwa na szczycie hierarchii kobiecych osiągnięć. Cechy, które ogólnie wiążę z macierzyństwem – miłość i wsparcie, empatia i opieka – nie są cechami, które kojarzą mi się z powodzeniem w pracy. I tak znów objawia się u mnie ten zinternalizowany seksizm.

*
Zawsze chciałam być lubiana. Pod tym względem nie różnię się od innych kobiet. Kobiety chcą być lubiane. Od kobiet oczekuje się, że będą lubiane. Kobiety są oceniane, gdy nie są wystarczająco sympatyczne. Ale to właśnie bycie lubianą i sympatyczną, pomimo całej swojej atrakcyjności, powstrzymuje nas w pracy. Jesteśmy tak zajęte wspieraniem innych, nudną pracą papierkową i milionami innych niechcianych zajęć, że zdajemy się nie mieć już czasu, by żądać uznania dla naszych wysiłków. A jeśli go już zażądałyśmy, powstrzymywano nas z innych stron. Mówiono nam, że powinnyśmy być mniej życzliwe, mniej kompromisowe, mniej miłe. W końcu miłe dziewczyny nie dostają własnego gabinetu. Dawniej to mężczyźni awansowali, a nie kobiety, właśnie dlatego, że byli odważni, przebojowi i bezkompromisowi – przekaz, który płynął do kobiet, mówił, że mężczyźni nie muszą zawracać sobie głowy byciem sympatycznymi czy lubianymi, ponieważ są zbyt zajęci zdobywaniem władzy.

Dyskryminacja na akademii? Norma. Ale jak z nią walczyć w kraju, gdzie palą kukłę Żyda?

Obecnie jednak wszyscy muszą być sympatyczni, ponieważ w dzisiejszych czasach szczeble kariery zawodowej – zarówno dla mężczyzn, jak i kobiet – są nie do odróżnienia od szczebli drabiny uznaniowej, od tego, jak-bardzo-twoi-przełożeni-cię-lubią-i-szanują. Trudno jest się piąć po tej drabinie, bo standardy uznaniowe stale się zmieniają. Na moim uniwersytecie czasami chcą, żeby więcej publikować. Czasami żeby prowadzić więcej zajęć. Czasami zaś żeby zajmować się więcej sprawami administracyjnymi. Jeśli chcesz być naprawdę lubiana, musisz robić to wszystko naraz. Jest jednak w całej tej pogoni za zyskiwaniem sympatii pewien haczyk. Im więcej robimy, tym bardziej jesteśmy szanowane. Ale też im więcej robimy, tym więcej się od nas oczekuje. Stale mamy „poprawiać wydajność i osiągać sukcesy”. I w przypadku pracy na wiecznie niedofinansowanym uniwersytecie sukces zawsze ostatecznie oznacza zdobycie pieniędzy.

Co tydzień otrzymuję dwa mejle na temat ubiegania się o granty. Dwa mejle łatwo zignorować, prawda? Ale przychodzi też trzeci. To cotygodniowy newsletter od dziekana, który zawiera listę wszystkich osób na uniwersytecie, które otrzymały finansowanie zewnętrzne. W ten sposób wszyscy dostajemy wiadomość. „Tak” dla przepracowanych! „Tak” dla tych niewielu odnoszących sukcesy finansowe! „Nie” dla reszty! Mogłabym próbować o tym nie myśleć, znaleźć inne dowody szacunku i poważania. Ale chcę być lubiana. Więc kiedy zdaję sobie sprawę, że tylko pieniądze mogą uczynić mnie lubianą, zaczynam czytać te mejle, klikać w linki i ponownie rozważam potencjał swoich badań w kontekście zdobywania grantów. A kiedy udaje mi się zdobyć środki na projekt, świętuję, ponieważ to jest właśnie dowód. Dowód na to, że jestem lubiana.

Młynarska: Nadchodzi koniec epoki lubieżnego dziada [rozmowa]

Nie chcę się przechwalać, tylko opowiedzieć historyjkę z morałem. Kiedy trzy lata temu starałam się o finansowanie zewnętrzne, nie rozumiałam, że tak naprawdę staram się również o kolejny etat. Wraz z nagrodą spoczęła na mnie odpowiedzialność za kierowanie zespołem projektowym, zarządzanie budżetem w wysokości setek tysięcy euro i uzyskanie „znaczących i wpływowych wyników badań”. Nie zostałam do tego w żaden sposób przygotowana, ale wmawiałam sobie, że jestem twarda i dam sobie radę. Pieniądze pozwoliły mi „wykupić” się od prowadzenia zajęć, nie zrezygnowałam jednak z żadnych innych obowiązków. Więc miałam dwa etaty.

A potem powiedziałam „tak” kolejnym propozycjom. Podjęłam się redakcji czasopisma. Zgodziłam się napisać dwie książki w ramach jednej umowy, ignorując fakt, że terminy oddania obu były ustalone na ten sam miesiąc. Zgłaszałam się do udziału w międzynarodowych konferencjach. Ba, sama zorganizowałam trzy. Podróżowałam tak dużo, że zaczęłam zbierać mile lotnicze. I uśmiechałam się, gdy przyjaciele czy znajomi pytali mnie, czy kiedykolwiek sypiam, bo tak – właśnie tak – wygląda sukces. W rzeczywistości jednak tak właśnie wygląda pracoholizm.

Przepracowani? Wypaleni? To przestańcie się samowyzyskiwać

Dlaczego stałam się pracoholiczką? Oczekiwania dotyczące pracy ponad normę z pewnością wzięły się od moich przełożonych. Ale to nie był jedyny powód. Ponieważ oczekiwania dotyczące perfekcjonizmu były moje. Kiedy po poronieniu nie mogłam znowu zajść w ciążę, powiedziałam sobie, że poniosłam porażkę, bo nie mam dzieci. Powtarzałam to sobie w kółko, tak jakby zajście w ciążę było egzaminem, na który mogłabym się lepiej przygotować. Skoro nie mogłam zostać matką, zdecydowałam, że zamiast tego będę się definiować poprzez swoją pracę. Z perspektywy czasu widzę, że rzucenie się w wir pracy, zamiast przeżywania żałoby, było błędem. Ale nawet z perspektywy czasu nie mogę zrozumieć, dlaczego tak się wkręciłam, dlaczego poprzez swój pracoholizm byłam dla siebie aż tak okrutna.

Z zewnątrz wszystko wyglądało świetnie – podpisana umowa na książkę, grant, publikacje naukowe; byłam chodzącym przykładem kobiety sukcesu. Ale w rzeczywistości po cichu przeżywałam załamanie. Drobne załamanie, w porównaniu z innymi, ale jednak załamanie. Pracowałam w każdy weekend i pochłonięta obowiązkami, przestałam odpisywać na esemesy od znajomych. Za każdym razem, gdy mój chłopak proponował wyjście na rower, odburkiwałam, że jestem zbyt zajęta. I chociaż moja praca składa się z czynności, które kocham – nauczania, badań, pisania – narastająca presja ciągłych terminów zabijała moją miłość i do pracy, i do siebie. Przestałam być po prostu przygnębiona – zaczęłam mieć depresję. Nie uznałam jej za sygnał ostrzegawczy, nie zwolniłam tempa, nie otrzymałam pomocy.

Rób to, co kochasz. Kochaj to, co robisz

czytaj także

Myślałam, że moja depresja jest oznaką słabości charakteru. Myślałam, że gdybym tylko przestała marnować tyle czasu na skupianie się na swoim smutku, byłabym bardziej produktywna. Pracowałam coraz więcej, aby ukryć depresję. Czasami byłam tak zmęczona i przybita, że zamykałam drzwi gabinetu, gasiłam światło i kładłam się na podłodze. Czułam się, jakby dusił mnie koc utkany z lęku i niepokoju. Najmniejsze zadania stawały się dla mnie wyzwaniem nie do pokonania, katowałam się każdym swoim najdrobniejszym błędem. Przyglądałam się osobom wokół mnie, które wydawały się radzić sobie znacznie lepiej niż ja, i zastanawiałam się, jak to robią. Kiedy jedna z koleżanek powiedziała mi, że siada do swoich badań o dziewiątej wieczorem, kiedy jej dzieci leżą już w łóżkach, nie było mi jej żal – zazdrościłam jej tego zdyscyplinowania.

A potem, zeszłego lata, za namową uczelnianego biura badawczego, i dlatego, że jestem taką dobrą dziewczyną, wzięłam na siebie kolejny grant. Zgadzając się na to, wmawiałam sobie, że to tylko miesiąc pracy. Zupełnie zignorowałam zaś fakt, że będę musiała pracować każdego dnia miesiąca, bez przerwy. Kiedy powiedziałam rodzinie, że ubiegam się o kolejny duży grant, wszyscy stanowczo mi to odradzali. Kiedy puściłam ich radę mimo uszu, wyrazili nadzieję, że tego grantu nie dostanę. Gdy moje podanie było już w toku, zdałam sobie sprawę, że bliscy mieli rację, że popełniłam błąd. Jak ja się w to wpakowałam? Zastanawiałam się, ale było już za późno. Planowałam, konsultowałam się, pisałam i redagowałam, dopóki nie poczułam, że mój mózg zaraz eksploduje. Nadal też oczywiście wykonywałam swoją zwykłą pracę. Biorąc na siebie jeszcze więcej zadań, stałam się architektką własnego załamania. Ale nie byłam sama na drodze ku załamaniu – uniwersytet kibicował mi na każdym etapie, aż do mety – szaleństwa. „Tak” dla przepracowanych!

Społeczeństwo zmęczenia

czytaj także

*
Wszystko zaczęło się sypać na początku sezonu konferencyjnego. Pod koniec czerwca jechałam na pewne sympozjum. Dzień był gorący; wychodząc z domu, byłam rozkojarzona. Dopiero na lotnisku zdałam sobie sprawę, że zapomniałam wziąć kurtki. Nie byłby to w ogóle problem, gdyby nie fakt, że leciałam do Norwegii, a prognoza pogody była fatalna: miało być zimno i mokro. W sumie zabawna sytuacja, ale gdy wtedy stałam w hali odlotów, bez żadnych ciepłych ubrań w walizce, brak kurtki wydał mi się katastrofą. Pod wpływem ataku paniki – z walącym sercem, oblana potem i z niespokojnym oddechem – zadzwoniłam do mojego chłopaka. Wysłuchał mnie i uspokoił. Poradził, żebym kupiła kurtkę na lotnisku. Kupiłam najcieplejszą, jaką mogłam znaleźć, i nosiłam ją potem z wdzięcznością przez całą konferencję. Kryzys zażegnany.

Dwa dni później kolejny problem. Mój lot powrotny został odwołany. Mimo że był dopiero piątek po południu, linia lotnicza poinformowała mnie, że będę musiała czekać na następny lot aż do niedzieli. Niedobrze. Przecież w poniedziałek miałam wygłosić wykład we Frankfurcie. Znów spanikowałam. Na początku próbowałam przymilać się obsłudze. Później zaczęłam krzyczeć. Zażądałam rozmowy z przełożoną. Przyszła, ale powiedziała to samo co jej pracownicy: że nie ma lotów. Wtedy zauważyłam obrączkę na jej palcu – domyśliłam się, że może być matką, i spróbowałam nowej taktyki: pokazałam jej zdjęcie swojego siostrzeńca na wygaszaczu telefonu. Powiedziałam, że to mój syn i że muszę do niego wrócić. Miałam łzy w oczach. Kobieta spojrzała na fotografię, na mnie, potem odwróciła się do biurka i gdzieś zadzwoniła. Kiedy przebukowała mój lot na sobotę, próbowałam powstrzymać triumfalny uśmiech. Kryzys zażegnany. Znowu.

Tamtej nocy ledwo spałam. Rano wyleciałam pierwszym lotem, tego dnia czekały mnie jeszcze trzy przesiadki. Wojaże po europejskich lotniskach były męczące. Ale – i o to chodziło – tak naprawdę już od dawna nie czułam się tak szczęśliwa. Byłam w fazie hipomanii – praca, praca, praca. Nic mnie nie powstrzyma, myślałam, stukając w klawiaturę laptopa w Stavanger, w Aberdeen, a potem w Schiphol. Czułam się jak Superwoman.

W poniedziałek, wciąż walcząc ze zmęczeniem, poleciałam do Frankfurtu, wygłosiłam wykład, wróciłam do domu. Następnego dnia – chociaż ledwo wiedziałam, w jakiej strefie czasowej jestem – byłam już w pracy i finalizowałam wniosek grantowy. Nacisnęłam „wyślij” drżącymi palcami. Wyszłam z gabinetu i przez chwilę stałam zdezorientowana, patrząc na ciemnawy, cichy korytarz. Byłam jedyną osobą w całym budynku. Tak bardzo skupiłam się na wypełnianiu papierów, że nie zauważyłam, kiedy zrobiło się tak późno. Chociaż był środek lata, na zewnątrz było już ciemno. Uświadomiłam sobie, że jestem głodna i że nie pamiętam, kiedy ostatni raz zjadłam porządny posiłek. Pocieszałam się, że przynajmniej to już koniec, że mogę wrócić do normalności. Kryzys zażegnany – tym razem naprawdę.

Problemy psychiczne – czas na pomoc, nie na stygmatyzację!

Ale ile razy można zażegnywać kolejne kryzysy, zanim się człowiek przyzna sam przed sobą, że ta seria to tak naprawdę jedno długie przesilenie? Następnego wieczoru wjechałam samochodem w ścianę. Jechałam odebrać siostrzeńca. Chciałam pomóc siostrze, dać jej chwilę wytchnienia od obowiązków samotnej matki. Gdy dotarłam do jej domu, zawróciłam, ale byłam tak nieprzytomna, że nie zauważyłam słupka. Nagle rozległ się zgrzyt i trzask zgniatanego metalu. W pierwszym odruchu pomyślałam o siostrzeńcu, ale na szczęście nie było go w pobliżu. Potem uprzytomniłam sobie, że rozbiłam ścianę i samochód, i wzdrygnęłam się na myśl o uszkodzeniach.

Dopiero wtedy powoli zaczęłam się zastanawiać, czy nic mi nie jest. Ściskałam kierownicę. Byłam bliska płaczu. Całe moje ciało drżało od adrenaliny, drżało, ponieważ właśnie potwierdziły się moje przewidywania. Wiedziałam, że wydarzy się coś złego. Wiedziałam, że coś zepsuję. I właśnie to zrobiłam – rozbiłam samochód. I byłam zachwycona, bo do tej pory sądziłam, że tym, co się rozleci, będę ja sama.

Mogę nie mieć zbyt wiele empatii wobec innych, ale szczerze mówiąc, nie mam jej i dla siebie. Wiedziałam, że biorę na siebie za dużo i, w pewnym sensie wiedziałam, że jestem nieszczęśliwa. To nie znaczy, że w ciągu ostatnich dwóch lat nie było momentów, kiedy czułam się szczęśliwa. Ale kiedy jesteś wyczerpana i przygnębiona, następuje dziwny rozłam. Wiesz, że powinnaś być szczęśliwa, możesz nawet sobie wmawiać, że taka jesteś, ale to doświadczenie jest w jakiś sposób sztuczne, nierealne. Byłam na skraju załamania. Byłam wyczerpana sama sobą. I nikomu nie mogłam o tym powiedzieć, bo przyznanie się, wypowiedzenie na głos słowa „depresja” byłoby ostateczną porażką. Wiedziałam, że coś w końcu pęknie. I miałam to gdzieś.

*
Na początku tych kilku lat życia w ciągłym stresie wzięłam udział w jednodniowym kursie Mindfulness dla nauczycieli akademickich. Przyszło około dwudziestu osób, każda z tym samym problemem: zbyt stresująca praca. Z perspektywy czasu wiem, że potrzebowałyśmy po prostu mniej pracować, a nie trenować się w uważności, ponieważ jednak poluzowanie sobie w pracy nie wydawało się możliwe, starałyśmy się „naprawić” siebie, stać się bardziej wytrzymałe w obliczu nawału obowiązków. Tak naprawdę same się zabijałyśmy. Albo zabijał nas uniwersytet, nie jestem w sumie pewna.

Nie mogę pójść do osób zarządzających uczelnią i powiedzieć im:
– Hej, wiecie co, chłopaki – bo to w większości faceci – może czas powiedzieć pracownikom, żeby zwolnili tempo?

Nie wyślę im tej uwagi. W rzeczywistości nie mogę sobie nawet wyobrazić, że mogłabym to zrobić. Przyznając się do tego, nie obwiniam tak naprawdę dotkniętego kryzysem uniwersytetu o próbę przekształcenia swoich pracowników w poszukiwaczy grantów i co za tym idzie – wyciśnięcia z nas wszystkiego, co się da, do ostatniej kropli. No dobrze, obwiniam. To jednak ja ponoszę odpowiedzialność za swoje zdrowie psychiczne. Wam prawdopodobnie nie muszę tego mówić, ale musiałam powiedzieć to sobie. I kiedy już zdałam sobie z tego sprawę, zastanawiałam się, dlaczego w ogóle powierzyłam obcym ludziom decyzję o tym, ile jestem warta.

Mindfulness robi wam wodę z mózgu

czytaj także

Wypadek nie spowodował u mnie natychmiastowej przemiany. I chociaż staram się być inna, wiele problemów, o których tu wspomniałam, nadal jest częścią mojego życia.

– Więc co się zmieniło? – zapytała mnie ostatnio przyjaciółka.

Oto odpowiedź: obecnie mam nową listę rzeczy do zrobienia. A właściwie to nie jest lista rzeczy do zrobienia, tylko bardziej seria notatek do siebie samej.

Będę doceniać swoje pomysły i uczucia. Będę pisać codziennie, bo pisanie jest jedną z rzeczy, które sprawiają, że czuję, że żyję. Będę wykładała to i uczyła tego, co mnie pasjonuje. Nie będę się bała wypowiedzieć na głos słowa „gwałt” tylko dlatego, że mam na sobie ładną spódnicę. Będę krytykować mizoginię. Będę walczyć z tym zinternalizowanym seksizmem. Będę miła dla współpracowniczek i współpracowników właśnie dlatego, że nie wiem, co czują lub jak się czują. Zjem śniadanie. Zjem obiad. Zjem kolację (nie przy biurku). Będę zwracać uwagę na swoje ciało – ciało kobiety w średnim wieku. Będę spędzać czas z osobami, które kocham. Będę córką i siostrą, ciocią, partnerką i przyjaciółką. I będę pytać swoje studentki, co by zrobiły, gdyby się nie bały. Wysłucham ich wypowiedzi. I przypomnę im ze współczuciem, że to brak starań jest prawdziwą porażką.

Ja się staram. I się boję. Boję się pisać o usuwaniu się na bok, o uczuciach, o przepracowaniu, depresji i załamaniu, ponieważ wciąż jestem przekonana, że przyznanie się do słabości sprawia, że wydaję się słaba, a nie silna. Boję się potwierdzenia, że jestem młoda, urocza i bezsilna. Boję się przyznać do tych wszystkich trudnych, złych, nieprzyjemnych rzeczy. Boję się kompromitacji. Boję się współczucia. Boję się oburzenia. Boję się, że ktoś na mnie nakrzyczy. Boję się bycia uciążliwą kobietą. A także kobietą zbyt potulną.

Boję się. Ale i tak się staram.

Jak kobiety uczyły się mówić

**
O tym się nie mówi Emilie Pine fragmentEmilie Pine wykłada wiedzę o dramacie współczesnym na University College w Dublinie. Publikowała jako naukowczyni i krytyczka literacka. O tym się nie mówi, jej pierwsza książka, ukazała się w Polsce nakładem wydawnictwa Cyranka w przekładzie Joanny Figiel. Została nagrodzona m.in prestiżową The Butler Literary Award 2018.

Ciekawy artykuł? Pomóż nam pisać takie teksty dalej.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.