Starcie Lidla i Biedronki wkracza w fazę cyberpunkową

Przywrócenie od kwietnia wyższej stawki VAT na podstawowe artykuły żywnościowe otworzy kolejny etap efektownego starcia największych handlowych molochów w Polsce.
Fot. Ariel Schlesinger/flickr.com

Metodą gotowanej żaby dyskonty będą nadal przejmować rynek, kusząc klientów taniutką wódką i sprzedawaną na granicy rentowności żywnością. To oczywiście nie będzie trwać w nieskończoność.

W Polsce trwa wojna cenowa między sieciami dyskontów, którą można już traktować całkiem dosłownie, odkąd Lidl postanowił podać Biedronkę do sądu. Sklepy portugalskiej sieci przekonywały na swoich billboardach, że od 2002 roku mają niższe ceny niż ich niemiecki konkurent. Niestety nie bardzo potrafiły podać źródło tych wyliczeń, więc Lidl postanowił wskoczyć na to pochyłe drzewo, kierując pozew i żądając zabezpieczenia, do czego sąd się przychylił. W ten sposób billboardy Biedronki zaczęły być zajmowane przez komornika, co wyglądało dosyć komicznie – plakaty wisiały sobie tam, gdzie wisiały, ale były częściowo zaklejone cienką taśmą komorniczą.

Przywrócenie od kwietnia wyższej stawki VAT na podstawowe artykuły żywnościowe otworzy kolejny etap tego efektownego starcia największych handlowych molochów w Polsce. Lidl oraz Aldi już zapowiedziały, że decyzja rządu nie wpłynie na ceny w placówkach tych sieci. Inaczej mówiąc, dyskonty zamierzają wziąć na siebie 5-procentowy podatek, czyli odpowiednio obniżą marżę produktów objętych tą stawką.

Tusk zaczął od spełniania obietnic. Na szczęście tylko niektórych

Na pierwszy rzut oka brzmi to pięknie, tylko że ten kij ma dwa końce. Po pierwsze, można przypuszczać, że sieci zaczną jeszcze bardziej dokręcać śrubę swoim dostawcom, czyli polskim producentom artykułów rolno-spożywczych. A ci już od zeszłego roku zmagają się ze spadkiem cen swoich produktów, co wyrażają podczas hucznych protestów.

Po drugie, będzie to kolejny cios wymierzony w małe sklepy osiedlowe, a nawet w mniejsze sieci handlowe, które nie mają takich możliwości obniżania marży co giganci. Ci ostatni mogą sprzedawać niektóre produkty nawet z zerowym zyskiem, gdyż odbiją sobie to na innych towarach. Ważne, żeby przyciągnąć klienta do sklepu, a jak już się w nim znajdzie, to na pewno kupi coś więcej niż ziemniaki i jajka. Przecież nikt nie lubi robić pustych przebiegów – jak już człowiek się ruszy do pobliskiego dyskontu, to dobrze by było wrócić do domu przynajmniej z jedną pełną siatą.

Dyskonty jak Facebook

Tradycyjnie sprzedaż detaliczna charakteryzuje się bardzo niską marżą. Zwykle jest pod tym względem ostatnia – tutaj pieniądze robi się na maksymalizacji obrotów. Według danych GUS w zeszłym roku handel z naprawą pojazdów zanotował średnią rentowność obrotu netto rzędu 3,6 proc. Oczywiście to obejmuje całą gamę różnych produktów, na niektórych może być znacznie wyższa, ale to dobrze obrazuje znaczenie wzięcia na siebie 5-procentowej podwyżki VAT. Dla sklepów spożywczych, w których podstawowe artykuły żywnościowe są jednym z kluczowych towarów pod względem sprzedaży, na dłuższą metę byłoby to niewykonalne. Mogłyby się równie dobrze zamknąć. Po co przedłużać własną agonię?

Nie mówiąc już o tym, że w przypadku niektórych produktów może to oznaczać dumping cenowy, czyli sprzedaż towarów po cenie niższej od kosztu wytworzenia lub zakupu, co jest w Polsce nielegalne. Gdyby firmy mogły oferować swoje produkty lub usługi poniżej kosztów, to nastąpiłaby nieuczciwa konkurencja – przeważające kapitałowo przedsiębiorstwa mogłyby na pewien czas zacisnąć pasa i wyciąć słabszych konkurentów z rynku. A potem oczywiście podnieść ceny.

„Błąd” Kaczyńskiego i triumf narracji liberalnej

Typowy jest tu przypadek Facebooka, który początkowo był fajnym i bezpłatnym miejscem, ale gdy już zleciała się na niego połowa świata, zaczął agresywnie monetyzować swoje zasięgi. Obecnie nie ma tam czego szukać, poza reklamami oraz durnymi rolkami, ale zmienić go też się nie da, bo pan Zuckerberg wcześniej zapewnił sobie hegemoniczną pozycję.

Być może podobnie będzie z dyskontami działającymi w Polsce. Według informacji „Rzeczpospolitej” przedstawiciele Polskiej Izby Handlu spotkali się z UOKiK, żeby zaalarmować o nieczystej grze prowadzonej przez konkurencję.

Jak najwięksi zlikwidowali politykę akcyzową rządu

Oczywiście konsumenci na razie mogą się czuć zadowoleni. Dyskontowa wojna cenowa walnie przyłożyła się do szybkiego spadku inflacji. A właściwie nawet zjazdu. Przecież w lutym zeszłego roku osiągnęliśmy szczyt kryzysu inflacyjnego, gdy ceny rosły w tempie 18,4 proc. rok do roku. Ledwie rok później inflacja spadła do 2,8 proc., czyli znalazła się w celu inflacyjnym NBP. Ceny żywności i napojów bezalkoholowych wzrosły o 2,7 proc., ale licząc tylko od początku tego roku, nawet spadły o niecałe 0,5 proc.

Wojna cenowa ma jednak swoje mniej przyjazne oblicze. Mowa o wielkich promocjach na alkohol, które przewinęły się przez wszystkie największe sieci, bo przecież żadna nie mogła zostać w tyle. Według GUS ceny napojów alkoholowych w tym roku praktycznie się nie zmieniły – od stycznia wzrosły dokładnie o 0,2 proc., czyli zupełnie nieodczuwalnie.

Problem w tym, że z początkiem roku dosyć istotnie podniesiono akcyzę, która według prognoz ze stycznia miała przynieść wzrost cen nawet o 15 proc. w przypadku piwa. Tymczasem w danych dotyczących inflacji żadnej podwyżki akcyzy nie widać – najwięksi sprzedawcy za pomocą promocji wzięli ją na siebie, czyli właściwie zlikwidowali skutki polityki rządu. Nie chodzi tu o demonizowanie picia alkoholu, tylko o sam fakt, że detaliści spacyfikowali państwową politykę dotyczącą stosowania używek. Od zmiany tej polityki są parlamentarzyści i członkowie rządu, a nie sieci dyskontów.

Do wyprzedaży problematycznych kategorii dóbr mogliśmy się już przyzwyczaić. W gospodarce rynkowej każdy dał się kiedyś złapać na jakieś marketingowe chwyty, czego potem żałował. Najbardziej odczuwalnym skutkiem wojny cenowej między dyskontami będzie jednak dalsza ekspansja tego formatu sklepów na polskim rynku. Obecnie dyskonty kontrolują już połowę rynku sprzedaży detalicznej pod względem obrotów. Także pod względem powierzchni systematycznie zdobywają kolejne terytoria.

Hegemonia kosztem małych sklepów

Według danych GUS w latach 2015–2022 placówki o powierzchni 400–999 m kw. (czyli właśnie dyskonty) zwiększyły swój udział w powierzchni sklepowej w kraju z 16 do 22 proc. Minimalnie wzrósł również udział największych hipermarketów – z 27 do 28 proc. Pozostałe kategorie sklepów zmniejszyły swój udział w powierzchni, a najmniejsze sklepy (poniżej 100 m kw.) – z 44 do 37 proc.

W samym 2022 roku ogólna liczba sklepów spadła o ponad 5 tysięcy (czyli o 1,6 proc. – do 326 tys.), za to powierzchnia sklepowa wzrosła o 1,1 proc. Według danych Dun & Bradstreet w zeszłym roku ten trend się utrzymał, a liczba sklepów w poszczególnych kategoriach spadła o kolejne 2–4 proc.

Tych zmian nikt na oko nie dojrzy, więc polscy konsumenci mają powody do radości. Według marcowego badania UCE Research i Grupy Offerista 56 proc. respondentów wyraziło nadzieję, że wojna cenowa będzie trwać. Metodą gotowanej żaby dyskonty będą więc nadal przejmować rynek, kusząc klientów taniutką wódką i sprzedawaną na granicy rentowności żywnością. To oczywiście nie będzie trwać w nieskończoność – w pewnym momencie sieci dojdą do wniosku, że rozległość ich imperiów jest już zadowalająca, i zaczną monetyzować swoje zasięgi. Dokładnie tak jak Facebook.

Oczywiście przywrócenie VAT na podstawowe jedzenie nie będzie główną przyczyną likwidacji małych sklepów w nadchodzących latach. Będzie jednak kolejnym gwoździem do ich trumny. To dosyć nieoczekiwane skutki polityki prowadzonej przez ugrupowanie, które o małych przedsiębiorcach mówi wyłącznie w superlatywach.

Dyskonty też ośmiogwiazdkują

Co więcej, obecna koalicja szykuje się również do zniesienia częściowego zakazu handlu w niedzielę, który co prawda nie zatrzymał procesu oligopolizacji rynku, ale go przynajmniej przyhamował. Polacy w niedzielę nie robią tygodniowych zakupów, bo zaopatrują się pod korek w piątek i sobotę w dyskontach, ale po jakieś drobne deficytowe rzeczy chętnie wyskakują – w moich osiedlowych sklepach w niedzielne popołudnie kolejka czasem sięga drzwi wejściowych. Faktem jest, że większość klienteli wbija wtedy po alkohol niezbędny do zakończenia melanżu, ale lepiej, żeby go kupowali w normalnej cenie w małym sklepie niż w wielkiej promocji w osiedlowym dyskoncie, który do czteropaku dorzuca drugi czteropak za pół ceny.

Przywrócenie VAT na żywność nie tylko uderzy więc w najmniej zarabiających, ale też w wielu drobnych przedsiębiorców handlu detalicznego. Można za nimi nie przepadać, ale ogólnie rzecz biorąc, lepiej byłoby, gdyby nadal stanowili jakąś lichą przeciwwagę wobec gigantów. Bez nich nasza rzeczywistość może stać się jeszcze bardziej cyberpunkowa. Owszem, cyberpunk jest bardzo fajny, ale wypada tak dobrze wyłącznie w grze, filmie lub podczas lektury.

__
Przeczytany do końca tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Potrzebujemy Twojej energii. Wesprzyj nas teraz.

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij