Kraj

Czy Polaków da się jeszcze przekonać, że skarb państwa nie musi być partyjnym łupem?

Jakie będą polityczne konsekwencje ujawnienia oburzających informacji o nepotyzmie w PiS? Niestety, można się obawiać, że niewielkie. A w dłuższym okresie nawet... problematyczne.

 „Gazeta Wyborcza”, „Onet” i Radio Zet opublikowały rezultaty wspólnego, wielomiesięcznego śledztwa dziennikarskiego. Jego efektem jest „mapa” politycznych powiązań w spółkach skarbu państwa.

Jest ona równie skomplikowana co mapa Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Tak jak cesarstwo dzieliło się na różne księstwa i księstewka, wolne miasta cesarskie i państwa stanowe, hrabstwa i włości biskupie, tak mapa podlegających państwu spółek dzieli się na księstwo premiera Morawieckiego, hrabstwo Ziobry, osierocone po baronie Porozumienia, marchię Sasina, włości Brudzińskiego, Błaszczaka – a i nikt się nie zdziwił, jakby popierający rząd biskupi mieli w spółkach jakichś swoich ludzi.

Jak każde porządne feudum, także spółki skarbu państwa przynoszą swoim seniorom rentę. Z materiałów trzech redakcji wynika, że przede wszystkim w postaci wpłat płynących z kieszeni świetnie opłacanych menadżerów na fundusz wyborczy politycznego patrona, któremu zapewniają pracę.

Śledztwo trzech redakcji potwierdza i wypełnia szczegółami to, co wszyscy obserwujący politykę wiedzą od dawna: za rządów PiS doszło do bezprecedensowego zawłaszczenia spółek skarbu państwa i ich zasobów przez polityków rządowego obozu i podporządkowania jego partyjnym celom. Najlepszym przykładem jest zakup lokalnej prasy przez Orlen i mniej lub bardziej ostentacyjne przestawienie jej na prorządowe tory. Jak nazwał to kiedyś Jarosław Flis, PiS to nie tyle IV, ile IX RP. IX, czyli trzecia do kwadratu – rządzący obóz do potęgi podnosi bowiem wszystkie patologie ostatnich 30 lat. Zawłaszczanie spółek skarbu państwa jest częścią tego mechanizmu.

Wszystko to, co opisała „Wyborcza”, „Onet” i Radio ZET, jest oczywiście oburzające. Jakie będą jednak polityczne konsekwencje ujawnienia tych oburzających informacji? Niestety, można się obawiać, że w krótkim okresie niewielkie, a w dłuższym politycznie co najmniej problematyczne. Biorąc pod uwagę kształt polskiej debaty publicznej, można się bowiem spodziewać, że tego typu rewelacje wzmocnią tylko żądania, by państwowej własności było jak najmniej.

Gazpromizacja mediów: Orlen pożarł media lokalne. Co z nimi zrobi?

Nie całkiem kapiszon, nie całkiem nie

Jak w przypadku każdego materiału niezależnych mediów, ujawniającego korupcyjne mechanizmy w obozie władzy, politycy PiS i ich twitterowi partyzanci będą pisać, że to „kapiszon”, który niczego skandalicznego nie ujawnia, a już na pewno nie jest w stanie zaszkodzić PiS politycznie. W tym tonie zareagował już na swoim Twitterze jeden z bohaterów śledztwa trzech redakcji, europoseł Joachim Brudziński: „Wielka afera […] ministrowie rządu PiS dobierają sobie współpracowników, nie konsultując kandydatów z teściową Tuska”.

Podobne pokrzykiwania skrywają lęk, że kolejny materiał może się jednak w końcu okazać czymś więcej niż politycznym kapiszonem. Nawet nie dlatego, że będzie zawierał sam w sobie jakieś szczególnie kompromitujące rewelacje, ale dlatego, że ludzie będą mieli już dość kolejnych newsów pokazujących, że PiS – partia obiecująca pogonić oderwane, egoistyczne elity i rządzić dla i w imieniu zwykłych ludzi – sama zmienia się w uwłaszczającą się na państwie, bezczelnie śmiejącą się ludziom w twarz klikę.

Obóz władzy, w tym osobiście Jarosław Kaczyński, zawsze obawiał się przylepienia PiS takiej etykietki. Stąd decyzja o obniżeniu pensji politykom w 2018 roku, stąd przyjęta niedawno na kongresie PiS uchwała mająca walczyć z nepotyzmem w spółkach skarbu państwa. Dopóki jednak społeczne oburzenie na uwłaszczanie się PiS na państwowych fruktach nie sięgnie poziomu, który będzie skutkował trwałymi spadkami poparcia, dopóty wszelkie takie gesty będą miały wyłącznie symboliczne znaczenie. Aparat rządzącej partii wydaje się przekonany, że posady w spółkach skarbu państwa i inne stojące przy władzy konfitury się mu po prostu należą. Kaczyński nie jest chyba w stanie zapanować nad apetytami aparatu, tym bardziej w sytuacji, gdy musi ciągle walczyć o większość w Sejmie.

Duża część wyborców i elit opiniotwórczych rządzącej partii zracjonalizuje sobie takie praktyki tym, że przecież wszyscy tak zrobili, że liberałowie i postkomuniści uwłaszczyli się w latach 90., są wspierani przez beneficjentów przemian, więc „obóz patriotyczny”, jeśli chce z nimi realnie walczyć o władzę, musi sięgnąć po zasoby państwowych spółek.

W tym sensie materiał trzech redakcji – kawał świetnej dziennikarskiej roboty – niestety nie do końca kapiszonem nie jest. Przynajmniej politycznie.

Czy minister powinien zarabiać 20 średnich krajowych?

Trzecia fala prywatyzacji

Na dłuższą metę opisane przez dziennikarzy praktyki PiS mogą wzmocnić „trzecią falę prywatyzacji”, która okaże się najpewniej niezamierzonym skutkiem rządów sprawującej dziś władzę partii.

Publicysta „Kultury Liberalnej” Łukasz Pawłowski w swojej książce Druga fala prywatyzacji pisał o paradoksie rządów PiS: partia z jednej strony wygrała, składając obietnicę budowy państwa dobrobytu, z drugiej państwa opiekuńczego nie buduje, a przynajmniej nie, inwestując w usługi publiczne. Zamiast tego daje ludziom pieniądze do ręki: 500+, 300+, 13. i 14. emerytura, zapisane w Polskim Ładzie gwarancje kredytów hipotecznych i „kapitał opiekuńczy”. Po to, by potrzebne usługi ludzie kupili sobie na rynku sami.

Po tej celnie opisanej przez Pawłowskiego „drugiej fali prywatyzacji” może jednak przyjść trzecia, gdy PiS straci władzę. Skrajne upolitycznienie państwa, obcesowe i bezczelne wykorzystywanie jego instytucji do partyjnych celów wzmocnią bowiem argumenty, by państwa było jak najmniej. Na zasadzie: im więcej państwa, tym więcej marnotrawstwa, niekompetencji i mechanizmów politycznej korupcji.

Przykładów wydających się potwierdzać, że powyższe zdanie to prawda, ostatnich sześć lat dostarcza aż zbyt wiele. Nie ma lepszego argumentu dla zwolenników likwidacji mediów publicznych niż to, co stało się z publicystyką i informacją TVP po objęciu kontroli nad spółką przez Jacka Kurskiego. Nie ma lepszego argumentu, że państwowy nadzór właścicielski to niekompetencja i marnotrawstwo, niż „osiągnięcia” Jacka Sasina.

Materiały o tym, jak poszczególni politycy rządzącej partii budują sobie feudalne domeny w nominalnie należących do nas wszystkich spółkach, doskonale sprawdzają się jako przykład dla kogoś, kto chce przekonać opinię publiczną, że nie ma czegoś takiego jak uczciwie zarządzana własność publiczna, wolna od mechanizmów korupcyjnych, a przynajmniej korumpujących. Im dłużej będzie rządził PiS, tym ten antypaństwowy backlash okaże się silniejszy.

Potrzeba nie tylko ustaw, ale też narracji

By go ograniczyć, opozycja musi przekonywać, że pozbywanie się przez państwo strategicznych spółek nie jest dobrym pomysłem. Musi pokazać społeczeństwu, że ma pomysł na efektywne zarządzanie własnością publiczną.

Lewica wykonała w tym celu pierwszy krok. W sierpniu złożyła projekt ustawy mającej zatrzymać „karuzelę tłustych kotów” w spółkach skarbu państwa. Zakłada ona między innymi wprowadzenie jasnych kryteriów rekrutacji do pracy w radach nadzorczych i zarządach spółek skarbu państwa. Nabór nadzorowałaby specjalna „rada kompetencyjna”, w której obecni mieliby być także przedstawiciele opozycji oraz strony społecznej – konkretnie Rady Dialogu Społecznego, ciała gromadzącego przedstawicieli pracodawców, związków zawodowych i rządu. Kandydaci na szefów najważniejszych spółek – takich jak Orlen – mieliby być przesłuchiwani przed odpowiednią sejmową komisją.

To dobre propozycje, godne nagłośnienia i poparcia. Problem w tym, że politycznego sporu nie wygrywa się najlepszymi nawet ustawami. Politykę robią narracje i uruchamiane przez nie emocje. A narracji uruchamiającej pozytywne emocje wokół własności publicznej, zdolnej dotrzeć do ludzi i przekonać ich, że publiczne nie musi się równać partyjne, skorumpowane i nieefektywne, ani Lewica, ani nikt inny w Polsce dziś nie ma.

Stworzyć ją będzie bardzo trudno. Rządy PiS przypominają sytuację z opowiadania Słoń Mrożka. Dyrektor zoo, pozbawiony talentu karierowicz, który nie był w stanie załatwić dla swojej placówki prawdziwego słonia, wstawił zamiast tego nadmuchiwanego słonia z gumy. Podczas gdy nauczycielka tłumaczyła odwiedzającym zoo dzieciom, że słoń to najcięższe na świecie zwierzę, zawiał silny wiatr. Mocujące słonia sznurki zerwały się i słoń uleciał powietrze.

Dzieci będące tego świadkami opuściły się w nauce, rozpiły się, a w słonie – jak pisze Mrożek – „nie wierzą już wcale”. Trzeba będzie wiele pracy, by po PiS Polacy uwierzyli w nieupartyjnioną publiczną własność faktycznie służącą publicznym interesom.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco