Kraj

Sowa: O co chodzi Gduli?

Odpowiedź Jana Sowy na recenzję jego książki „Inna Rzeczpospolita jest możliwa”.

Uwagę zwróconą przez Krytykę Polityczną na moją książkę Inna Rzeczpospolita jest możliwa! odczytuję jako rodzaj nobilitacji. Napisałem do tej pory cztery autorskie książki (w tym, dość głośne ostatnio Fantomowe ciało króla), żadna inna nie zasłużyła sobie jednak na uwagę redaktorów i redaktorek „Krytyki Politycznej” czy „Dziennika Opinii”. Jest to pewnie zgodne z sensowną przecież regułą pracy redakcyjnej: słabe rzeczy przemilczamy, mówimy o istotnych. Tym trudniej jest mi wobec tego krytycznie odnieść się do tekstu Macieja Gduli, któremu jako autorowi recenzji ową nobilitację zawdzięczam. Zadanie to jest tym bardziej kłopotliwe, że recenzja Gduli jest merytorycznie słaba, pełna nieścisłości i niekonsekwencji.

Zasadniczy problem z tekstem Gduli polega na tym, że jest on formacją przemieszczoną, czyli oddzieloną od swojego źródła. Inna Rzeczpospolita jest możliwa! mu się nie podoba, nie artykułuje jednak zupełnie sceny pierwotnej, czyli fundamentalnych rozbieżności politycznych wizji i teoretycznych wyborów sprawiających, że proponowany przeze mnie pomysł na uprawianie polityki jest radykalnie odmienny od tego, jaki przyświeca Krytyce Politycznej. Gdula omija to, co stanowi główny motyw całej książki – jest symptomatyczne, że temat dóbr wspólnych, a więc „Rzeczy-pospolitej”, kluczowy dla całej jej trzeciej części, w ogóle w jego „recenzji” się nie pojawia – zamiast tego tropiąc w tekście miejsca, do których można się, jego zdaniem, przyczepić. Odniosę się pod koniec do kilku jego zarzutów, za ciekawszą i ważniejszą uważam jednak rekonstrukcję sceny pierwotnej sporu pomiędzy różnymi sposobami na uprawianie działalności krytycznej i emancypacyjnej, dlatego od tego zacznę.

Pierwsza i być najważniejsza sprawa: Krytyka Polityczna przedstawia się dzisiaj jako dziedziczka tradycji polskiej inteligencji z jej misją „oświecania” oraz prowadzenia mas. Dla mnie jest to schemat nie do przyjęcia ze względu na jego zasadniczo protekcjonalny charakter. Ogólnie uważam, że każde rozróżnienie na elitę i masy – a bez tego sama idea inteligencji jako grupy nie ma sensu – należy do samej istoty konserwatyzmu. Jest to rozróżnienie reakcyjne, ponieważ nie bierze pod uwagę zasadniczo egalitaryzującego ruchu nowoczesności i oświecenia, w których cieniu wciąż jednak żyjemy. Jest również nie do pogodzenia z programem radykalnej emancypacji będącym elementem owego oświeceniowo-nowoczesnego ruchu. Emancypacja taka musi również oznaczać wydobycie się spod kurateli jakichkolwiek przewodników niezależnie od tego, czy będą to księża, politycy czy inteligenci. Dlatego na stronach Innej Rzeczypospolitej próbuję rozbroić figurę przewodnictwa, wskazując, że niemieckie słowo na określenie „przewodnika” to „Führer”. Nie jest to bynajmniej retoryczna przesada – faszyzm jest skrajnym wcieleniem zbyt dużej obsady figury przywódcy i dlatego stanowi realne zagrożenie nawet dla ruchów startujących z hasłami o postępowym czy socjalnym charakterze, co historia faszyzmu we Włoszech i w Niemczech dobrze ilustruje. Stąd moja niechęć, wyrażona w Innej Rzeczypospolitej, do wszelkiego rodzaju awangardyzmu politycznego niezależnie od tego, czy mówimy o Leninowskim pomyśle partii prowadzącej lud, interpretacjach Solidarności uznających ją za dzieło intelektualistów czy o figurze polskiej – i, szerzej, wschodnioeuropejskiej – inteligencji. Rola, jaką mogą mieć do odegrania tzw. intelektualiści w krytyczno-emancypacyjnym ruchu, jest zdecydowanie bardziej ograniczona niż ma to miejsce w przypadku rekonstrukcji przeszłości czy denuncjowania istniejących mechanizmów zniewolenia. Jest to funkcja „facylitatorów”, czyli „ułatwiaczek”, aby przechwycić nazwę zespołów pomagających w organizacji zgromadzeń ludowych w ramach ruchu Occupy i Oburzonych (tzw. facilitation team).

W zasadzie cały szereg dalszych rozbieżności między poglądami moimi a Gduli i, szerzej, Krytyki Politycznej można wyprowadzić z tej jednej podstawowej. Nie będę ich tu omawiał, bo nie ma na to miejsca. Wskażę jeszcze jedną, najważniejszą: środowisko Krytyki Politycznej wydaje się pokładać istotne nadzieje w systemie przedstawicielskimi i zakłada, że jest on dzisiaj docelową areną prowadzenia postępowej polityki. Mnie wydaje się raczej, że parlamentaryzm to polityczna logika dojrzałego i późnego kapitalizmu, a samo jego jądro – wolny mandat posłów i posłanek zakładający a priori brak możliwości kontroli ze strony wyborców i wyborczyń – stanowi raczej problem niż rozwiązanie. To właśnie za jego sprawą polityka jest dzisiaj medialnym spektaklem fałszywych obietnic, przedwyborczych kłamstw i powyborczych zdrad. Na każdym poziomie – od dzielnicy po parlament. Dlatego też jestem demokratą, to znaczy uważam, że każdy i każda powinna mieć możliwości faktycznego decydowania o tym, co jej dotyczy, czyli możliwość wyrażenia swojej woli, a nie tylko przyzwolenia na czyjeś rządy, jak ma to miejsce w systemie przedstawicielskim. Trafnie ujmuje to Schumpeteriańska koncepcja parlamentaryzmu jako systemu konkurencyjnego przywództwa: w wyborach obywatelki nie wyrażają swojej woli, ale jedynie zgodę na to, aby rządziły nimi, w granicach prawa, te, a nie inne osoby. Dyskurs Krytyki Politycznej ma więc charakter „republikański” w tym sensie, że akceptuje jako absolutną granicę politycznej aktywności i wyobraźni wpisaną właśnie w ustrój republikański – w przeciwieństwie do demokracji – zasadę kurateli władzy nad obywatelami. Ja uważam, że ludzie powinni rządzić sobą sami.

Różnica pomiędzy tak zarysowanymi stanowiskami przebiega wzdłuż fundamentalnego sporu sięgającego przynajmniej Rewolucji Francuskiej – jest to różnica między nawet najbardziej radykalnymi odłamami burżuazji w stylu Jakobinów a Gracchusem Babeufem i Sprzysiężeniem Równych, między ruchami reformistycznymi a rewolucyjnymi w drugiej połowie XIX wieku, między zinstytucjonalizowanymi partiami komunistycznymi a radykalną lewicą lat 60. XX wieku czy współcześnie, na Zachodzie, między lewicą instytucjonalną a ruchami Oburzonych i Occupy. Gdula zamiast wykorzystać spór wokół mojej książki do tego, aby otwarcie wyartykułować taki podział i zrobić ze swojej polemiki konstruktywny element wewnętrznej dyskusji lewicy, wolał wybrać strategię pacyfikacji ZOMO-wską pałką, bo subtelność jego argumentów i analiz – o czym za chwilę – mieści się mniej więcej w tych właśnie rejestrach. Dlaczego tak zrobił, będąc przecież osobą dobrze poruszającą się w teorii politycznej – tego nie wiem. Niestety w dość konsekwentny sposób wpisuje się to w strategię tożsamościową Krytyki Politycznej, która działa, w mojej ocenie, jak wielka molarna maszyna dążąca do symbolicznego podporządkowania sobie pola działalności krytycznej. Ponieważ liberalne społeczeństwa cechują się tym, że całkowita dominacja symboliczna jest w nich niemożliwa, trzeba działać na zasadzie hegemonii, a ta wymaga stworzenia wrażenia, że jest się w posiadaniu nie tylko najlepszej, ale w ogóle jedynej krytycznej prawdy o świecie. Trzeba więc nie tylko propagować swój dyskurs, ale również udawać, że innych podejść nie ma. Jest to też świetny pretekst do tego, żeby budować potęgę własnej organizacji za wszelką cenę (nawet wyzysku w miejscu pracy, jak było w przypadku pracowników Nowego Wspaniałego Światu i eliminowania jednostek niewygodnych, jak Tomasz Piątek), bo przecież to od jej losu zależy powodzenie lewicowego projektu krytycznego. Nie jest więc prawdą, że reformy rządu Buzka położyły w Polsce kres istnieniu instytucji fordystycznych, jak twierdzi Gdula – mamy dzisiaj Krytykę Polityczną zbudowaną na trawestacji znanej maksymy Henry’ego Forda o kluczowym znaczeniu jego firmy dla losów USA: co jest dobre dla KP, jest też dobre dla polskiej lewicy! Nie mam wątpliwości, że Krytyka Polityczna skupiła wokół siebie wiele osób i środowisk, którym zależy na zmianie Polski – i nie tylko Polski – na lepsze i codziennie wykonują na jej rzecz ciężką pracę, tym bardziej jednak powinna być zainteresowana dyskusją nad funkcjonowaniem środowisk lewicowych i nad rolą, jaką sama w nich odgrywa. Niestety, piórem Macieja Gduli wyraźnie się od tego uchyla.

Gdula popełnia nie tylko ten jeden strategiczny błąd. Jego recenzja pełna jest niekoherencji, nieścisłości, niekonsekwencji i fałszów. Zacznijmy od paradoksów i sprzeczności. Największa z nich to zakończenie tekstu, gdzie Gdula twierdzi, że użycie kategorii „wielości”, której nie wymyślono w Polsce, do opisu naszych własnych ruchów politycznych, to wyraz peryferyjności i polskości. Koncept godny zaiste publicystki braci Karnowskich. Na miano kuriozum zasługuje zderzenie tej deklaracji z notką biograficzną Gduli umieszczoną na stronie Krytyki Politycznej, z której można dowiedzieć się, że „tłumaczył [on] i współredagował polskie przekłady tekstów i książek Pierre’a Bourdieu”. Jestem, podobnie jak Gdula, socjologiem i wiem, że również badał polskie społeczeństwo, korzystając obszernie z teorii Bourdieu, a książka będąca tego efektem jest najbardziej znaną publikacją współautorstwa Gduli. Czy zdaniem Gduli Bourdieu był Polakiem? Teza śmiała, domagająca się jednak bardziej szczegółowego uzasadnienia. A może chodzi o to, że używanie w Polsce Bourdieu jest tylko polskie i peryferyjne, a odwołanie się do np. Hardta i Negri’ego jest boleśnie polskie i peryferyjne. Również ciekawa konstatacja, jednak też mało oczywista, oczekiwałbym więc od Gduli dokładniejszego wyjaśnienia tej subtelności. Proponowane przez niego podejście jest dla działalności krytycznej w Polsce skrajnie kontr-produktywne. Testu Karnowskich-Gduli w znakomitej większości nie przechodzi lewicowy aktywizm społeczno-polityczny – progresywne opodatkowanie, emancypacja kobiet i mniejszości seksualnych czy zrównoważona polityka ekologiczna nie wydają się produktem autonomicznego rozwoju tradycyjnie polskiej czy środkowoeuropejskiej kultury, zasługują więc na potępienie. Karnowskim o to właśnie chodzi. O co chodzi Gduli? Dlaczego powiela reakcyjny sposób wykorzystania przez prawicę teorii postkolonialnych? Kryterium „nasze vs obce” nie może być sensownie stosowane do polityki o krytyczno-emancypacyjnym charakterze, podobnie jak kryterium „tradycyjne vs nie tradycyjne”. Dlatego w Innej Rzeczypospolitej postuluję zamiast nich refleksyjne odniesienie do naszej konkretnej sytuacji i działanie w sposób do niej dostosowany.

Oto inny paradoks: Gdula przytacza afirmatywnie wyniki badań pokazujących, że w Polsce 80% społeczeństwa jest szczęśliwa. Skoro tak, to co tu jeszcze robi Krytyka Polityczna? Czas chyba zwijać interes i przenieść się gdzieś, gdzie jest naprawdę źle. Może na Wschód? To by miało sens w kontekście ekspansji KP na tereny byłego imperium sowieckiego. Ale chyba jednak nie do Rosji, bo tam badania społeczne też pokazują, że 85% populacji jest zadowolona (a poza tym miejscowym aktywistom, na przykład tym z grupy Chto Delat niezbyt podoba się paternalizm działaczy Krytyki Politycznej). Może Ukraina? To chyba dobry kierunek i doskonale też wpisujący się w ideę jagiellońską – wreszcie coś nie-polskiego i nie-peryferyjnego.

Jeszcze większą naiwnością jest bezrefleksyjne zaufanie Gduli do tego typu wskaźników – trudno o bardziej wątpliwy metodologicznie sposób badania zadowolenia i szczęśliwości niż zadawanie ludziom pytania, czy są szczęśliwi. Nie wiadomo właściwie, po co Krytyka Polityczna wydawała te wszystkie książki Slavoja Żiżka, skoro jej czołowy działacz nie rozumie naiwności podobnego podejścia, czyli, mówiąc językiem psychoanalitycznym, zasadniczej nieprzejrzystości podmiotu dla niej samej. W społeczeństwie liberalnym, które indywidualne szczęście i samorealizację stawia na piedestale jako naczelną wartość, nie da się jasno określić, czy tego typu pytanie bada szczęśliwość czy raczej sprawność w autoprezentacji. Mówiąc prościej: przyrost deklarowanej szczęśliwości w III RP, o którym wspomina Gdula, to być może nic innego, jak tylko dowód sprawnego zinternalizowania przez Polaków i Polki imperatywu „pozytywnego myślenia” i wstydu z przyznania się do porażki.

W artykule Gduli jest trochę polemiki wycelowanej w przedmiot, którym nie jest moja książka ani moje poglądy. Nigdzie nie napisałem, że użycie wskaźników statystycznych jest bezwartościowe, ale jedynie tyle, że zjawisko tak zróżnicowane, jak dochody, należy przedstawiać przy pomocy miar statystycznych ilustrujących rozkład wszystkich przypadków (jakie grupy zarabiają ile, a nie średnia dla wszystkich) oraz że fiksacja na wskaźnikach odnoszących się do narodu jako całości zaciemnia klasowe rozłożenie nierówności. Nie uważam się również za adresata postulatów, żeby zapóźnienie Polski analizować w perspektywie strukturalno-systemowej, a nie mentalnościowej. W Fantomowym ciele króla poświęciłem tej dokładnie kwestii przynajmniej jedną trzecią książki. Gdula najwyraźniej nie czytał moich poprzednich publikacji, o co oczywiście nie mam do niego pretensji. Dobrze byłoby jednak, żeby przykładał się do lektury książek, które decyduje się recenzować. Pod tym względem jego „recenzja” Innej Rzeczypospolitej nie wypada zbyt dobrze. Zdaniem Gduli przedstawiam PRL jako „niesuwerenny zamordyzm”, tymczasem moje zdanie na temat PRL wcale nie jest sztampowo negatywne. Piszę wyraźnie, że jakakolwiek ocena tego systemu musi brać pod uwagę gigantyczny skok modernizacyjny, emancypacyjny i materialny, jaki się wtedy dokonał, że PRL jest oceniany negatywnie na tle niesłusznie wyidealizowanego dwudziestolecia, że przynajmniej na początku miał duże poparcie i legitymizację społeczną itp. Przywołuję na dowód tego opinie Jacka Kuronia, postaci istotnej, jak mniemam dla Krytyki Politycznej.

Nie jest również prawdą, że portretuję PRL jako okres manichejskiego starcia totalitarnej władzy z wolnościową opozycją. Sytuacja była o wiele bardziej dialektyczna. Historia ruchu robotniczego w  PRL jest właśnie dlatego tak fascynująca i złożona, że robotnicy buntowali się przeciw praktyce reżimu PRL, ale wcale nie przeciw wartościom, na jakich był on deklaratywnie zbudowany. Dlatego paradoksalnie to właśnie robotnicy walczący z „komunistyczną” partią byli w PRL autentycznymi komunistami. Jeśli teza ta jest dla Gduli powtarzaniem tradycyjnego opisu najnowszej historii Polski, to gratuluję mu dobrego samopoczucia i zazdroszczę mu świata, w którym żyje, gdzie nie tylko prawie wszyscy są, jak pokazują obiektywne badania, szczęśliwi, ale gdzie zasługi za budowę takiego świata słusznie przypisuje się ruchowi komunistycznemu.

Jeśli chodzi o grubsze tylko potknięcia faktograficzne Gduli, to zwrócę uwagę na jeden szczegół: nie jest prawdą, że „na zjeździe [delegatów Solidarności – J.S.] przyjęto m.in. program gospodarczy sformułowany przez Stefana Kurowskiego, który zakładał wyjście z kryzysu przez przerzucanie środków do sektora prywatnego”. Programu tego nie „przyjęto”, ale znalazł się jedynie w Aneksie jako jedna z trzech możliwych strategii działania. Wariant ten nazwano wyraźnie „programem alternatywnym (podkreślenie moje – J.S.)”, co wskazuje na sceptycyzm wobec niego większości delegatów. W Aneksie znajdują się jeszcze dwa inne programy: „motywacyjny”, kładący nacisk na samorząd pracowniczy, i „realistyczny” podkreślający rolę przedsiębiorstw publicznych, a więc też nie liberalny. Byłoby dobrze, gdyby Gdula zdał sobie sprawę z istnienia takiego zjawiska, jak błędy myślenia grupowego i zamiast szukać samo-potwierdzenia u kolegów z redakcji, sprawdzał fakty.

Wspominam tylko o niektórych szczegółach tekstu Gduli, bowiem są tu one zdecydowanie drugoplanowe. Istotniejsza pozostaje, moim zdaniem, wspomniana na początku rozbieżność wizji i podstawowych diagnoz dotyczących rzeczywistości społeczno-politycznej, w której żyjemy i podstawowych celów oraz sposobów działalności politycznej. Żałuję, że tekst Macieja Gduli nie poszedł w tę stronę, bo uważam dyskusję na te tematy za przedsięwzięcie ważne i potrzebne środowiskom krytyczno-emancypacyjnym. Cieszę się jednak, że dzięki zaproszeniu do polemiki ze strony redakcji „Dziennika Opinii” mogłem wyrazić swoje stanowisko i mam nadzieję na dalszą rzeczową dyskusję z towarzyszami i towarzyszkami z Krytyki Politycznej.

***

Od Macieja Gduli: Wydawało mi się, że nie musimy na lewicy chuchać na siebie i dmuchać. Jak uważamy coś za dość wątpliwe, po prostu możemy to sobie powiedzieć. Dlatego napisałem recenzję książki Sowy. W reakcji na to autor sugeruje, że przynależę do tradycji faszystowskiej, stalinowskiej i zomowskiej. A nawet po drodze mi z braćmi Karnowskimi. Nie zamierzam się wdawać w takie spory, bo nie warto dyskutować za wszelką cenę.

 

**Dziennik Opinii nr 126/2015 (910)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij