Kraj

Trela: Lewica łączy energię młodych z doświadczeniem

Czarzasty chce wprowadzić lewicę do parlamentu po czteroletnim niebycie. Biedroń chciałby zostać kandydatem lewicy na prezydenta Polski. Zandberg chce realizować ideały partii Razem. Mamy szansę stworzyć dobrze działającą drużynę – mówi Tomasz Trela, wiceprezydent Łodzi, wiceprzewodniczący SLD i łódzka „jedynka” Lewicy w wyborach do Sejmu.


Przemysław Staciwa: Błażej Lenkowski z „Liberté!” twierdzi, że jest pan przez część publicystów wskazywany jako przyszły lider ugrupowań lewicowych. Wysoko pan mierzy?

Tomasz Trela: Każda taka opinia jest bardzo miła, ale liderzy lewicy wyklarują się dopiero po wyborach. Jesteśmy w sytuacji, w której jeden nie wystarczy, potrzeba ich znacznie więcej. Lewica odradza się na naszych oczach. Nie wyobrażam sobie innego scenariusza niż ten, że lewicowa reprezentacja wróci do polskiego parlamentu. Tak, czuję sympatię ludzi, mieszkańców regionu łódzkiego. Jestem w Sojuszu Lewicy Demokratycznej od dziewiętnastu lat, nigdy go nie zdradziłem, nie porzuciłem. Chyba otrzymuję teraz premię za stałość w poglądach.

Program Lewicy jest wyjątkowo konfrontacyjny. Czy to źle?

Obecnie na polskiej scenie politycznej mamy trzech „lewicowych tenorów”. Po wyborach dojdzie do przetasowania?

Ambicją Włodka Czarzastego jest wprowadzenie lewicy do parlamentu po czteroletnim niebycie. Robert Biedroń chciałby zostać kandydatem środowisk lewicowych na prezydenta Polski. Z kolei Adrian Zandberg chce realizować ideały partii Razem. Przestrzeń dla liderów jest bardzo szeroka i do tej trójki mogą dołączyć kolejne osoby. Mamy szansę stworzyć dobrze działającą, fajną drużynę.

Ale żeby ta drużyna dobrze funkcjonowała, potrzeba umiejętnej układanki na listach wyborczych. Jako wiceszef partii miał pan coś w tej kwestii do powiedzenia?

Miałem bezpośredni wpływ na region łódzki i kształt list w województwie, ale w SLD bardzo często dyskutujemy i szukamy różnych wariantów. Jeśli chodzi o ogólną strategię wyborczą, to jestem w Sojuszu odpowiedzialny za sprawy samorządowe.

Trudno jest uprawiać ogólnopolską politykę, nie będąc w Warszawie?

Jeżeli ktoś myśli o karierze dobrego samorządowca, to funkcja radnego, wiceprezydenta, w zupełności wystarcza. Ale polityka krajowa, stanowienie prawa, proces legislacyjny – bez obecności w parlamencie jest to po prostu niemożliwe. Jeśli ktoś myśli, że z pozycji prezydenta miasta może kierować polityką krajową, jest w wielkim błędzie.

A więc specjaliście SLD od spraw samorządowych samorząd nie wystarcza.

Namawiano mnie do startu w wyborach parlamentarnych cztery lata temu. Miałem wtedy bardzo konkretny plan. Chciałem przez jedną kadencję być wiceprezydentem i doprowadzić do tego, by lewica współrządziła Łodzią. To się udało. Dziś rozpoczynam kolejny etap, myślę, że wskazanie w Łodzi na mnie jako lidera lewicowej listy do Sejmu było dość naturalne. Na to byłem przygotowany i na to się zgodziłem.

Dostać się do Sejmu to jedno, a efektywnie w nim działać – to drugie. Ostatnio posłanka Bernadeta Krynicka z PiS nie była w stanie podczas wywiadu powiedzieć nic o swojej działalności w mijającej kadencji Sejmu.

Mój plan jest sprecyzowany – w parlamencie chciałbym zajmować się przede wszystkim edukacją, która jest mi bliska. Myślę, że doświadczenie samorządowe i obserwacja skutków „deformy” edukacji wprowadzonej przez PiS pomogą mi w pracy w Sejmie. Jest dużo pola do działania, począwszy od kształtu programów nauczania, które nie nadążają za zmieniającym się światem, przez odpowiedzialność za oświatę, czyli kto za co płaci, na pensjach nauczycieli skończywszy. O swoim starcie w wyborach rozmawiałem z panią prezydent. Doszliśmy do wniosku, że dobrze by było, gdyby głos samorządowy z Łodzi był słyszany.

Jeśli mowa o prezydent Zdanowskiej i samorządowym sojuszu z Platformą Obywatelską, to pan był również gorącym zwolennikiem kontynuowania szerokiej Koalicji Obywatelskiej.

To prawda. Nie ukrywam, że prezydent Zdanowska jest dla mnie ważnym politycznym partnerem. Rozpoczęliśmy to partnerstwo w 2014 roku, układa się bardzo dobrze, więc bez konsultacji z Hanną Zdanowską nie zdecydowałbym się na start. Zależy mi na stabilnym rozwoju miasta, chciałbym, by był kontynuowany i by lewica miała w tym swój udział. Trela w parlamencie nie oznacza braku lewicy w łódzkim samorządzie.

Zandberg: Chcemy nowoczesnego państwa dobrobytu [rozmowa]

Koalicja z Platformą Obywatelską w łódzkim samorządzie wiązała się z daleko idącymi ustępstwami SLD. Przypomnę, że głosowaliście przeciwko projektowi darmowej komunikacji miejskiej dla dzieci autorstwa Inicjatywy Polskiej. Druga sprawa to postulat społeczników, czyli darmowe obiady dla dzieci w szkołach. Przed wyborami samorządowymi zapowiedzieliście wdrażanie tego projektu, a teraz się z tego wycofujecie.

Współrządząc, trzeba się konfrontować z brutalną rzeczywistością finansową. Odrzuciliśmy wariant Inicjatywy Polskiej, ale zaproponowaliśmy wprowadzenie bardzo tanich biletów dla uczniów i seniorów. Projekt obiadów chcemy rozpocząć pilotażowo, niestety, wszystko rozbija się o pieniądze.

Jednak wcześniej zapowiedzieliście, że pieniądze na obiady się znajdą.

Tak, tylko trzeba powiedzieć uczciwie, że w tym roku musieliśmy jako miasto dołożyć prawie 40 milionów do systemu oświaty na samą reformę edukacji, którą uszczęśliwił nas rząd! Gdyby rząd wywiązywał się ze swoich obietnic i reforma edukacji rzeczywiście była dla samorządów bezkosztowa, byłoby zdecydowanie łatwiej. Nie chcę się usprawiedliwiać, tylko wyjaśnić, że realizacja darmowych obiadów pochłonęłaby kilkadziesiąt milionów złotych. Tych pieniędzy teraz w budżecie nie mamy.

Lewica jako jedyna nie kluczy ani nie usprawiedliwia sprawców

O tym, że PiS przerzuca koszty wdrażania reformy edukacji na samorządy, wiadomo od dawna. Nie kalkulowaliście tego, gdy obiecywaliście obiady?

Chodzi o skalę zjawiska. Jeżeli musimy dołożyć aż pół miliarda złotych do wydatków edukacyjnych tylko w tym roku, to gdzieś musieliśmy obciąć inne wydatki. To są realne problemy samorządowców, którzy podejmują nie zawsze popularne decyzje. Rolą parlamentu jest usystematyzowanie polskiej oświaty i wyjaśnienie, kto za co ma płacić.

Jeśli mowa o pieniądzach – jak się mają propozycje wyborcze Lewicy do możliwości budżetowych? Michał Sutowski uważa, że w programie Lewicy jest sporo dobrych i interesujących pomysłów, schody mogą jednak rozpocząć się na etapie liczenia pieniędzy potrzebnych na ich wdrożenie.

Gdy naszkicowaliśmy nasz program, po stronie wydatków pojawiły nam się 62 miliardy złotych. Pokazaliśmy, z jakich inwestycji można zrezygnować, by zaoszczędzić. W pierwszej kolejności to Centralny Port Komunikacyjny – nie jest jasne, po co miałby powstać i kiedy ostatecznie miałoby się to stać. A ta inwestycja, jak i prace przy przekopie Mierzei Wiślanej pochłaniają wielkie pieniądze.

Zatrzymanie niepotrzebnych inwestycji nie zapewni stałych wpływów do budżetu.

Mówimy też o wydatkach bezpośrednich, jak likwidacja Funduszu Kościelnego i wyprowadzenie lekcji religii ze szkół, na czym budżet zyska sześć miliardów. A dodatkowo jeżeli przestaniemy dosypywać pieniędzy do takich instytucji jak IPN, TVP, jakichś „fundacji narodowych”, to potrzebne oszczędności zaczną się pojawiać.

Chcemy wyższej emerytury minimalnej w wysokości 1600 złotych. Na to potrzeba 12 miliardów, ale dwa wrócą w formie wyższych podatków. Kolejna sprawa – luka w VAT. PiS ją zredukował, ale ona wciąż istnieje. Ponadto w budżecie mamy nieruszaną – nie wiadomo czemu – rezerwę na poziomie 30 miliardów złotych, z której można skorzystać.

Chciałbym jednak dodać, że lewica udowodniła już, że potrafi zarządzać budżetem. Kiedy SLD przejmował w 2001 roku władzę, PKB Polski był ujemny, a pod koniec rządów mieliśmy sześć punktów procentowych na plusie. Dziś też mamy na to pomysł.

Jak pan patrzy na dobór ludzi na listach Lewicy w skali kraju?

Generalnie mam wrażenie, że listy są optymalne. Oczywiście będą miejsca, gdzie część ludzi pozostanie niezadowolona. Jeśli mamy łączyć energię młodych z doświadczeniem, to chyba się udało. Coś takiego zrobiliśmy przed kilkoma laty w Łodzi. Mamy na listach młodych z Wiosny i Razem, bez doświadczenia parlamentarnego. Uzupełniają ich takie nazwiska jak Małgorzata Szmajdzińska czy Joanna Senyszyn. Jest też „mityczny” komunista Marek Dyduch, który ma doświadczenie parlamentarne i ministerialne. Połączyliśmy wszystko, co najlepsze na lewicy. Ale najmocniejszą stroną tej ekipy jest entuzjazm i chęć do pracy każdego dnia.

Jeśli mowa o niezadowolonych – najbardziej narzekają politycy pana partii. Struktury na Mazowszu niezadowolone są z braku miejsca dla Moniki Jaruzelskiej, Katarzyna Piekarska odeszła, a profesor Iwiński publicznie upominał się o miejsce na liście.

Jeśli mamy łączyć energię młodych z doświadczeniem, to chyba się udało.

Jeżeli wszyscy zachęcali do budowania lewicowej koalicji – po fiasku kontynuacji Koalicji Europejskiej – to trzeba było się liczyć z tym, że liczba czołowych miejsc na listach będzie ograniczona. „Jedynki” i inne biorące miejsca trzeba było podzielić między trzy ugrupowania. Katarzyna Piekarska nie wytrzymała ciśnienia i nie poczekała do końca układania list w okręgu warszawskim, gdzie jest 20 mandatów. Mogłaby z list Lewicy spokojnie o ten mandat powalczyć. Uważam, że każdy, kto odszedł z Lewicy na listy KO, poszedł na łatwiznę.

Jeśli chodzi o Tadeusza Iwińskiego, to sprawa jest bardzo prosta: SLD jest partią strukturalną, to lokalne struktury wystawiają swoich kandydatów. Trzeba zapytać w Olsztynie, co się stało, że nie zgłoszono kandydatury profesora Iwińskiego.

Niezadowolonych jest jednak więcej. Swoje obiekcje pod adresem list Lewicy formułowały członkinie Inicjatywy Feministycznej, a także Jan Śpiewak, który stwierdził, że zjednoczona Lewica to prywatna impreza Włodzimierza Czarzastego. Czyżby na lewicy znów dał o sobie znać autodestrukcyjny gen?

Czy demokratyczne środowiska lewicy muszą – wzorem prawicy – mówić jednym głosem zawsze i wszędzie? U nas każdy wyraża swoje zdanie i nie widzę w tym nic złego. Nie podoba mi się natomiast, gdy członek danej partii kontestuje publicznie decyzję, która zapadła na forum ugrupowania. Inna sprawa, że lewica przegrywała wtedy, gdy była podzielona, miała wewnętrznych krytyków. Tak więc proszę wszystkich niezadowolonych o poparcie jedynej lewicowej listy do Sejmu.

Do tego chóru dołączył lansowany przez SLD i wypromowany na europosła Leszek Miller. Były premier przyznał, że Robert Biedroń to człowiek nie z jego bajki i że woli Donalda Tuska. Boli?

Takie stwierdzenia nie pomagają w integracji lewicy. Mogę tylko prosić pana premiera Millera, by pomagał nam i wspierał lewicowy projekt tak, jak robią to działacze trzech ugrupowań. Pamiętam, jak koledzy i koleżanki z SLD wspierali Leszka Millera, by został eurodeputowanym, więc może warto, by europoseł Miller wsparł nasz projekt. Prezydent Aleksander Kwaśniewski na przykład jednoznacznie opowiedział się po naszej stronie, Marek Belka, któremu pomagałem w kampanii – podobnie. Wspieranie Lewicy jest ważne, bo bez niej dzisiejszy parlament kuleje.

Lewica, którą łączy przyszłość

Czy Lewicy opłaca się w tych wyborach grać kartą spraw światopoglądowych w momencie, gdy PiS czyni z praw osób LGBT+ politycznego straszaka, a KO woli unikać konkretnych deklaracji?

Mamy bardzo jednoznaczny pogląd na sprawy społeczne, światopoglądowe i gospodarcze. W końcu przyszedł czas, by nie przylepiać lewicy łatki tych, którzy chcą rozmawiać jedynie o gejach, lesbijkach i Kościele. Będzie mowa o płacy minimalnej i minimalnej emeryturze. Ale lewica jest też od tego, by powiedzieć: religia – do salek katechetycznych, kościelna taca – do opodatkowania. Mówimy o aborcji, związkach partnerskich i in vitro.

Teraz macie nieskrępowaną możliwość artykułowania takich postulatów. Czemu SLD do końca walczyło o projekt szerokiej koalicji, skoro wiedzieliście, że w szerokim bloku o wielu sprawach nie moglibyście mówić?

Lewica jest od tego, by powiedzieć: religia – do salek katechetycznych, kościelna taca – do opodatkowania.

Z Platformą wiele rzeczy nas łączy, ale wiele też różni. Szeroka koalicja wymagałaby dużych ustępstw z obu stron, to prawda. Ale myślę, że gdy politycy KO zobaczą w Sejmie nasz projekt związków partnerskich, to podniosą za nim rękę. Podobnie za projektem racjonalnego rozdziału Kościoła od państwa. Podczas rozmów z wyborcami o opodatkowaniu Kościoła prawie każdy przyznaje mi rację. Mówią, że skoro oni płacą podatki, to czemu duchowni nie płacą? Tak samo z tacą, którą trzeba opodatkować.

Co z paktem senackim, który zawarliście z KO i PSL? Problem pojawił się między innymi w Łodzi, w okręgu 24. Wystawiliście tam swoją kandydatkę Małgorzatę Niewiadomską-Cudak, ale kontrkandydaturę zapowiedział były prezes NIK, Krzysztof Kwiatkowski. Problemy pojawiły się także w Nysie i Sosnowcu.

Jako inicjatorzy paktu senackiego wskazaliśmy na kilka okręgów i nazwisk, na których nam wyjątkowo zależy. To samo zrobiły pozostałe strony porozumienia i na tym polega układanka. Gwoli precyzji trzeba jednak powiedzieć, że póki co żadnego paktu sensu stricto nie ma.

Dlaczego?

Nie ma ustaleń, że w każdym ze stu okręgów jesteśmy absolutnie dogadani. To raczej rodzaj niepisanej umowy i pytanie, kto będzie w niej do końca dżentelmenem. W niektórych okręgach problem ma Koalicja Polska; u nas, obok Łodzi, niejasna sytuacja jest w Nysie i Sosnowcu. Ustaliliśmy ze wszystkimi stronami, że w okręgu 24. będzie nas reprezentować Małgorzata Niewiadomska-Cudak. Tymczasem Krzysztof Kwiatkowski ogłosił się jako kandydat niezależny. Trudno powiedzieć na sto procent, czy z poparciem Platformy.

Czyli ciągle niewiele wiadomo.

W tej sprawie mało kto wie coś konkretnego. Zapewne kilka osób w Warszawie. Jeżeli ktoś rejestruje swój komitet i objawia się jako kandydat niezależny, to nawet jeśli ma czyjeś ciche poparcie, raczej nikt tego nie powie.

Dla was to problem. Krzysztof Kwiatkowski jest popularnym politykiem i jeśli wystartuje w tym okręgu, to kandydatce Lewicy byłoby szalenie trudno z nim wygrać.

Zobaczymy. Uważam, że Koalicja Obywatelska powinna dołożyć wszelkich starań, by zgłoszony w danym okręgu kandydat był jedynym kandydatem sił opozycyjnych.

Koalicja zawsze może rozłożyć ręce i powiedzieć, że Kwiatkowski nie jest już w ich partii i nie mają na niego wpływu.

Po eurowyborach Grzegorz Schetyna zaczął się miotać, więc istnieje ryzyko, że tak właśnie jest. Być może w Warszawie w Platformie ktoś uknuł plan, że oficjalnie Kwiatkowski jest niezależny, ale przecież był naszym posłem, ministrem, a później szefem NIK z naszego nadania. Byłoby to bardzo nieeleganckie, gdyby okazało się prawdą.

Zdanowska: Jesteśmy w trakcie wojny domowej

czytaj także

Jak według pana kształtują się listy Koalicji Obywatelskiej? W oczy może rzucać się odsunięcie na boczny tor polskiej polityki medialnych osobowości KO – Bartosza Arłukowicza, Krzysztofa Brejzy. Niektóre jedynki mogą zaskakiwać, na przykład lider łódzkiej listy – Tomasz Zimoch. Postać znana, ale…

… z tramwaju (Zimoch użyczył głosu do odczytywania komunikatów w łódzkich autobusach i tramwajach – przyp. red.).

No właśnie. Czy Grzegorz Schetyna zabezpieczył „tyły” w swojej partii i zawczasu pogodził się z porażką?

Wciąż uważam, że zwycięstwo jest możliwe, a kluczowe będzie poparcie dla Lewicy. Dwa punkty procentowe poparcia danej partii przekładają się nawet na 20 mandatów. Może być tak, że Lewica zdobędzie 15–17 procent i będzie decydować o utworzeniu rządu. A nasza deklaracja jest jasna: nie pójdziemy na żaden kompromis ani układ z PiS. Koalicja Obywatelska musi się w pełni zmobilizować i „uderzyć” do elektoratu centrowo-liberalnego. My ze swojej strony zrobimy to samo, rzucimy wszystkie lewicowe siły i zmobilizujemy swój elektorat. Wtedy możemy wygrać.

Czego na razie brakuje opozycji?

Może być tak, że Lewica zdobędzie 15–17 procent i będzie decydować o utworzeniu rządu.

Chciałbym, żeby liderzy przyjeżdżający na konwencje okręgowe czy terenowe wyszli w miasto, gdy zgasną kamery. Niech wezmą ulotki lokalnych kandydatów i idą rozmawiać z mieszkańcami. Nie sztuką jest przyjechać ładnym samochodem, poklepać kolegów po plecach, zjeść obiad, wypić kielicha i rozjechać się do siebie. W wyborach do rady miasta zrobiłem najlepszy wynik w historii, ponad 14 tysięcy głosów. Gdy stałem o szóstej rano na ulicy, ludzie podchodzili i pytali: „Pan prezydent? Ale po co pan tu stoi, przecież pana znamy”. Odpowiadałem, że chcę posłuchać, czego oczekują.

Kampanii nie robi się tylko w telewizji i mediach społecznościowych. Czasem trzeba na rynku usłyszeć, że jesteś „k…”, jesteś „ch…”. Marek Belka słyszał czasem od ludzi, że jest banksterem, który zabrał im pieniądze. Ale Belka rozmawiał ze swoimi krytykami, wyjaśniał okoliczności swoich decyzji. Summa summarum dostał ponad 180 tysięcy głosów. Tak się robi politykę, trzeba odrabiać lekcje. Żebyśmy wygrali, Koalicja musi wreszcie domknąć listy i zacząć zapierdzielać. My już zdzieramy buty na ulicach.

 

**
Tomasz Trela – wiceprezydent Łodzi, wiceprzewodniczący SLD i łódzka „jedynka” Lewicy w wyborach parlamentarnych.

Przemysław Staciwa – dziennikarz telewizyjny, reporter. Współpracuje z Krytyką Polityczną i magazynem „Liberté!”

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.