Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Kraj

Sutowski: Nie spać, okupować!

„Okupujcie wasze domy, okupujcie miejsca pracy, okupujcie służbę zdrowia" – wzywa reżyser Michael Moore. Korespondencja z Nowego Jorku Michała Sutowskiego

Dlaczego Occupy Wall Street, ruch bez przemocy prowokuje przemoc – policji, państwa, „systemu”? Dlaczego władze, przez bezsensowną brutalność, same przywróciły znużonym już Okupantom wigor – likwidując miasteczko namiotów w nowojorskim Zucchotti Park w listopadzie 2011? I po co to powtórzyły, traktując pałkami i zatrzymując dziesiątki demonstrantów w ostatni sobotni wieczór, w tym samym miejscu? Czy faktycznie dlatego, że panują „poprzez kłamstwo i przemoc, a skoro ich kłamstwo zostało ujawnione, pozostała im już tylko przemoc”?


Efektowna fraza Orwella, którą na finał tegorocznego Forum Lewicy przypomniał Chris Hedges, wywołała entuzjazm nabitej po brzegi sali nowojorskiego Pace University. Niesłusznie, bo absurdalna i kompromitująca system przemoc to wcale nie jest środek „ostateczny” – kłamstwo w USA wciąż trzyma się nieźle, a i pałowanie nie wyczerpuje repertuaru represji. To raczej środek „paniczny” – bo burmistrz Bloomberg i jego koledzy w innych miastach nie bardzo wiedzą, co robić. Sztab Systemu (Lewiatana, Babilonu, Szatana itd.) z uporem maniaka prowadzi poprzednią wojnę. Inwigiluje działaczy ruchu, uporczywie szukając terrorystów w typie Czarnych Panter, albo pałuje demonstrantów licząc, że sprowokuje ich do palenia samochodów, demolowania witryn czy obrzucania policji butelkami z benzyną – bezskutecznie, nie licząc pojedynczych ekscesów (jak „czarny blok” w Oakland). Tymczasem strategia OWS jest już z innej epoki: to „akcje bezpośrednie”, owszem, ale bez przemocy. To demaskacja ideologii – ale przede wszystkim praktyką działania, a nie tonami ulotek i podziemnych zinów. To wreszcie walka nie o przejęcie władzy albo budowanie społeczeństwa alternatywnego – ale walka o sferę publiczną na przekór prywatyzacji strategii życiowych, parków miejskich i podstawowej edukacji. 

 

Wspólnota deklasacji 

 

Najważniejsze pytania, jakie stawiano Okupantom od samego początku – z życzliwą troską bądź protekcjonalnym szyderstwem – dotyczyły programu i interesów, jakie stoją za zróżnicowanym przecież ruchem. Oba były chybione. To jasne, że żadnego „programu” nie wypracuje ruch łączący katolickich związkowców, socjaldemokratów, demokratycznych socjalistów, anarchistów, feministki, ekologów, a nawet tu i ówdzie trockistów – a i ta lista pewnie nie jest kompletna. Jasne jest również, jak odległe są doświadczenia, perspektywy i poglądy liberalnego profesora uniwersytetu Ligi Bluszczowej, zatrudnionego w Walmarcie absolwenta uczelni z pożyczką studencką do spłaty, bezrobotnej fryzjerki z Południa i bezdomnego z Central Parku – a taki mniej więcej przekrój społeczny znaleźć można było w miasteczkach namiotowych w setkach miejsc w całych Stanach. O znaczeniu tego ruchu decyduje coś zupełnie innego. Jak napisała Barbara Ehrenreich, Occupy Wall Street to „wielki eksperyment budowania klasy”, owych „99 procent”, które równie szybko podchwycono, co pochopnie wykpiwano jako efekciarską, lecz pustą abstrakcję. Co najważniejsze – to eksperyment praktyczny, w którym ogólna idea przekłada się na mnóstwo konkretnych działań, tyleż skromnych, co uciążliwych dla przeciwnika.

 

Radykałowie wszelkiej maści latami głowili się kto po wielkoprzemysłowych robotnikach mógłby stać się „klasą uniwersalną”. Mnogość idei i nowych nazw (kognitariat, infotariat, prekariat, uchodźcy, względnie stara dobra klasa robotnicza, tylko tym razem w sweatshopach Meksyku i Bangladeszu) nie mogła przykryć jałowości tych poszukiwań „esencjalnego” podmiotu społecznej zmiany. Wygląda jednak na to, taka „klasa” się tworzy – nie jako "obiektywna", społeczna całość, ale polityczny sojusz jednostek i grup, które z pozoru więcej łączy niż dzieli.


Dlaczego akurat teraz? Powszechny gniew na kryzysową obłudę nie starczy za wytłumaczenie – niesprawiedliwy bailout bardziej pomógł prawicy niż Okupantom. Tea Party oburzenie co najmniej kilkunastu procent Amerykanów z łatwością przekierowała z Wall Street na rząd, który na koszt podatnika wyciągnął bankierów z tarapatów. Sklejona ze starym mitem „liberalnych elit” (geje, dziennikarze, wegetarianie, frankofile, intelektualiści) opowieść o pogardzie Nowego Jorku dla tradycyjnej Ameryki, „socjalistycznym” wyzysku stanów przez Waszyngton i totalitaryzmie publicznej opieki medycznej skutecznie przepchnęła republikanów na prawo. Wygląda na to, że kryzys finansowy (i jego polityczne następstwa) nie tyle „przelał czarę goryczy”, ile stworzył szanse na zupełnie nowy sojusz. Sojusz 99 procent właśnie.

 

Jak wskazuje na łamach (niezbyt radykalnego) „Vanity Fair” Joseph Stiglitz, przez ostatnie kilkanaście lat narastały nie tylko przyczyny kryzysu finansowego (deregulacja rynków kapitałowych, lewarowanie, zbyt tani pieniądz), ale i fundamentalny kryzys strukturalny – długotrwałe i wciąż niedokonane przejście od dominacji wielkiego przemysłu do sektora usług. Podobnie jak w latach 30., kiedy krach na giełdzie poprzedziły kłopoty farmerów (wzrost produktywności w rolnictwie przyniósł spadek cen żywności, ten obniżkę dochodów, a ta z kolei spiralę prywatnego zadłużenia), lata 90. i zerowe były czasem nie tylko rosnących nierówności, ale i patologicznych metod walki o utrzymanie poziomu życia. Stagnację bądź spadek dochodów większości owych „99 procent” łagodzono tanim kredytem konsumpcyjnym i bańką na rynku nieruchomości.

 

Efekty? Co najmniej cztery: jeszcze większa ekspansja giełd i rynków pozagiełdowych, sztuczny popyt podtrzymujący „realną” gospodarkę, pacyfikacja niezadowolenia społecznego i – co dla nas najważniejsze – brak poczucia wspólnoty interesów między dość szeroką klasą średnią a pracującymi ubogimi i bezrobotnymi; między ludźmi wolnych zawodów, pracownikami niższymi szczebli korporacji, młodymi i starymi naukowcami, nauczycielami, lekarzami, sprzątaczami, pielęgniarkami, kasjerami hipermarketów i robotnikami resztek zakładów przemysłowych. Do roku 2007–2008 sytuacja tych wszystkich ludzi była różna – dzielił ich jednak nie tyle poziom dochodów, ile możliwość zrekompensowania stagnacji bądź spadku dochodów kredytem (stosunkowo najłatwiej dostępnym, vide słynne pożyczki NINJA), grą na giełdzie, inwestycją w nieruchomości czy pożyczką studencką.

 

Postępujący co najmniej od czasów Clintona demontaż państwa opiekuńczego i praw pracowniczych musiał przynieść zmierzch klasy średniej. Niepewność zatrudnienia łagodziła jednak kredytowana na różne sposoby konsumpcja. Nie tylko koiła niepokój o własną przyszłość, ale pozwalała poczuć klasie średniej odrębność od zmierzających na dno pracowników prostych usług, podstarzałych robotników czy rzekomych „królowych na zasiłkach”, tj. samotnych matek z dziećmi.


To nie kryzys finansowy, twierdzi Stiglitz, spowodował kryzys gospodarki realnej. Oba kryzysy szły ze sobą w parze, wzajemnie sprzężone, a boom kredytowo-kapitałowy przez ponad dekadę pozornie łagodził część napięć rynku pracy. Dopiero jednak krach finansów pozbawił klasę średnią złudzeń: że demontaż siatki zabezpieczenia społecznego jej nie dotyczy; że może być ciężko, ale przecież nie grozi jej spanie pod mostem; że ona i „podklasa” to dwa różne światy. Deklasacja zdecydowanej większości społeczeństwa była możliwa już w latach 90. Gdy pękła bańka nieruchomości, zbankrutowały fundusze emerytalne a instrumenty CDO okazały się bardziej ryzykowne niż opisano to w reklamowych folderach – słowo rzekomo radykalnych ekonomistów i socjologów stało się ciałem.


Wymarzona sytuacja do rewolucji społecznej? Tylko w snach lewicy „prawdziwej”, śniącej o wielkim kryzysie, co raz na zawsze obali gnijący system. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że im gorzej, tym lepiej – ale dla populistycznej prawicy. Bo jak na razie to Tea Party, najliczniejszy ruch „oburzenia” w USA przepycha prawicę do fanatycznej ściany – podatku liniowego, likwidacji wszelkich ubezpieczeń publicznych, prywatyzacji szkolnictwa i uczłowieczenia plemników. Skąd zatem nadzieja, a nawet entuzjazm dla tysięcy Okupantów Wall Street (ostatnio zakotwiczonych na Union Square), Occupy New Haven, Occupy Amsterdam?


Sceptycy życzliwi wskazywali, że choć wielość poglądów nie sprzyja stworzeniu spójnego politycznego programu, to pokojowy protest Okupantów zwraca uwagę – na niesprawiedliwość systemu, na hipokryzję elit, na rażące nierówności. Czyli na to wszystko, na co zwraca z wielką pasją uwagę Tea Party, jako remedium proponując – na dobry początek – ulgi podatkowe dla najbogatszych i zatrzymanie komunistycznego barbarzyństwa w postaci powszechnego ubezpieczenia zdrowotnego. Osiągnięciem Occupy Wall Street na poziomie świadomości zbiorowej nie jest ujawnienie nierówności, o których wszyscy wiedzą – osiągnięciem jest hasło, idea, koncept – „99 procent”. To nie jest wezwanie do solidaryzmu narodowego i roztopienia indywiduum w kolektywnej walce przeciwko „spiskowi elit” (czego boi się często liberalne centrum), względnie wezwanie do palenia na stosie czarownic z Wall Street (przed czym drży rodzima i zagraniczna konserwa). To hasło pokazujące, że system (System?) służy wąskiej, horrendalnie uprzywilejowanej i wyizolowanej ze społeczeństwa grupie – zamiast służyć zdecydowanej większości. Hasło „99 procent” mówi przede wszystkim, że klasa średnia oraz klasa niższa czy podklasa (nomenklatura zależna od szkoły socjologicznej i światopoglądu) – wszystkie jadą na tym samym wózku; że profesor uniwersytecki (a zwłaszcza zatrudniony na czasowy kontrakt asystent), dziennikarz (jeśli nie z „Newsweeka” to z lokalnej bulwarówki z pewnością) i nauczyciel publicznej szkoły z „oszczędnościowym” budżetem są w niewiele lepszej sytuacji od kasjera w McDonaldzie, sprzątaczki w Walmarcie czy samotnej matki z dziećmi.


Occupy Wall Street i jego namiotowe miasteczka rozsiane po całym kraju ukazały wspólnotę żałosnego położenia różnych klas i ras. I znaowu – zasługą Okupantów nie było bynajmniej stworzenie jakiegoś modelu „egalitarnej wspólnoty” czy radykalnej demokracji. Po kilku tygodniach w namiotach demonstranci mieli wszystkiego dość, a siebie najbardziej. Na szczęście nowojorska policja, eksmitując ich z Zucchotti Park dała ruchowi męczęńską legendę, a do tego rozwiązała problem rozkładu atmosfery i braku pomysłu, co robić dalej. Na szczęście – bo miasteczka namiotowe miały służyć przede wszystkim spotkaniu, „policzeniu się”, konfrontacji perspektyw ludzi, którzy inaczej nie spojrzeliby sobie w oczy i nie porozmawiali na równi, jak profesor z listonoszem. Miasteczka Okupantów nie miały natomiast reprezentować "nowego społeczeństwa" w pigułce. Mogą za to stać się swoistą matrycą protestu – dziś, w kolejnych tygodniach, miesiącach i latach. Protestu coraz bardziej racjonalnego i namacalnego.

 

Co robić? Okupować!  

 

Na pytanie: „co robić?” i „jak?”, zgromadzeni na Forum Lewicy celebryci Occupy Wall Street potrafili udzielać rozsądnych – a nieraz też całkiem konkretnych – odpowiedzi.

 

Sarkastyczna uwaga Cornela Westa, że republikanie z własnym prezydentem „chyba by nas pozabijali” nie pozostawiała wątpliwości, na kogo czarny socjalista zamierza głosować. Bez entuzjazmu, ale i niebezpiecznej nonszalancji części radykałów, dla których Obama i Santorum to jeden kapitalistyczny Szatan. Chris Hedges, laureat Pulitzera i łącznik światów podziemia i medialnego mainstreamu przywołał Aleksandra Hercena, Vaclava Havla, Juliena Bendę i George’a Orwella na poparcie tezy, że walka bez przemocy ma sens – w najbardziej porywającej mowie, jaką zdarzyło mi się od dawna słyszeć. Jednak to Michael Moore, przez prawicowych szyderców uważany za wsiowego głupka, powiedział o celach i strategii ruchu więcej, niż ktokolwiek z „radykałów na katedrach”, mówiąc frazą bezcennego Rogera Kimballa. Więcej działania, mniej spotkań. Każdy, kto był na debacie (tj. ultrademokratycznym „zgromadzeniu ogólnym”) anarchistów, wie o co chodzi – wielkość Moore’a polega na tym, że wszyscy, włącznie z anarchistami mu na te słowa przyklasnęli. „Darujmy sobie kolejne autobusy i marsze na Waszyngton” – a za to „więcej humoru!”. Tak jak przy kampanii antytytoniowej, kiedy chór (!) byłych palaczy z usuniętymi krtaniami „śpiewał” pod domami tytoniowych magnatów We wish you a merry Christmas… Bez dziecięcych chorób lewicowości – bo nawet w skorumpowanym systemie warto ubiegać się o urzędy, od rady rodziców w podstawówce po Izbę Reprezentantów. Wszystko to opowiedziane językiem zrozumiałym, z dowcipem, z nieodłączną bejsbolówką na głowie – do pełni samego siebie Moore’owi brakowało tylko hamburgera w dłoni. A poza ciepłem, sympatią, „misiowatością”? Okupujcie wasze domy – tzn. brońcie mieszkańców swych miasteczek i osiedli przed licytacją niespłacalnych hipotek i eksmisją. Okupujcie miejsca pracy – tzn. zakładajcie związki zawodowe, zachęcajcie do wstąpienia innych. Okupujcie zdrowie – pikietujcie najbardziej nieprzyjazne dla ubogich firmy ubezpieczeniowe, domagajcie się udzielania przez szpitale pomocy ludziom bez polisy. Okupujcie… pokój – bo amerykańskie wojny kosztują rocznie tyle a tyle szkół, szpitali i miejsc na uczelniach.


Occupy Wall Street to zarazem ruch Occupy The Commons – okupacji tego, co wspólne, co publiczne. Miasteczka namiotowe w Zucchotti Park, na Union Square, w parku Green w New Haven, i w setkach innych miejsc mają pokazać, że sfera publiczna to nie tylko miejsce spotkania – to podstawowa stawka w grze. Walka o zachowanie i odzyskanie, a może także przejęcie nowych sfer na użytek publiczny, wyjęcie ich spod logiki zysku – to wspólny mianownik, bynajmniej nie mały, łączący ruch obejmujący profesorów z uniwersytetu Yale i mieszkańców położonych kilkaset metrów dalej „trudnych dzielnic”, ludzi o przekonaniach od klasycznej socjaldemokracji po najbardziej konsekwentny anarchizm. Zmienili już atmosferę w mediach, wypracowali taktykę działania, mają swoje symbole, hasła, bohaterów i celebrytów, oddanych organizatorów i intelektualistów. Budzą co najmniej sympatię wielu „zwykłych” obywateli: w czasie marszobiegu z Zucchotti Park na Union Square przez Chinatown i włoską dzielnicę przyjaźnie machali nam kucharze z knajp, których nie dopuściłby do użytku żaden Sanepid, i kobiety w norkach, których nie zaakceptowałoby żadne towarzystwo opieki na zwierzętami. Wyrazów niechęci nie było – wprawdzie Nowy Jork to nie cały kraj, ale miasteczka namiotów wyrosły, na dłużej bądź krócej, w 1400 miejscach. 


Okupanci władzy nie przejmą – bo nie chcą i nie mają szans (niepotrzebne skreślić). Nie zbudują społeczeństwa „obok”, żadnej egalitarnej wspólnoty, w której zresztą trudno byłoby przeżyć miesiąc, a co dopiero całe życie – czego dowiódł marazm Zucchotti Park tuż przed przymusową eksmisją w listopadzie zeszłego roku. A co mogą? Żądać niemożliwego. „Z pewnością wszelkie doświadczenie historyczne potwierdza tę prawdę – że nie osiągnięto by tego, co możliwe, nie sięgając od czasu do czasu po to, co niemożliwe”. Tyle Max Weber. „I nie prześpijmy tego momentu”. 

 

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.