Kraj

Korpo zawiniło, Unię powiesili

Szczepionkowy nacjonalizm w Europie skutkowałby podobnymi nierównościami w dostępie do szczepionki na Starym Kontynencie, jakie panują pod tym względem na całym świecie. Naprawdę ktoś uważa, że konkurując z innymi państwami, Polska wyszłaby na tym lepiej?

Pfizer ograniczył dostawy szczepionek do UE, co skutkuje znacznym spowolnieniem akcji szczepień w krajach Wspólnoty. Także Polska nie szczepi tak szybko, jak by mogła. Według słów ministra Michała Dworczyka wszystkie dawki szczepionek planowane do 31 marca zostały już rozdysponowane i nie ma ani wolnych dawek, ani terminów. Oficjalnie Pfizer zamierza zwiększyć produkcję szczepionki, ale wcześniej musi przeorganizować jej produkcję, co oczywiście potrwa. Co gorsza, także AstraZeneca zapowiedziała zmniejszenie tempa dostaw swojego preparatu do UE – co miałoby oznaczać spadek liczby otrzymanych szczepionek o 60 proc., przynajmniej w pierwszych „rzutach”. Choć ostatnie doniesienia mówią, że AstraZeneca jednak postara się przyspieszyć swoje dostawy, to niesmak i niepewność pozostały.

Te kłopoty ze szczepionkami, które przewidywano już zresztą w grudniu, stały się okazją do tradycyjnej, rytualnej krytyki europejskich instytucji. Unia, względnie Komisja Europejska, miała źle negocjować z korporacjami, zbyt wolno, a zresztą zawsze jak się do czegoś zabiera, to robi to w żółwim tempie. Państwa narodowe zrobiłyby to lepiej, wystarczy zerknąć na Izrael, jak sobie dobrze radzi. Nacjonalizm szczepionkowy ma być skuteczniejszy niż szczepionkowy solidaryzm. I owszem, nacjonalizm ma to do siebie, że kilka krajów faktycznie może na nim wygrać, tylko oznacza to dużo większą grupę państw po stronie przegranych. Nacjonalizm jest bowiem zero-jedynkowy – ja wygrywam, ty przegrywasz, lub odwrotnie. To samo dotyczy nacjonalizmu szczepionkowego.

Błędy państw narodowych

Faktycznie, jeśli spojrzymy na grupę krajów o największej wyszczepialności przeciw COVID-19 na świecie, to w ścisłej czołówce trudno znaleźć państwa unijne. 3 lutego niekwestionowanym liderem był Izrael, w którym liczba podanych dawek odpowiadała 59 proc. obywateli. Zjednoczone Emiraty Arabskie dotarły ze szczepionką do jednej trzeciej mieszkańców, a Wielka Brytania do 15 proc. Bahrajn i USA zdążyły do tego czasu zaszczepić co dziesiątego obywatela. Pomijając więc Maltę (7 proc.), która jest malutka i otrzymała nieproporcjonalnie dużą liczbę dawek w pierwszych dostawach, z państw unijnych najlepiej radzi sobie Dania, w której liczba podanych dawek odpowiadała 5 proc. społeczeństwa. W większości pozostałych państw unijnych było to zaledwie 2–4 proc. mieszkańców – w Polsce dokładnie 3,25 proc, czyli więcej niż w Niemczech. Plasowało nas to w górnej połówce dla Unii, ale bliżej środka stawki. Fatalnie radzi sobie za to Holandia – 1,6 proc. – a zupełnie katastrofalnie Bułgaria – 0,66 proc.

Koniec pandemii? Szczepionkowy nacjonalizm może to uniemożliwić

Pierwsze, co jednak rzuca się w oczy, to duże różnice w wyszczepialności pomiędzy krajami unijnymi. Jeśli Dania potrafiła zaszczepić proporcjonalnie dwa razy więcej ludzi niż Francja, a Polska dwa razy więcej niż Holandia, to znaczy, że jakieś błędy musiały zostać popełnione na szczeblu państw narodowych. Hołubionych, dodajmy, przez zwolenników szczepionkowego nacjonalizmu. No i tak faktycznie było: przykładowo Holandia nie przygotowała na czas łańcucha dostaw zapewniającego temperaturę -70 stopni Celsjusza. Obstawiła bowiem, że jako pierwsze dostępne będą preparaty AstraZeneca, które nie są oparte na mRNA, a więc nie potrzebują tak niskiej temperatury przechowywania. Holendrzy się na tym przejechali, bo AstraZeneca warunkową zgodę w UE dostała dopiero 29 stycznia – znacznie później niż preparaty Pfizera i Moderny. Z tych właśnie błędów na początku roku tłumaczył się sam premier Mark Rutte – obecnie już tylko p.o. premiera. Sofia także bardzo ograniczyła zamówienia preparatów mRNA, ponieważ szczepionki AstraZeneca są nieporównywalnie tańsze. Warto nadmienić, że Bułgaria jest zdecydowanie najbiedniejszym krajem UE, więc i cena w jej przypadku gra szczególnie dużą rolę. Z kolei francuska polityka szczepień jest krytykowana przez wszystkich, z prezydentem Macronem włącznie. „Mistrzyni restrykcji, złoty medal w atestach, ostatnia w rozwiązaniach” – pisano na początku stycznia w „Le Figaro”.

Nie kupować kota w worku

Jednym z zarzutów wysuwanych wobec UE jest zbyt wolne tempo dopuszczania poszczególnych preparatów do użytku w Europie. Faktycznie, UE miała w tej kwestii zwykle około 20-dniowe opóźnienie względem Wielkiej Brytanii i USA. MHRA dopuściła szczepionkę Pfizera na rynek brytyjski już 2 grudnia, a Europejska Agencja Leków – na teren UE – dopiero 21 grudnia. Szczepionka Moderny została dopuszczona do obrotu w USA 19 grudnia, a w UE dopiero 6 stycznia. Największe opóźnienie w Europie zanotował preparat AstraZeneca, już z końcem grudnia dopuszczony warunkowo do obrotu w Wielkiej Brytanii. Tymczasem akceptację EMA, też zresztą warunkową, szczepionka „oksfordzka” otrzymała dokładnie miesiąc później.

Pytanie tylko, czy ta „niepotrzebna zwłoka” to na pewno powinien być zarzut wobec EMA. Czy nie lepiej poczekać trzy tygodnie, żeby lepiej przebadać zupełnie nowy produkt medyczny przed dopuszczeniem go do obrotu? Przecież te opóźnienia nie wynikały z lenistwa pracowników EMA, tylko z problemów koncernów z dostarczeniem przekonującej dokumentacji. Już w grudniu EMA zapowiedziała poślizg akceptacji dla szczepionki AstraZeneca, gdyż firma nie dostarczyła wszystkich danych. Ich produkt miał zresztą bardzo niezadowalające wyniki skuteczności w przypadku osób powyżej 65. roku życia i długo nie było wiadomo, czy w ogóle będzie rekomendowany seniorom. Z kolei według „Politico” szczepionka Pfizera została błyskawicznie dopuszczona do obrotu w Wielkiej Brytanii, ponieważ MHRA wydała pozwolenie, opierając się jedynie na wynikach trzeciej fazy badań.

Oczywiście po fakcie możemy stwierdzić, że szybkie i bezproblemowe przyklepywanie kolejnych szczepionek jak na razie sprawdza się lepiej – Wielka Brytania była wobec producentów dosyć pobłażliwa i teraz ma dużą liczbę zaszczepionych. Ale czy przed faktem taka strategia rzeczywiście wydawała się rozsądniejsza? Może lepiej dokładnie ocenić nowy preparat, którym chce się zaszczepić większość kontynentu, niż kupować kota w worku?

Ktoś mógłby powiedzieć, że w ciągu tych trzech–czterech tygodni umrze mnóstwo ludzi. Ewentualne dopuszczenie do obrotu groźnego dla zdrowia preparatu mogłoby jednak skutkować równie dużą liczbą zgonów lub komplikacji innego rodzaju. A już na pewno wybuchem ogólnej nieufności wobec szczepień, która już teraz, np. we Francji, jest bardzo wysoka. W takiej sytuacji nacjonaliści szczepionkowi i krytycy UE krzyczeliby „o Jezu, Jezu, unijni eurokraci na pasku Sorosa i Gatesa chcą nas szczepić niesprawdzonym bublem!”. Co skutkowałoby fiaskiem akcji szczepień już na samym początku.

Przewaga wyższej ceny

Tajemnicą sukcesu liderów szczepień na COVID-19 jest cena, po jakiej zapewnili sobie oni preparaty. Przykładowo Izrael za szczepionkę Pfizera zapłacił 47 dolarów od osoby, czyli ok. 23,5 dolara za dawkę szczepionki. USA wynegocjowały kwotę 19,5 dolara, za to UE – zaledwie 14,7 dolara od dawki. Szczepionka AstraZeneca będzie kosztować UE 2,2 dolara od dawki, Wielką Brytanię 3 dolary, a USA – 4 dolary. W przypadku szczepionki Moderny USA otrzymały z kolei spory rabat – zapłacą po 15 dolarów, a UE 3 dolary drożej – ale trzeba pamiętać, że szczepionka tej firmy została niemal w całości sfinansowana przez amerykańskie agendy rządowe. Sama BARDA (odpowiednik słynnej DARPA, tylko że w Departamencie Zdrowia) dotowała Modernę kwotą miliarda dolarów. Nic więc dziwnego, że w początkowych miesiącach dystrybucji preparatu prywatni producenci wolą ograniczać dostawy do tych odbiorców, którzy zapłacą im mniej – kapitalista kieruje się zyskiem, co chyba nie jest zaskakujące.

Tu można wyciągnąć kolejny zarzut wobec UE – zamiast negocjować cenę, trzeba było zapłacić, ile chcieli, ale naciskać na terminy. Tylko znów – czy taka strategia była na pewno racjonalna przed faktem? Przecież państwa UE różnią się poziomem rozwoju znacznie bardziej niż poszczególne stany w USA. Wynegocjowanie wysokich stawek mogłoby zatem sprawić, że większość szczepionek trafiłaby wcześniej na zachód kontynentu, bo wschód wolałby poczekać na tańsze preparaty. Co zresztą potwierdza przypadek Bułgarii. Niskie stawki są dostosowane do UE jako całości, a nie do możliwości najbogatszych krajów – na tym polega solidarność. Poza tym, gdyby UE płaciła za szczepionki więcej niż USA czy Wielka Brytania, obecni malkontenci przekonywaliby, że „jak zawsze przepłacamy” oraz „finansujemy zyski koncernów farmaceutycznych”.

Porażka europejskich koncernów

Jeśli Europejczycy powinni do kogoś kierować pretensje, to właśnie do europejskich koncernów farmaceutycznych, które jak na razie zaliczają poślizg za poślizgiem. Moderna to szczepionka amerykańska, sfinansowana z amerykańskich środków publicznych. Preparat AstraZeneca, która współpracowała z Uniwersytetem Oksfordzkim, to analogiczny produkt brytyjski. Choć preparat Pfizera został wymyślony przez niemiecki BioNTech, to w USA realizowana jest większość produkcji i to amerykańska spółka zapewnia zdecydowaną większość finansowania oraz odpowiada za proces produkcyjny i logistyczny. Nic dziwnego, że preparaty te błyskawicznie dopuszczono do użytku w krajach ich producentów i teraz ci sami producenci traktują te państwa priorytetowo.

Izraelska „wzorcowa” akcja szczepień wyklucza niemal 5 milionów Palestyńczyków

Europa liczyła za to na dwie inne szczepionki, ale obie mają znaczne opóźnienia. Jeśli chodzi o francuskiego giganta Sanofi, to mówi się wręcz o jego kompromitacji, gdyż szczepionka będzie miała… roczny poślizg. Z kolei niemiecki CureVac dopiero w tym półroczu ogłosi wyniki badań klinicznych, zresztą już zapowiedział, że może mieć problem z produkcją, bo nigdy nie wytwarzał niczego na tak masową skalę – prawdopodobnie pomoże mu w tym niemiecki Bayer. Niestety, europejskie koncerny farmaceutyczne pokazały słabość względem anglosaskich konkurentów. Fakt, że niemiecki BioNTech znalazł partnera do rozwoju swojej koncepcji szczepionki po drugiej stronie oceanu, tylko tę smutną prawdę potwierdza. Tylko w takim razie solidarny model zakupów ma tym większy sens – skoro musimy ściągać szczepionki od producentów spoza UE (choć część z nich jest produkowana w Europie), to chyba lepiej to robić wspólnie.

Można zrozumieć głosy za nacjonalizmem szczepionkowym ze strony Francuzów lub Niemców. Oni faktycznie mieliby szanse zdobyć szczepionki samodzielnie w szybszym tempie niż obecnie. Dla kraju takiego jak Polska, którego PKB liczony według kursu rynkowego jest kilkukrotnie niższy od Niemiec, solidarny model zakupu szczepionek jest bez wątpienia optymalnym rozwiązaniem. Nie mówiąc już o najbiedniejszych i/lub najmniejszych krajach UE, takich jak Łotwa, Bułgaria czy Słowacja. Przecież Izrael, Wielka Brytania, USA czy państwa arabskie to niejedyne „państwa narodowe”, które samodzielnie kupują szczepionki. Gdybyśmy działali w tym zakresie samotnie, to nasze efekty szczepień byłyby raczej bliższe Meksykowi (0,5 proc. zaszczepionych) lub Brazylii (1 proc.). Poza tym Europejczycy i tak należą do grona szczęściarzy, którzy mają bardzo szeroki dostęp do szczepionek w porównaniu z krajami rozwijającymi się – przykładowo Indonezja jak dotąd zaszczepiła 0,25 proc. obywateli. Szczepionkowy nacjonalizm w Europie skutkowałby podobnymi nierównościami w dostępie do szczepionki na kontynencie, jakie panują pod tym względem na całym świecie. Naprawdę ktoś uważa, że konkurując z innymi państwami, Polska wyszłaby na tym lepiej?

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij