Kraj

PiS chce podsmażać gender, ale powoli

Pomysł Fundacji Pro – Prawo do życia nawet dla PiS okazał się zbyt radykalny i ordynarny. Nie to, co wyrafinowany Instytut Wróblewskiego, który pozwoli na zaglądanie ludziom do łóżek, dociskanie tęczowych rodzin, samotnych matek, rozwodników i rozwodniczek, będzie stymulował społeczne napięcie i miział biskupów.

W czwartek 2 grudnia głosowane były dwa projekty, które w zestawieniu z pomysłem rejestrowania ciąż wzbudziły obawy, że oto mamy do czynienia z kolejnym etapem odbierania praw obywatelskich, zwłaszcza kobietom, ale nie tylko im.

Pierwszy projekt dotyczy ustanowienia Polskiego Instytutu Rodziny i Demografii, jego autorem jest Bartłomiej Wróblewski, ten sam, który zaniósł do TK Julii Przyłębskiej pomysł zaostrzenia przepisów aborcyjnych.

Za drugim głosowanym projektem stoi Fundacja Pro – Prawo do życia, ta, która straszy billboardami z krwawymi szczątkami, szczuje na lekarzy pod szpitalami, organizuje nagonki na osoby LGBT+. Teraz chce, by aborcja karana była jak zabójstwo. Oznaczałoby to, że osoba, która usunęłaby ciążę pochodzącą z gwałtu, otrzymałaby karę cięższą niż gwałciciel.

O ile projekt Fundacji Pro – Prawo do życia został odrzucony – wniosek o odrzucenie w pierwszym czytaniu złożyła nawet rzeczniczka PiS-u Anita Czerwińska – o tyle projekt utworzenia PIRiD przechodzi do prac w komisjach. 205 posłów głosowało za przyjęciem do dalszych prac, 204 było przeciw. Jeżeli PIRiD powstanie, będzie kolejną partyjną, propagandową i ideologiczną instytucją, w którą pompowane są pieniądze podatników.

 

− To element politycznego dealu − mówi nam Magdalena Biejat, posłanka Razem. − Wróblewski nie dostał posady RPO, więc ten instytut jest odpłaceniem mu się za lojalność. 30 mln jest po to, żeby opłacić posadki i utrzymać większość Zjednoczonej Prawicy. PiS, tak jak jest zakładnikiem antyszczepionkowców w stylu pani Siarkowskiej w temacie zdrowia, tak w temacie naszego życia prywatnego jest zakładnikiem religijnego fanatyka.

PIRiD

Wyzwanie demograficzne jest dla Bartłomieja Wróblewskiego wyzwaniem większym od toczonej przez Łukaszenkę i pielęgnowanej przez PiS wojny hybrydowej, większym niż pandemia COVID-19 i problemy energetyczne i klimatyczne razem.

Wróblewski powołał się na badania Fundacji Mamy i Taty Elbanowskich, według których potrzebę utworzenia takiej instytucji widziało 60 proc. badanych. Podczas prezentacji projektu w Sejmie przekonywał, że to demografia wyznacza pozycję i przyszłość społeczeństw i państw, że wzrost demograficzny jest warunkiem rozwoju. Demografia zależy zaś od kondycji rodziny. Obawy Wróblewskiego wynikają z obserwacji faktu spadku urodzeń, a wzmagają je prognozy mówiące, że do 2050 Polaków będzie o ponad 4 mln mniej niż w 2013 roku, wzrośnie zaś odsetek osób starszych.

Rzecznik praw płodu

Lekiem na to zło ma być właśnie PIRiD, bo osiągnięcie celów demograficznych możliwe jest w oparciu o badania naukowe i wypracowywanie rekomendacji dla polityki rodzinnej państwa. A to są dokładnie zadania nowej, kosztującej 30 mln na start instytucji: merytoryczne zaplecze, instytucja naukowa i think tank, tworzenie rozwiązań polityki rodzinnej, promocja rodziny, ochrona praw rodziny, rodziców i dzieci. Prezes tego instytutu ma być takim Rzecznikiem Praw Rodziny, będzie miał inicjatywę ustawodawczą, kompetencje analogiczne do innych rzeczników, będzie mógł brać udział w postępowaniach, inicjować zmiany w prawie miejscowym.

Uzupełnieniem wypowiedzi Wróblewskiego była następna − Dominiki Chorosińskiej z PiS, która mówiła, że choć: „synonimem szczęścia osobistego jest szczęście rodzinne. Jednocześnie widzimy, że liczba rozwodów z roku na rok wzrasta […]”, że choć młodzi ludzie deklarują, że chcą mieć dzieci, liczba urodzeń spada. Podkreśliła, że problemy demograficzne dotykają całą Europę i są wynikiem przemian, jakim ulega rodzina.

Intencje pomysłodawców PIRiD-u odczytane zostały jednoznacznie.

Magdalena Biejat, którą zapytaliśmy, co o projekcie sądzi, powiedziała, że obawia się uprawnień, jakie dostanie szef PIRiD-u. − Uprawnienia, które daje ten instytut, są przerażające − mówi posłanka. − Będziemy mieć do czynienia ze zbieraniem danych bez żadnej kontroli, pod dowolnym pretekstem, a dodatkowo szef instytutu otrzyma uprawnienia prokuratorskie. Po co takie uprawnienia komuś, kto w teorii ma tylko przygotowywać strategię demograficzną państwa? Szef instytutu będzie wybierany tylko przez Sejm, bez zatwierdzenia przez Senat, na siedem lat. To organ polityczny, który będzie mógł wchodzić z butami w nasze życie. A pomysłodawca tego instytutu, dobrze o tym wiemy, jest po prostu fanatykiem, i tak jak nie zawahał się narażać w imię ideologii życia i zdrowia kobiet w Polsce, tak i teraz nie będzie miał oporów, by wykorzystać możliwości instytutu do jeszcze większej kontroli − alarmuje Biejat.

Monika Rosa, posłanka KO, wniosła o odrzucenie projektu już w pierwszym czytaniu. „To projekt, który ma tworzyć świat bez różnorodności bez wolności wyboru. […] to projekt, który za 30 mln zł ma promować […] konserwatywny, narodowo-katolicki wzorzec rodziny i świata” − mówiła Rosa.

Wanda Nowicka w imieniu Lewicy: „Inicjatywa posła Wróblewskiego przeraża. […] Wejdzie z buciorami do prywatnego życia Polek i Polaków, by wpływać na nasze życie, zmuszać kobiety do rodzenia, interweniować w sprawach rozwodowych albo gdy nastolatki chcą przerwać ciążę, wtedy w roli prokuratora będzie mógł wystąpić szef instytutu, by zmusić dwunastolatkę do urodzenia wbrew jej woli. […] Prokuratorska, czyli oskarżycielska, a nie obrończa rola w rękach instytutu naprawdę przeraża, bo instytut ma oskarżać. Kogo? Na przykład kobiety, które przerwały ciążę w Holandii czy w Czechach, albo lekarza, który przepisał tabletkę po stosunku. […] Instytut chce ograniczyć rolę RPO, chce być jego kontrolerem i recenzentem. […] Poseł Wróblewski chce dobrać się do partii politycznych. Mógłby badać, czy cele i działalność danej partii jest zgodna z konstytucją. Wyobraźmy sobie, że dla posła Wróblewskiego działalność, dajmy na to, Nowej Lewicy na rzecz praw kobiet, w tym prawa do legalnej aborcji, co jest misją i zobowiązaniem naszej partii, może zostać uznana przez panią Przyłębską i jej usłużny trybunał za sprzeczną z konstytucją”. I również złożyła wniosek o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu.

Bożena Żelazowska z Koalicji Polskiej i PSL przypomniała, że PiS obiecywał tanie państwo, a tu, w trakcie inflacji olbrzymie pieniądze chce przeznaczyć na powołanie tworu, który ma powielać zadania realizowane już przez Ministerstwo Rodziny i Polityki Społecznej i samorządy. Podkreślała nieskuteczność działań PiS nakierowanych na wzrost dzietności, brak polityki senioralnej i migracyjnej. Zaapelowała o lepszą współpracę z samorządami, które najlepiej znają potrzeby polskich rodzin. Przypomniała też prorodzinne inicjatywy PSL: „kosiniakowe”, wydłużone urlopy macierzyńskie i programy dla seniorów. Zasugerowała inne obszary, gdzie pieniądze mogłyby się przydać: opieka zdrowotna, psychiatria dziecięca, dofinansowanie żłobków i przedszkoli.

Czy Polaków da się jeszcze przekonać, że skarb państwa nie musi być partyjnym łupem?

Niezawodny Dobromir Sośnierz z Konfederacji stwierdził, że aby wesprzeć dzietność, należy zabrać pomoc samotnym matkom oraz skończyć z pomocą dla seniorów, bo wiadomo, że ludzie zawsze po to mieli dużo dzieci, żeby mieć zabezpieczenie na starość. Z żalem stwierdził, że na emancypację kobiet chyba już nic nie poradzimy.

Hanna Gill-Piątek mówiła: „To nie druk, to weksel, który skrajnie radykalne frakcje Zjednoczonej Prawicy wypisały na 30 mln rocznie, położyły przed Jarosławem Kaczyńskim. I mówią «płać, prezesie», płać za ich wierność negocjowalnego afektu, bo inni dostali, a oni jeszcze nie. Bo kiedy prezes miał ochotę iść z opozycją bardziej na ostro, to wnieśli haniebny wniosek do tak zwanego Trybunału Konstytucyjnego, który skończył się piekłem dla polskich kobiet i śmiercią Izabeli z Pszczyny. A teraz my, podatnicy, zapłacimy za ich chore urojenia, które wyglądają, jakby pisali je nie polscy posłowie, ale sponsorowani przez Kreml fundamentaliści. Pod nazwą PIRiD nie kryje się nowa instytucja dbająca o podstawową komórkę społeczną, a trybunał inkwizycyjny, który będzie miał uprawnienia prokuratorskie. W połączeniu z rejestrem ciąż to będzie prawdziwy młot na prawa kobiet, na wolności obywatelskie i faktyczne dobro rodziny”. Polska 2050 ustami Hanny Gill-Piątek również złożyła wniosek o odrzucenie projektu w pierwszym czytaniu.

 

Paweł Szramka z koła Polskie Sprawy zaproponował stworzenie w konsekwencji Instytutu Szczęścia, Zdrowia i Dobrobytu, żebyśmy byli szczęśliwi, zdrowi i cieszyli się dobrobytem.

25 lat za aborcję

Zrównanie w prawach płodów z urodzonymi już ludźmi, założenie, że każda kobieta w ciąży jest potencjalną morderczynią, kary za aborcję dla matek, lekarzy, osób, które pomogą albo ułatwią przeprowadzenie aborcji − taki pomysł ma Fundacja Pro – Prawo do życia. Ewidentnie skuteczność Aborcyjnego Dream Teamu działa na nich jak płachta na byka, bo to od recenzji ich działalności prezentujący projekt Mariusz Dzierżawski rozpoczął przemówienie „W ciągu ostatniego roku ponad 30 tys. polskich dzieci straciło życie w wyniku aborcji. Towarzystwa aborcyjne publicznie chwalą się uczestnictwem w 34 tys. nielegalnych działań”.

Pomysł Fundacji Pro – Prawo do życia spotkał się z powszechną odrazą. Nawet dla PiS okazał się zbyt radykalny i ordynarny. Nie to, co wyrafinowany Instytut Wróblewskiego, który pozwoli na powolne, perwersyjne niemal przekraczanie granic, podsmażanie potwora gendera oczyszczającym ogniem inkwizycyjnego stosu, na zaglądanie ludziom do domów, do małżeństw, wskazywanie, co zgodne z polską kulturą i tradycją, a co wszeteczne. Pozwoli na dociskanie tęczowych rodzin, samotnych matek, rozwodników i rozwodniczek, nakładanie podatków na bezdzietnych, będzie stymulował społeczne napięcie i miział biskupów.

Projektowi Pro – Prawo do życia zdecydowanie brak tej finezji, a PiS nie chce miesiąc po demonstracjach poświęconych pamięci Izy z Pszczyny znów mieć tłumów na ulicach. Tym bardziej że pod sejmem w czasie czytania projektu gromadziły się protestujące, a Strajk Kobiet w ostatnich dniach organizował performatywne protesty, oblewając czerwoną farbą budynki instytucji mających wpływ na życie i zdrowie kobiet.

„Ani jednej więcej!” Po śmierci Izy odbyły się demonstracje w całej Polsce. Dla córek, sióstr, żon

Część posłów w trakcie czytania projektu Fundacji Pro – Prawo do życia opuściło salę sejmu. Większość wyraziła zdecydowany sprzeciw.

Katarzyna Kotula wygłosiła mocne przemówienie:

„Mam dzisiaj historię do opowiedzenia. Jest marzec 1998 roku. Mam 21 lat i mieszkam w dużym mieście w centralnej Polsce. Moja koleżanka Agata, 25-latka, jest zgwałcona przez lekarza, do którego trafia na wizytę, boi się poinformować organy ścigania. Po czasie odkrywa, że jest w ósmym tygodniu ciąży. W gazecie znajduje ogłoszenie. Prosi mnie o pomoc i wsparcie, a ja nie umiem i nie chcę jej odmówić.

Na aborcję do obskurnego gabinetu w piwnicy domku rodzinnego jedziemy taksówką. Kilka tysięcy zebrane od koleżanek zostawiamy w szarej kopercie na stoliku. Z zabiegu wracamy tramwajem. Nigdy nikomu nie mówimy o tym, co się wtedy stało.

Ta historia wydarzyła się dlatego, że w 1997 roku TK zlikwidował możliwość przerywania ciąży z powodów społecznych. Agata nie mogła legalnie, bezpiecznie i w czystym szpitalu przerwać ciąży. Minęły 23 lata. Jestem posłanką, matką, mam 20-letnią córkę.

W 2020 roku TK Julii Przyłębskiej wydaje wyrok na kobiety, wprowadzając prawie całkowity zakaz aborcji. Po prawie ćwierć wieku polskie prawo aborcyjne zmieniło się na jeszcze bardziej surowe i barbarzyńskie. To prawo, które zabija. Tak, to prawo, które zabija kobiety. A ten projekt, który dzisiaj dyskutujemy, to przecież krok do przodu. Prawo surowiej będzie traktować zgwałconą kobietę niż gwałciciela? 12 lat za gwałt i 25 lat albo dożywocie za aborcję z gwałtu? Ten haniebny projekt, nieludzki projekt zakazujący całkowicie aborcji bez żadnych wyjątków, kontrola poronień, zmuszanie do porodu nawet wtedy, kiedy zagrożone jest życie kobiety lub jest wynikiem gwałtu, powinien natychmiast trafić do kosza”.

Posłanki Lewicy współtworzą sieć ratunkową, wspierając FEDERĘ w monitorowaniu sytuacji kobiet, które są w ciąży i czują, że ich dobro jest zagrożone.

Zaufania brak

Czy jednak PIRiD skutecznie podniesie dzietność?

− PiS wykazuje się całkowitym oderwaniem od rzeczywistości − komentuje Magdalena Biejat. − To jasne, że nie rozumieją współczesnego świata, nie wiedzą, co jest potrzebne, by poprawić przyrost demograficzny, potrafią działać tylko na zasadzie kija i przymusu. Zdają się bardzo przejmować wolnością antyszczepionkowców, szanują ich niechęć do maseczek i wiarę w antynaukowe bzdury, a nie szanują prawa ludzi do decydowania o własnym życiu i kształcie rodziny.

Graff, Korolczuk: Gender to śmiertelnie poważna sprawa

Ludziom brak do państwa zaufania. Dlatego również pomysł rejestracji ciąż wzbudził niepokój. Obawiamy się, że to kolejny zamach na nasze prawa reprodukcyjne, na naszą prywatność.

− Rejestracja ciąż to element dygitalizacji danych medycznych − tłumaczy Magdalena Biejat. − W zwykłej sytuacji, gdybyśmy mieli rząd respektujący prawa obywatelskie, ten projekt nie powinien wzbudzać większych emocji. Chodzi o to, że na przykład, jeśli kobieta w ciąży trafi do szpitala z wypadku, to żeby lekarze mieli dostęp do jej dokumentacji medycznej. Ale żyjemy w państwie kierowanym przez ludzi, którzy nie przestrzegają ani podstawowych praw człowieka, ani procedur, więc rozumiem obawy, które to budzi. Zwłaszcza że to nie pierwszy taki pomysł − pierwszy rejestr ciąż wymyśliła Ewa Kopacz za rządów PO, wprost wymierzony w walkę z tak zwanym podziemiem aborcyjnym.

− Natomiast kiedy znaleziono w ściekach płód, prokuratura i bez rejestracji ciąż była w stanie odnaleźć, na podstawie dokumentacji medycznej, do której może mieć dostęp, osoby ciężarne w promieniu kilku kilometrów od znalezionego ciała − wyjaśnia Biejat.

Wciąż zbierane są podpisy pod projektem legalizującym aborcję. Jeśli ktoś jeszcze nie podpisał, a chciałaby, to teraz jest dobra okazja.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, studentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskigo 1976-79”.
Zamknij