Kraj

„A słyszała pani, co ta Młynarska se zrobiła?”

– Nienawidzący kobiet, lubieżny dziadzie! Będziesz musiał żyć ze świadomością, że Młynarska i każda inna Kowalska z czymś wyciętym, sztucznym, zranionym, podpiętym albo brzydkim chodzi sobie szczęśliwa po świecie i nie spocznie aż do śmierci – mówi Paulina Młynarska, z którą rozmawiamy o tym, dlaczego zdecydowała się na mastektomię i czemu badanie piersi to najlepszy prezent, jaki możecie sobie zrobić na Dzień Kobiet.

Paulina Januszewska: Dla jednych wyrok, dla innych fanaberia, dla ciebie wola życia. O mastektomii i profilaktyce onkologicznej wciąż mówi się w Polsce za mało. A jeśli nawet, to okazuje się, że troska o swoje zdrowie i życie oprócz pochwał zbiera też krytykę, staje się obiektem kpin i chorej obsesji na punkcie piersi. Dlaczego?

Paulina Młynarska: Patriarchalna kultura w ogóle odbiera kobietom prawo do decydowania o swoim ciele, a więc i do decydowania o własnych piersiach, które są tu centralnym seksualnym fetyszem. Cyce rzucają się panom na mózg! (śmiech) Kobieta nie może dysponować swoim ciałem wedle własnego uznania i dla własnego dobra, lecz w sposób, jakiego życzą sobie męskie oczy i wypracowane przez tysiące lat męskie narracje.

Dlatego my, kobiety, opisujemy i określamy siebie głównie poprzez ciało. Do takiej roli jesteśmy całe życie przyuczane. Już jako małe dziewczynki słyszymy, a przede wszystkim obserwując – widzimy, że dla kobiet ciało jest najważniejsze, że musi spełniać określone kanony piękna i funkcję seksualnego obiektu, którego głównym atrybutem jest właśnie biust. Oczywiście do czasu.

To znaczy?

W momencie gdy sięgają po niego matki, by publicznie nakarmić swoje dzieci, od razu wywiązuje się karczemna awantura o to, że świecą golizną i gorszą albo obrzydzają otoczenie. Kiedy z kolei piersi stają się potencjalnym siedliskiem choroby zdolnej migrować do innych części ciała, też podnosi się larum, ale po to, by cycków w żadnym wypadku nie usuwać. A jeśli już, to naprawdę w ostateczności, a przede wszystkim w tajemnicy, żeby nie niepokoić tych, którzy i które chcą w nich widzieć swoje zabawki seksualne – sexy cyce, a nie jakieś blizny, rany, pole walki.

Dla mnie ta ekscytacja „cycami” świadczy o jakiejś uogólnionej niedojrzałości psychoseksualnej ogromnej części polskiego społeczeństwa. Coś tu jest bardzo nie halo, bo to są emocje na poziomie pierwszej klasy podstawówki.

Nie karmimy piersią po to, żeby stare zboki mogły sobie popatrzeć

Tymczasem rak piersi to najczęstszy i jeden z najgroźniejszych nowotworów złośliwych, które diagnozuje się u kobiet.

Przy czym uwaga, teraz będzie banał, ale dla niektórych chyba jednak odkrycie. Rak piersi nie dotyczy tylko piersi. On się w nich zaczyna, a potem daje przerzuty i zabija! Życie w wielu przypadkach ratuje mastektomia, która jednak – w przeciwieństwie do wycięcia macicy i/lub jajników – wzbudza ogromne emocje z tej prostej przyczyny, że piersi są na zewnątrz. Dlatego osoby rozważające amputację wytyka się palcem i mówi im: „okaleczysz się”, „musisz trzymać piersi na swoim miejscu, inaczej przestaniesz być kobietą”.

Czyli co? Mam złożyć swoje życie na ołtarzu tego infantylnego fetyszyzmu? Powinnam grzecznie umierać ze strachu przy każdym badaniu kontrolnym, czekając na to, kiedy „się zacznie”? Już się robi. Niedoczekanie wasze.

Wahałaś się jednak, czy swoją historią podzielić się publicznie. Co sprawiło, że ostatecznie się na to zdecydowałaś?

Początkowo nie byłam przekonana, czy zdołam się tak bardzo odsłonić w chwili tak wielkiej bezbronności. Jednak jestem dziennikarką i wiem, jak mało pieniędzy idzie na profilaktykę, jak ogromna dezinformacja związana z rakiem piersi panuje nadal wśród kobiet. Poczułam więc, że powinnam skorzystać z okazji, żeby zwrócić uwagę na te bardzo ważne tematy. To jest konkret. I to jest temat. Może przez to czyjaś mama przedwcześnie nie umrze?

Wahałam się czy o tym pisać. Jednak pomyślałam, że jeśli choć jedna/ jeden z Was weźmie to sobie do serca, to warto. Za…

Posted by Paulina Młynarska on Wednesday, March 3, 2021

Mastektomii poświęciłam znacznie więcej czasu niż to, ile wymaga wrzucenie posta na Facebooku. Przez 11 lat prowadziłam Miasto Kobiet, program telewizyjny, w którym wątek raka piersi i profilaktyka nowotworowa wracały jak bumerang chyba w każdym miesiącu. Mam za sobą wiele lektur na ten temat, a także rozmów z lekarzami i z osobami, które przez to przeszły. Doskonale rozumiałam powagę swojej sytuacji.

Pomogła mi w tym też rozmowa z córką.

Co od niej usłyszałaś?

Że jej zdaniem nie powinnam się wahać. Ja naprawdę dobrze znam media, a hejt nie robi już na mnie wrażenia. W tej kwestii już przekroczyłam swój Rubikon. Mam bardzo dużą odporność.

Wiedziałam, że najpierw polecą w świat newsy, potem ploty: „a słyszała pani, co ta Młynarska se zrobiła?”. I bardzo dobrze, ponieważ po sensacji przychodzi czas na refleksję i dyskusję. Temat „grzeje”, więc media zapraszają do rozmów ekspertów, lekarzy i lekarki, aktywistki, osoby z doświadczeniem w tej dziedzinie. Wtedy ludzie przypominają sobie, że trzeba się badać. A przy okazji zaczynają zadawać sobie i innym ważne, niewygodne pytania.

Biorąc też pod uwagę, jak obficie kwitną w dzisiejszych czasach antynaukowe i antymedyczne teorie, pomyślałam sobie: „Paulina, ile cię to kosztuje? Weź i napisz tego posta, może ktoś dzięki tobie pójdzie wreszcie do przychodni albo dowie się, że kiedy są wskazania, to operacja prewencyjna jest w Polsce refundowana”. No i rzeczywiście pod postem, który po 24 godzinach miał już milionowy zasięg, wiele osób pisało: „nie zdawałam/-em sobie sprawy, że od 2019 roku profilaktyczną mastektomię i rekonstrukcję można zrobić na NFZ”.

Lawina komentarzy jest wręcz przytłaczająca. Czego jeszcze się z nich dowiedziałaś?

Że kobiety kochają życie, ale czasem muszą się zderzyć z tragedią, jaką jest choroba, aby przestać je sobie marnować. Że bardzo boją się raka, ale też boją się badać, ponieważ czują się w swoim strachu niezrozumiane i osamotnione. I że często same nie wiedzą, jakie są silne, jakie wspaniałe w swoich zmaganiach z życiem i walce o przeżycie. Dostałam ogrom wsparcia i siostrzeństwa, którym hojnie obdarzano się także między sobą, a przede wszystkim odkryłam, że moja historia uderzyła w ważną, niezaspokojoną społeczną potrzebę rozmowy o zmaganiach z rakiem, wyrzucenia tego z siebie, zadawania pytań.

Mnóstwo kobiet szczegółowo opisało własne przeżycia – przecież znacznie trudniejsze niż moje. Dzieliły się wiedzą i podnosiły na duchu te, które nie miały dotychczas z kim o tym pogadać, boją się wizyt u lekarzy lub nie wiedzą, jak uzyskać od nich pomoc. To jest bezcenne. Kiedy w grę wchodzi hierarchia, my, Polki, mamy często problem z asertywnością. Kładziemy po sobie uszy i podwijamy ogony, zadowalamy się często minimum informacji i atencji. Nie chcemy robić kłopotu i zajmować zbyt wiele czasu wiecznie zajętym lekarkom i lekarzom. Często jesteśmy zbyt defensywne, trochę na zasadzie: „przepraszam, że żyję”. Tak przecież większość z nas została wychowana.

W Grecji, gdzie się leczysz, jest inaczej?

Tutaj patriarchat też trzyma się bardzo mocno. Ale! Kiedy mówiłam moim lekarzom i lekarkom o tym, co się w Polsce dzieje np. z dostępem do aborcji, to był dla nich szok. „Jak to? Dlaczego? Ale co, jeśli kobieta nie chce? Jak w takich warunkach pracować?” To były ich reakcje. Mam też wrażenie, że relacja pacjent–lekarz jest tu nieco bardziej partnerska w odróżnieniu od tej powszechnie panującej w Polsce.

Mastektomia a sprawa polska

Mówiłaś, że jako dziennikarka zdobyłaś sporą wiedzę na temat nowotworu piersi i mastektomii, ale – jak sądzę – to nie uodparnia na strach przed własnym zabiegiem. Co poczułaś, gdy okazało się, że musisz się z nim zmierzyć?

Nogi się pode mną ugięły. Cała procedura, badania, rozmyślanie nad operacją były, rzecz jasna, rozciągnięte w czasie. To był kilkumiesięczny proces. W takich sytuacjach nie ma jednej standardowej ani dobrej reakcji. Mam za sobą dość długą historię „przygód” piersiowych, ponieważ pierwszą operację usunięcia guzka przeszłam jako 21-latka i od tamtego czasu wiedziałam, że jako osoba będąca w grupie podwyższonego ryzyka muszę się bacznie obserwować. Nie zaniedbałam tego nigdy.

Ale moje doroczne „misteria” wokół piersi u lekarzy i comiesięczne samobadania zawsze były dla mnie stresujące. Najbardziej wtedy, gdy Ala była jeszcze mała. Ogromne wrażenie zrobiła też na mnie historia Angeliny Jolie, która o swojej mastektomii powiedziała światu w 2013 roku. Nie zapomnę zimnego dreszczu, który przebiegł mi po plecach, ale też ulgi. Pomyślałam: jakie to szczęście, że moja córka nie jest już dzieckiem i w razie najgorszego da sobie beze mnie radę.

Gorski: Co zrobiła Angelina Jolie?

czytaj także

A parę miesięcy temu poszłaś na rutynową mammografię, potem było wiele badań i biopsja chirurgiczna. Przyszły wyniki, zadzwonił lekarz i…

Powiedział, że ma dla mnie dwie wiadomości. Dobra była taka, że nie stwierdzono złośliwego raka dającego przerzuty, a zła dotyczyła wykrycia zmian, które umieściły mnie w grupie wysokiego ryzyka zachorowania na złośliwy nowotwór piersi. Dostałam dwie opcje do rozważenia – podejmuję długoletnią terapię farmakologiczną i badam się jeszcze częściej albo robię podwójną mastektomię z jednoczesną rekonstrukcją. Nie mówimy tutaj o łykaniu witaminek, ale o leku, który powoduje poważne skutki uboczne i na który z czasem można się uodpornić, a więc w końcu i tak zachorować. Oczywiście operacja też nie gwarantuje całkowitej pewności, że tak się nie stanie, tylko 90 proc. Jednak to wciąż więcej niż w moim przypadku dałaby terapia farmakologiczna.

Od razu wiedziałaś, co zrobisz?

Nie. Przeżyłam coś okropnego, bo najpierw ucieszyłam się, że nie mam raka, a dwie sekundy później usłyszałam, że muszę się leczyć tak, jakbym na niego zachorowała. Pamiętam, że jak automat ruszyłam wtedy na spacer z moimi psami. Szłam, trzęsłam się i huczało mi w głowie.

Potem szybko przeskoczyłam do fazy targowania się. Zaczęłam wydzwaniać po różnych przychodniach, lekarzach, znajomych, nieznajomych, wypisywać chaotyczne maile, wypytywać o drugą, trzecią i kolejną opinię w nadziei, że może jest jeszcze jakaś trzecia, mniej inwazyjna opcja. I tu muszę podkreślić, że miałam wielkie szczęście i przywilej, bo pracując jako dziennikarka, poznałam wielu ekspertów i ekspertki związanych z tym tematem. Miałam więc do kogo zadzwonić i z kim pogadać. Wszystkim osobom, które poświęciły mi czas i służyły wiedzą, z tego miejsca dziękuję.

Czego się dowiedziałaś?

Napisałam m.in. do prof. Violetty Skrzypulec-Plinty, z którą współpracowałam, pisząc z córką Alicją Nauman książkę pt. Kochaj i rozmawiaj. To niezwykle mądra, doświadczona ginekolożka i dziekana Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. Odpisała mi jednym zdaniem: „Paulino, jestem za operacją”. To zdanie do mnie potem wielokrotnie wracało, powtarzając się w kolejnych, trochę desperacko inicjowanych przeze mnie rozmowach. Mój lekarz na Krecie powiedział, że co prawda absolutnie nie będzie na mnie wywierać żadnego nacisku, „ale gdybyś była moją partnerką/córką/matką, to prosiłbym cię, żebyś rozważyła mastektomię z rekonstrukcją”.

W poście napisałaś, że strach odbiera rozum, dlatego dobrze swoje obawy skonsultować z psychiatrą. Ale jednocześnie podkreślasz, że tę decyzję kobieta powinna podjąć sama.

Owszem, ponieważ chodzi o coś bardzo osobistego – ciało i jego integralność. Każda pacjentka do mastektomii podejdzie inaczej, choćby ze względu na wiek. Z zupełnie innymi obawami zmierzy się młoda kobieta, która planuje być matką, chce karmić piersią i nagle zostaje pozbawiona możliwości przeżycia tego doświadczenia. Inaczej ta, która zaraz będzie mieć menopauzę albo jest już po. Kobiety stają też wobec straty sięgającej ich seksualności. Ja z tym akurat nie miałam aż takiego problemu.

Dlaczego?

Nie wiem, po prostu mnie to w ogóle ominęło, nie myślałam o tym. Chyba uważam, że jestem bardzo seksowna niezależnie od tego, jakie i czy w ogóle mam piersi. (śmiech)

Dzieci też nie planuję. Niemniej jednak rozumiem młode kobiety i w ogóle osoby, które akurat na tym polu przeżywają stratę i stres. To bardzo delikatna sprawa, dlatego warto w miarę możliwości zadbać o wsparcie psychologiczne.

Rozmowa z psychiatrą ci pomogła?

Zdecydowanie tak. Wysłał mnie do niego mój fantastyczny lekarz prowadzący, za co jestem mu ogromnie wdzięczna. Sporo narzędzi w radzeniu sobie ze stresem dała mi też praktykowana od lat joga. Przeżyłam jeden dzień takiej totalnej załamki i „lamentu nad moimi biednymi piersiami”, a potem nakazałam sobie powrót do rutyny, do codziennej praktyki. Siadałam o świcie na macie do jogi i powtarzałam sobie, że to jest moja tratwa i ja się na niej uratuję.

Na stół operacyjny wjechałam w bardzo dobrej formie fizycznej i z opanowanym stresem.

Warto podkreślić, że w Polsce pacjentki też odbywają konsultacje z psychoonkologiem. Przynajmniej tak to wygląda na papierze, bo w praktyce – jak dowiedziałam się z komentarzy pod moim wpisem – bywa różnie. Nie wszystkie kobiety wiedzą też, że taka opcja istnieje.

Do mnie w pewnym momencie dotarło, że tak naprawdę – mając już wszystkie dane i informacje o swoich możliwościach – siedzę na huśtawce i bujam się raz w jedną, raz w drugą stronę, spodziewając się, że ktoś mi doradzi, co mam zrobić. W efekcie jednego dnia biegłam do apteki gotowa kupić lek, a drugiego podnosiłam słuchawkę, by umówić się na zabieg. Ostatecznie zrozumiałam, że ta huśtawka i tak zawsze wróci do mnie. I tylko ode mnie zależy, czy chcę równowagi, samostanowienia i życia.

Nie wszyscy tak odebrali twoją mastektomię. Zdążyłyśmy ustalić, że głównym źródłem negatywnych opinii jest patriarchalna kultura, która nie wyobraża sobie kobiety bez piersi. Ale już postawy krytyków są bardzo różne.

Podzieliłabym swoich hejterów na kilka kategorii. Pierwszą są incele, czyli kolesie, którzy piszą: „Młynarska nie potrzebuje cycków, bo jest już stara i tak nikt jej nie chce posuwać”. Dla nich człowiek kobieta jest tylko rzeczą, obiektem seksualnym o określonej dacie przydatności, po przekroczeniu której biust jest po prostu zbędny i ona sama też już może się w zasadzie odmeldować. Nie jest mi żal tych ludzi, bo nie ma w nich żadnego szacunku i empatii, a jedynie pogarda i nienawiść do kobiecości. Żal mi ich partnerek i innych kobiet, które jakkolwiek muszą się z nimi zadawać.

Na szczęście pod takimi komentarzami dziewczyny bezbłędnie rozprawiają się z bajką o tym, że „ciało nie jest twoje, a jednocześnie jesteś tylko nim, dopóki spełniasz standardy piękna, młodości i rozumianej stereotypowo kobiecości”.

A druga grupa?

To rycerze i rycerki zakonu głupoty, od których dowiedziałam się np., że skoro usunęłam piersi w obawie przed chorobą, to może powinnam sobie także odciąć łeb z uwagi na ryzyko pojawienia się w nim glejaka.

Incele kontratakują

Podobnie na mastektomię Angeliny Jolie zareagował parę lat temu Tomasz Terlikowski, proponując jej amputację mózgu.

To oznaka ignorancji i bezmyślności, ale też niesamowitej buty. Traktowanie poważnej, ciężkiej operacji jako czyjejś fanaberii? Co trzeba mieć w głowie? I znów ten poziom podstawówki… Muszę rozczarować wyznawców i wyznawczynie tych argumentów. Nikt dla rozrywki nie amputuje sobie piersi i – uprzedzając kolejne snute w necie scenariusze – tak, biorę pod uwagę, że wczoraj zrobiłam mastektomię, a jutro może mnie potrącić auto na pasach.

Mam nadzieję, że Tomasz Terlikowski miał wystarczająco dużo czasu, by zwyczajnie dojrzeć i zrewidować swoją postawę. Komentatorom z podobnymi opiniami powiem jedno: jestem dumna, że dla ratowania życia dałam sobie usunąć gruczoły piersiowe. Co więcej, gdy tylko przejdę rekonwalescencję, kupię sobie jakiś piękny nowy biustonosz, sukienkę, rzucę grzywą i będę dumnie paradować z moimi implantami po ulicach, ryzykując jak każdy i każda z nas, że cegła spadnie mi na głowę. Takie jest życie.

Andrzejewski: Czy można amputować mózg? Tłumaczymy Terlikowskiemu

Mówiłaś, że ten typ reakcji przypomina ci spekulacje antyszczepionkowców.

Tu słychać takie same antynaukowe tezy jak podczas rozmowy o szczepionkach albo o płaskiej Ziemi. Skoro jednak prewencyjnie się szczepimy, to tak samo, mając przed sobą ogromne prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że zachorujemy na złośliwego raka i na niego umrzemy, wycinamy tkanki, które mogą być wyjściowym ogniskiem nowotworu. Proste.

Ale jest też inna, przerażająca i znajdująca się dość blisko tych absurdalnych reakcji teoria spiskowa.

Co masz na myśli?

W niektórych komentarzach wyczytałam, że jestem ofiarą zmowy lekarzy i Big Pharmy. Autorzy i autorki tych wypowiedzi przekonują mnie, że nigdy nie pójdą na żadne badanie, ale proponują inne metody. I tu padają rekomendacje: cała lista sprzecznych z nauką totalnych bredni, które kocha internet i których główną konkluzją jest to, że wszyscy lekarze są skorumpowani, rak nie istnieje, a leki zostały wymyślone po to, by nas najpierw finansowo wydoić, a potem zabić.

Jednak wśród negatywnych reakcji prym wiedzie postawa z kategorii „celebryci to świnie”.

Za co konkretnie ci się dostało?

Niektórzy sądzą, że ujawniłam swoją historię, a może nawet specjalnie zrobiłam operację tylko po to, by stać się „jeszcze bardziej sławna” i zwrócić na siebie uwagę, jak gdybym wreszcie, w 50. wiośnie życia przebiła się do mainstreamu ze swoją mastektomią à la Angelina Jolie.

To mentalność, która zakłada, że każda osoba obecna w przestrzeni publicznej całe swoje życie wystawia na sprzedaż i jedzie na autoreklamie. Jedna pani napisała mi, że to, co robię, jest „handlem żywym towarem”. Jej komentarz miał mnie chyba okrutnie zranić, jednak to się nie udało, bo biorę jeszcze tak silne leki przeciwbólowe, że naprawdę jest mi wszystko jedno. Z drugiej strony myślę sobie, że tak, ta kobieta ma rację. Faktycznie sporo zarobiłam na mastektomii.

Pochwal się, ile?

Tyle, ile jest warte poczucie sensu. Wierzę, że przejście przez ten bardzo bolesny i trudny moment w moim życiu nie jest bezcelowe, ponieważ ma szansę dorzucić cegiełkę do dyskusji o naszym prawie do swoich ciał, do zdrowia i do nowoczesnej opieki medycznej. To są bardzo ważne polityczne i feministyczne tematy. A ja jestem feministką i jestem wkręcona w politykę.

Z czego wynika łatwość, z jaką opinia publiczna często dostrzega żądzę sławy w niepopularnych głównie z męskiego z punktu widzenia kobiecych doświadczeniach?

Chodzi o konserwowanie wygody życia w zastanym, niezmiennym porządku, w którym nie mówi się głośno o inności. Rak jest kwintesencją inności! O tym się milczy.

Lepiej, gdy żadne z nas nie wyskakuje przed szereg i nie niepokoi nikogo swoją bolesną opowieścią, nie psuje atmosfery na imieninach u cioci Zmowy Milczenia i wujka Komfortu. Ta obłuda i zakłamanie prowadzą potem m.in. do tego, że mnóstwo kobiet nie tylko nie idzie się badać i leczyć, a jeśli już zdarzy się, że przejdą mastektomię, przeżywają ją jako stratę nie do odrobienia i ze wstydem wycofują się z życia. Porzucają siebie.

Aby się temu przeciwstawić, potrzebujemy kobiet amazonek, które publicznie i głośno opowiadają o swoich doświadczeniach mastektomii, pokazują swoje wspaniałe niedoskonałe ciała, te blizny i dziary, które z dumą noszą na płaskich klatkach piersiowych, albo mówią o tym, jak można dziś plastycznie i pięknie zrekonstruować biust. Mój jest zrekonstruowany przepięknie, chociaż jest w bliznach, bo przeszedł w życiu w sumie trzy duże zabiegi operacyjne. To symptomatyczne dla konserwatywnego porządku, że mężczyźni swoje blizny noszą z niebywałą dumą, a kobiety wstydliwie chowają je, bojąc się oceny i oskarżeń o szpetotę i niekobiecość. Ja się na to nie godzę.

Przypomniało mi się zdjęcie zwyciężczyni walki z rakiem, Moniki Dąbrowskiej, która podczas blokady Warszawy, zorganizowanej po wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie aborcji, wskoczyła bez koszulki na samochód, stając się symbolem jesiennych protestów. To chyba znak, że powoli odrabiamy lekcje z odzyskiwania podmiotowości?

Absolutnie tak. W dodatku zmiany postępują w błyskawicznym wręcz tempie, mimo że na co dzień towarzyszy nam poczucie, że jesteśmy w patriarchalnej dupie. Polki są bardzo surowe wobec siebie i zafiksowane na punkcie doskonałości, tego bycia najlepszymi uczennicami w klasie, więc i rewolucję chciałybyśmy przeprowadzić podręcznikowo i na szóstkę, a tu PiS dokręca śrubę.

A ja uważam, że już teraz powinnyśmy być z siebie bardzo dumne – wystarczy spojrzeć na to, jak szybko się edukujemy i organizujemy społecznie, za co – o ironio – podziękujemy kiedyś PiS-owi. Pisałam o tym zresztą już pięć lat temu w książce Rebel. Kaczyński z całym swoim towarzystwem dziadersów tak mnie wkurwił, że serio wzięłam się do roboty nad sobą i na rzecz innych kobiet. Dziękuję, panie Jarku! Ogromnym przełomem był Czarny Protest, ale też rok 2017 i akcja #MeToo.

Co jej zawdzięczamy?

Odzyskanie własnego głosu, wypowiedzenie niewypowiedzianego, a co za tym idzie, prawa do samostanowienia, do bycia widzianą. Włącznie z kawałkiem o ciele – takim, które jest ludzkie i jako takie może być problematyczne, chore, cierpiące, ale także… stare.

Mam 50 lat i widzę te próby zawstydzania, czy wręcz chłostania mnie wiekiem. Na każdym kroku zderzam się też z dobrymi radami, jak tu się odmłodzić albo jak poradzić sobie z klimakterium. A dajcie wy mi święty spokój! Już byłam młoda, a klimakterium jest naturalną fazą życia, zresztą w porównaniu z trudami durnej młodości nie aż tak dotkliwą. (śmiech) Jestem zadowolona z tego, jaka jestem, i czuję się szczęśliwa, choć aktualnie nieco sponiewierana bólem.

Już żadnej z nas nie zawstydzicie! Reportaż z polskich ulic

Sytuacja dość zabawnie się odwróciła, bo za młodu na forach internetowych życzono mi gwałtów naprawczych, a teraz przeciwnie. Słyszę: „i tak by nikt cię nie tknął”. Według niektórych dziadersów nadaję się już tylko na śmietnik – nie dość, że jestem podstarzałą feministką, to jeszcze mam implanty zamiast cycków! Ale uwaga, bo to ciekawe. Całe porno jest wypchane po kokardę silikonem i to jest OK. W myśl zasady „ona tańczy dla mnie”. Masz, kobieto, prawo „zrobić se cycki”, kiedy chodzi o poprawę wyglądu! Ale jak już ratujesz w ten sposób własne życie, to cię nazwą niedoruchaną starą raszplą albo kretynką, która powinna sobie amputować mózg.

Pobite gary, jak to się niegdyś mawiało u mnie na podwórku. Nienawidzący kobiet, lubieżny dziadzie! Będziesz niestety musiał żyć ze świadomością, że Młynarska i każda inna Kowalska z czymś wyciętym, sztucznym, zranionym, podpiętym albo brzydkim chodzi sobie po świecie szczęśliwa i nie spocznie aż do śmierci!

Czy jest coś, co chciałabyś na koniec powiedzieć naszym czytelniczkom dziś, ale nie tylko z okazji Dnia Kobiet?

Tak. Musimy skończyć przehandlowywanie życia kobiet za męskie interesy. Naszym obowiązkiem wobec samych siebie jest żądanie od wciąż zdominowanej przez męski punkt widzenia władzy rozwiązań, które są dla nas korzystne. I musimy srodze pocisnąć, żeby dostać to, co nam się należy. Nie wolno odpuszczać. Trzeba czytać, edukować się i głośno domagać zmian, pisząc, krzycząc, protestując. Nie chodzi tu wyłącznie o profilaktykę nowotworową, ale o cały ogromny obszar związany ze zdrowiem i komfortem kobiet. Prywatne jest polityczne. Głośne mówienie o naszych dramatach i potrzebach wymusza zmiany.

Jakie na przykład?

Fakt, że Weinstein siedzi w kiciu, paru innych gości przestało niszczyć kobiety, a argentyński rząd zmienił prawo aborcyjne, wynika właśnie tego, że ludzie zaczęli się dzielić trudnymi doświadczeniami. Potrzebujemy tego, bo tak działa nasz mózg – konstruujemy się poprzez opowieści. Dlatego ja zdecydowałam się upublicznić swoją – nieidealną, bo nie spełnia ona wszystkich możliwych warunków narracyjnych, by zadowolić każdego. To przecież opowieść uprzywilejowanej, pochodzącej z zamożnej i znanej rodziny, białej Europejki, która ma dostęp do medycyny, wiedzy i ogromnego kapitału społeczno-kulturowego. Jakakolwiek by jednak ona nie była, ważne, by świat po raz kolejny usłyszał, że każda kobieta ma prawo do całego życia. A ja bardzo kocham życie.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Paulina Januszewska
Paulina Januszewska
Dziennikarka KP
Dziennikarka KP, absolwentka rusycystyki i dokumentalistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze o kulturze, prawach kobiet i ekologii.
Zamknij