Kraj

Sutowski: Za mało nas, kombatantów roku ’89

Donald Tusk

Trzeba uderzać w strunę aspiracji na dziś, a nie chwały z przedwczoraj. Michał Sutowski komentuje wystąpienie Donalda Tuska.

Jechać w Polskę i zap… racowywać się od rana do nocy, to raz. Nie dzielić Polaków na lepszych i gorszych w zależności od miejsca zamieszkania, to dwa. No i nie tracić nadziei – bo historia nie raz już płatała figle, a 31 lat temu liderzy przegranego strajku, zanim rok minął, siadali z komuną do stołu gry o władzę w Polsce – to trzy. I jeszcze trochę konkretu: z wizją silnego, bliskiego ludziom samorządu, z twarzą prezydentów metropolii zwycięskich w pierwszych turach zbudować wspólną listę do Senatu – konstytucyjny bezpiecznik na trudne czasy i zarazem eksperyment z możliwie pełnym zjednoczeniem opozycji, z ruchami społecznymi obok partii.

 

Na Długim Targu w Gdańsku Donald Tusk pokazał, że ma gadane, nie da się ukryć. A jednak wszystkie te dobre rady naprawdę mądrego wuja z Brukseli przyćmiewa centralna metafora – niespodziewanego, acz ciężko wywalczonego zwycięstwa nad komuną. Metafora oczywista na obchodach okrągłej rocznicy wyborów czerwcowych i zupełnie niepraktyczna na użytek nadchodzących wyborów jesiennych.

Jeszcze raz: Tusk rozumie to, czego nie łapie wielu szczerych sympatyków opozycji. Że polski konflikt polityczny rozgrywa się przede wszystkim w rejestrze godności. I że właśnie dlatego ludzie docenią (choć do zmiany ich głosu może to nie wystarczyć), jak ktoś do nich, do ich wsi czy miasteczka, przyjedzie i odważy się spojrzeć im w oczy, choćby miał przy okazji usłyszeć świąteczną wiązankę i życzenia śmierci. Dlatego – wbrew częstej w kręgach bliskich KE opinii – nie wystarczy zdominować prasy i telewizji, a nawet dobrze stargetować reklam na Facebooku, żeby pozyskać nieprzekonanych i zmobilizować zniechęconych do pójścia na wybory. Trzeba ruszyć w teren, tańczyć disco polo lub kazaczoka, drzeć japę na rynku, ściskać dłonie na bazarkach i liczyć się z tym, że czasem się dostanie, choćby symbolicznie, po buzi.

Złota era po 1989? Buahaha!

czytaj także

Tusk wie również, że urażona duma i wyrządzony despekt potężnie mobilizują przeciwników i niezdecydowanych, za to okazywanie drugiej stronie pogardy co najwyżej poprawia samopoczucie tych dawno przekonanych. Dlatego te wszystkie fejkowe mapy, na których głosowanie na PiS pokrywa się np. z poziomem alkoholizmu i przemocy domowej, nie tylko służą działaczom partyjnym za łatwą wymówkę („tam i tak nie ma po co jechać, ten powiat jest stracony”), ale niemiłosiernie podkurwiają stygmatyzowanych. Podkurwiają, dodajmy, twórczo, bo nic tak dobrze nie rozładowuje frustracji, jak zwycięski głos oddany na pohybel wyższościowej elity. Ergo – pogarda świetnie mobilizuje drugą stronę, po stokroć mocniej niż Madonny w tęczowych aureolach, deklaracje LGBT+ czy antyklerykalne tyrady na uniwersytecie.

Objawienie Tęczowej Matki Boskiej

I jeszcze coś: w polityce wielką rolę gra los, wydarzenia nieplanowane, czasem wielkie trendy geopolityczne, a kiedy indziej trzepot skrzydeł motyla na drugiej półkuli. A sprytni i zdeterminowani liderzy z oddanymi zwolennikami mogą wśliznąć się w otwarte choćby na chwilę okno możliwości i zmienić losy ziemi, tej czy innej. To są wszystko takie słuszne banały, które trzeba często powtarzać. Nawet jeśli irytują liderów partyjnych i ludzi „robiących w strukturach”, którzy potem muszą te fantastyczne rady wcielać w życie, siłować się z inercją i brakiem wyobraźni własnych kadr, ambicjami innych liderów, brakiem czasu i falami fake newsów w sieci.

Wreszcie propozycja, by na fali popularności samorządowców stworzyć wartość dodaną, czyt. treść głębszą niż „anty-PiS” dla wspólnej listy do Senatu – niezbędnej, biorąc pod uwagę system wyborczy – zdaje się rozwiązywać choć część kwadratury koła pt. „spójny program różnokolorowej koalicji”. Przy takich planach diabeł zawsze tkwi w szczegółach (czy to recepta na silne regiony czy raczej bałkanizację Polski?), ale idea wydaje się frapująca tym bardziej, że od dwóch dni bliskie rządowi media próbują przypiąć luźnej na razie idei łatkę szatańskiego planu „nowego rozbicia dzielnicowego” Polski.

W czym zatem problem? Zwłaszcza że Tuskowa opowieść o strajkach z 1988 roku wyraźnie trafiła do serc gdańskiej publiczności? Otóż idee, metafory i analogie mają swoje konsekwencje. Przewodniczący Rady Europejskiej może sto razy powtórzyć, że dziś nie czas na Magdalenkę, tylko na wybory; że chodzi o to, by łączyć, a nie dzielić; że Polacy chcą być przede wszystkim „za”, a nie „anty”. Że liczy się wiara, determinacja – ale i organizacja. Że jak ulotka pokonała „Trybunę Ludu”, tak internet może pokonać Telewizję Polską. I wszystko słusznie, zewsząd słychać brawa. Ale i tak w pamięci zostaje przesłanie: pokonaliśmy komunę, choć ledwie trzystu nas na strajku było, to i Kaczorowi – z uśmiechem na ustach – damy radę, skoro stoją tu nas dziesiątki tysięcy. A przecież to wszystko nie tak!

W 1988 roku komuna zdychała na chorobę „nierównowagi rynkowej” (czyt. octu na półkach) i zadłużenia zagranicznego, a co żwawsi jej funkcjonariusze kreślili plany na przyszłość w jakimś nowym systemie – choć nikt do końca nie wiedział, jak on miałby wyglądać. Wiatr historii zdawał się raczej niepewny, ale obiektywnie dął w żagle demokratycznej opozycji. Tak samo – moralna polaryzacja konfliktu. Rząd wiedział, że zmiana jest konieczna, a legitymizacja reform przed społeczeństwem wymagała kooptacji choć części wrogów. Kościół był arbitrem gwiżdżącym ze wskazaniem na pretendenta, a nie na obrońcę tytułu. Odpowiedzią rosnącej części społeczeństwa na ogólną beznadzieję były strategie indywidualne, które władza tolerowała coraz szerzej i coraz bardziej niewystarczająco do rosnących aspiracji. Totalną klęskę systemu można było obejrzeć nawet w Dzienniku Telewizyjnym, który gdzieś od jesieni 1986 roku zaczął pokazywać – plus minus – prawdę o zapaści systemu. Pozytywnie o sytuacji w kraju wyrażali się albo ostatni kretyni, albo najciężej przestraszeni lawiranci w obozie władzy. A tuż za rogiem był znany z telewizji i wyjazdów na saksy, mlekiem i miodem płynący Zachód w szczycie rozkwitu.

To teraz się poznęcajmy nad sobą. W czwartym roku rządów PiS płace i transfery socjalne rosną najszybciej w historii, a bezrobocie jest najniższe od czasów sprzed planu Balcerowicza. Rating polskiego długu jest imponujący, a większość emitujemy we własnej walucie, zresztą eksportujemy na potęgę do Niemiec. Ludzie władzy cieszą się wielkimi przywilejami, zatrudniają rodziny i kolegów gdzie się da, a przede wszystkim wiedzą, że ewentualna zmiana reżimu może im to wszystko odebrać. Wiatr historii też dziś mocno niepewny, ale jako napęd dla liberalnych Europejczyków – niewątpliwie osłabł, a polaryzację rząd wygrywa na swoją korzyść. Jest też przekonany, że przez kilka lat się nie wyłoży gospodarczo, na zapas ma zresztą pieniądze z OFE. Pognębienie i upokorzenie – a nie żadna „kooptacja” – liberalnej opozycji sprawia wielu wyborcom niewysłowioną rozkosz i na razie sprzyja mobilizacji zwolenników władzy. Kościół gra z nią w jednej drużynie, a jego głęboki kryzys moralny przykleja jeszcze mocniej hierarchię i zwykłych księży do partii rządzącej. Poprawa nastrojów pracowników i konsumentów rozkręca, co prawda, ich aspiracje, ale rząd wciąż jest ich bardziej wiarygodnym gwarantem niż opozycja. Telewizja rządowa i zaprzyjaźnione media kłamią jak najęte, a te opozycyjne, nawet jak częściej mówią prawdę, są wiarygodne jedynie dla połowy społeczeństwa. Przedstawiciele władzy zgodnym chórem twierdzą, że jest świetnie, a będzie jeszcze lepiej. A Zachód doświadczony na zmywaku, przy względnie silnym złotym i z zamieszkami na ulicach stracił swój powab alternatywy sprzed 30 lat.

Droga opozycjo, posłuchaj Donalda Tuska, gdy mówi, żeby jechać w Polskę, by nie dzielić narodu i niechaj żywi nie tracą nadziei. Wspólna lista do Senatu to też taka jakby oczywista oczywistość. Ale, na Ducha Dziejów, porzućcie wyobraźnię polityczną z poprzedniej epoki – centralna metafora, która ustawi najbliższe wybory, musi być skierowana w przyszłość, a nie przywoływać kombatanckie wspomnienia sprzed 30 i więcej lat. Uderzać w strunę aspiracji na dziś, a nie chwały z przedwczoraj. Bo kombatantów przełomu roku 1989 – realnych i tych mniemanych, jak niżej podpisany – jest zwyczajnie za mało, a w nostalgię PiS umie po prostu lepiej. Polska to nie Długi Targ. Nawet jeśli czasem mi z tego powodu przykro.

Symbol porozumienia jest lepszy niż symbole zabijania

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.