Kraj

Profesor z Torunia i „tęczowa zaraza”

Tęczowa flaga podarta po homofobicznym ataku na Moście Łazienkowskim w Warszawie. Fot. Jakub Szafrański.

Jeżeli więc nazywanie osób LGBT (albo Żydów, albo Arabów, albo Ukraińców) nosicielami zarazy, gwałcicielami etc. stanowi jedynie wyrażanie opinii, wypowiedzi takich dotyczy zasada wolności słowa i nie powinny być w żaden sposób karane: ani sądowo, ani dyscyplinarnie. Istnieją jednak bardzo dobre argumenty przeciwko takiej interpretacji.

Bilewicz: PO? PiS? Nieważne. Tyle nienawiści nie było w Polsce od dawna

W sierpniu zeszłego roku Aleksander Nalaskowski, profesor Uniwersytetu im. Mikołaja Kopernika w Toruniu, opublikował w tygodniku „Sieci” felieton pt. Wędrowni gwałciciele, w którym porównał osoby LGBT do tyfusu i dżumy i stwierdził, że „gwałcą wszystko, co spotkają na drodze”, oraz wyzwał je od „obleśnych bab” i „laufrów tęczowej zarazy”.

Felieton wzbudził słuszne oburzenie, a do uczelni wpłynęły skargi i petycje o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego. We wrześniu rektor UMK zawiesił Nalaskowskiego w obowiązkach nauczyciela akademickiego na trzy miesiące, po tygodniu jednak cofnął decyzję, ale skierował sprawę do rzecznika dyscyplinarnego uczelni. W ubiegłym tygodniu, a więc po czterech miesiącach, rzecznik umorzył postępowanie, powołując się na opinię biegłego językoznawcy i eksperta od komunikacji społecznej. Według doniesień prasowych biegły stwierdził, że (cytuję za OKO.press):

„Tęczowa zaraza”. Uniwersytet Adama Mickiewicza reaguje na homofobiczny hejt Jędraszewskiego

  • tekst nie ma charakteru informacyjnego, lecz służy subiektywnemu przedstawieniu stanowiska autora;
  • wypowiedź nie zawiera zwrotów, które w kontekście felietonu mają charakter znieważający wyodrębnioną grupę (nawet jeśli niektóre wyrażenia mają jednocześnie negatywne konotacje społeczne);
  • należy je traktować jako krytykę pod adresem określonej grupy osób, a nie dyskryminację (o dyskryminacji w opinii biegłego można mówić wówczas, gdy dochodzi do prześladowania, czyli działania mającego charakter stały, nieustanny);
  • użyte w publikacji zwroty i wyrażenia (np. zgwałcone miasta) mają charakter metaforyczny i odnoszą się „do szerzącej się ideologii LGBT i organizowanych marszy równości”;
  • w felietonie nie ma treści, które mogłyby wywołać poczucie zagrożenia;
  • felieton zaistniał w kontekście niezwiązanym bezpośrednio z uczelnią, dlatego należy go traktować jako wypowiedź prywatną wynikająca z osobistych poglądów i przekonań autora.


Jak zwraca uwagę Anton Ambroziak w komentarzu dla OKO.press, w opinii biegłego razi „odwzorowanie języka, którego użył sam profesor Nalaskowski, np. »szerząca się ideologia LGBT«”. Rażą też niektóre zgoła absurdalne argumenty. Stwierdzenie, że wypowiedź nie zawiera zwrotów znieważających wyodrębnioną grupę, jest w oczywisty sposób fałszywe, a „kontekst felietonu” niczego w tej kwestii nie zmienia.

Czy felieton zawiera treści, które mogłyby wywołać poczucie zagrożenia, powinny raczej rozstrzygać osoby, które mogą się poczuć zagrożone, a nie biegły, którego wypowiedź ta zapewne osobiście nie dotyczy. Felieton nie jest żadną miarą „wypowiedzią prywatną”, ale jak najbardziej publicznym zabraniem głosu.

Najdziwniejszy jest jednak argument dotyczący metaforycznego użycia wyrażeń, bo nie wiadomo, dlaczego miałoby to czynić je mniej obraźliwymi. Nazwanie kogoś „osłem” jest zniewagą nie w mniejszym, a może nawet większym stopniu niż nazwanie go „głupim człowiekiem”.

Uzasadnienie przedstawione przez rzecznika zawiera niemniej również argumenty, które warto potraktować poważnie. Rzecz sprowadza się do stwierdzenia, że Nalaskowski nie dopuścił się niczego nagannego, ponieważ jedynie wyraził swoją osobistą opinię, korzystając tym samym z przysługującej mu – tak jak każdemu obywatelowi – wolności słowa. Wolność słowa to jedna z fundamentalnych zasad nowoczesnych demokracji i wobec tego może się wydawać, że nie podlega negocjacji. Warto przy tym pamiętać, że w Polsce wolność słowa w absolutnym sensie nie obowiązuje, jest bowiem poważnie ograniczona przez zapisy kodeksu karnego dotyczące zniesławienia, obrazy uczuć religijnych, promocji ideologii totalitarnych czy znieważania narodu polskiego.

Jeżeli więc nazywanie osób LGBT (albo Żydów, albo Arabów, albo Ukraińców…) nosicielami zarazy, gwałcicielami etc. stanowi jedynie wyrażanie opinii, jakkolwiek obrzydliwych, wypowiedzi takich dotyczy zasada wolności słowa i nie powinny być w żaden sposób karane: ani sądowo, ani dyscyplinarnie. Istnieją jednak bardzo dobre argumenty przeciwko takiej interpretacji.

Co najmniej od lat 80. „mowa nienawiści” jest istotnym przedmiotem zainteresowania w ramach krytycznej (feministycznej, antyrasistowskiej i queerowej) filozofii języka i teorii prawa. Najbardziej znaną przedstawicielką tego podejścia jest Judith Butler, autorka głośnej książki Walczące słowa, ale wspomnieć należy też takie teoretyczki i teoretyków, jak Mari Matsuda, Richard Delgado, Jeremy Waldron czy Rae Langton.

Autorzy ci zgadzają się co do tego, że w swej istocie mowa nienawiści, tj. uwłaczające lub agresywne wypowiedzi pod adresem mniejszości lub grup podlegających dyskryminacji, nie jest tylko wyrażaniem opinii ani w ogóle tylko „mówieniem”, lecz formą przemocy. I jako taka wywołuje realną i bezpośrednią krzywdę, a zatem decyzja o jej moralnym lub prawnym statusie nie może być oparta jedynie na pryncypium wolności słowa.

Nadażdin: Chcemy, żeby rząd potępił przemoc motywowaną nienawiścią

Tak rozumiana mowa nienawiści to coś innego i dużo bardziej problematycznego niż zwykłe obrażenie czy zniesławienie kogoś – kluczowe znaczenie ma tu dysproporcja sił między tym, kto znieważa, a jego ofiarami, np. pomiędzy przedstawicielem konserwatywnej ideologii a członkami mniejszości seksualnej.

Jak można uzasadnić tezę, że mowa nienawiści jest nie tylko mową, ale formą realnej przemocy? Jednym z cennych narzędzi krytycznej teorii języka jest sformułowana w latach 50. przez oksfordzkiego filozofa Johna L. Austina teoria „aktów mowy”. Austin uznał, że nasze (ustne bądź pisemne) wypowiedzi służą wykonywaniu wielorakich czynności niesprowadzalnych tylko do stwierdzania faktów, przekazywania informacji czy wyrażania opinii. Przy pomocy języka również stwarzamy i kształtujemy przedmioty i sytuacje: obietnice, umowy, mianowania, groźby, przysięgi małżeńskie, zeznania, wyroki itd. To wszystko są „akty mowy”, przez które nie tylko coś mówimy, ale też ustanawiamy prawne i społeczne fakty oraz relacje międzyludzkie.

Agresywne wypowiedzi pod adresem mniejszości są formą przemocy.

Filozofki takie jak Butler czy Langton dowodzą, że niektóre z aktów, których dokonujemy przy pomocy języka, powinny być traktowane jako przemoc – do takich właśnie należy mowa nienawiści. Istotą takiej mowy jest nie tyle wyrażenie opinii mówiącego, ile „podporządkowanie” i „uciszanie” tych, którzy są jej celem.

Mowa nienawiści nie tylko znieważa osoby, których dotyczy, ale też ustawia je na podporządkowanej pozycji. Osoby, które uznaje się za „gwałcicieli” i „nosicieli zarazy”, nie mogą być przecież traktowane jak pełnoprawni członkowie społeczeństwa, którzy mają prawo wyrażać swoje własne stanowisko i domagać się swoich praw. To, co mają do powiedzenia, nie może mieć żadnej wagi, bo źródłem ich słów jest rzekomo spisek i zepsucie. Zostają one więc uciszone i nie mogą zabrać równorzędnego głosu w przestrzeni publicznej.

Podobnie jak fizyczne pobicie może zmusić ofiarę do zamilknięcia i podporządkowania się bijącemu, tak mowa nienawiści, choć w niefizyczny sposób, ucisza i tłamsi. Nie powinna więc być chroniona w imię „wolności słowa”.

Jak zostać dobrym lewakiem? [rozmowa z Agatą Sikorą]

Wracając do felietonu Nalaskowskiego, trzeba więc zadać pytanie, czy profesor UMK jedynie przedstawił swoje subiektywne stanowisko, czy wykonał inny, dalece bardziej problematyczny akt mowy. O ile rzecznik dyscyplinarny UMK może mieć rację, że Nalaskowski nie złamał prawa, to wypowiedzi publiczne podlegają nie tylko ocenie prawnej, ale także społecznej i moralnej, a od ludzi z tytułem profesorskim można wymagać wyższych standardów postępowania niż tylko „nie robić niczego nielegalnego”.

A już w szczególności można od nich oczekiwać, że nie będą dopuszczać się aktów fizycznej czy werbalnej przemocy wobec osób dyskryminowanych.

List otwarty KPH do organizatorów Marszu Tysiąca Tóg

czytaj także

**
Leopold Hess jest filozofem i językoznawcą specjalizującym się w badaniach nad ekspresywnymi, normatywnymi i ideologicznymi aspektami języka. Przez 5 lat mieszkał w Holandii.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.