Kraj

Wawel, Powązki, śmierciarka: na jaką pamięć zasłużył Jerzy Urban?

Warto myśleć o tej śmierci w kategoriach szansy na otwarcie nowego rozdziału w polskiej kulturze pamięci. Chodzi o to, żeby trenować pamięć jak dialektyczną sztukę walki. Nie tylko w odniesieniu do właśnie zmarłego antybohatera, lecz zasadniczo na przekór dominującej „polityce historycznej”.

„Jeszcze beatyfikujcie tego skurwysyna, komunistyczną kanalię, która gardziła polskim społeczeństwem i gnoiła wartościowych ludzi”. „A na pewno jak każdy z nas stoi teraz nagi przed majestatem Boga i żałuje, że z Niego szydził”. „Pizda z uszami!”

Tak żegna Urbana prawilny Internet. Niewykluczone, że antybohater tych barokowych „kondolencji” parsknąłby ukontentowanym śmiechem – sam bowiem twierdził, że miał do siebie „nieprzesadnie sakralny stosunek”. Poza tym kochał prowokować: świętoszków, mitomanów, moralizatorów, stróżów wartości.

Beatyfikacja Wyszyńskiego. „Prymas Tysiąclecia nie został poinformowany o Zagładzie”

Często była to sztuka dla sztuki, narcystyczna gra w pompowanie własnego Ja. Nierzadko próżna, czasem etycznie wątpliwa, niekiedy naganna – jak wówczas, gdy jego funkcją i namiętnością było firmowanie esbeckich narracji (m.in. na temat zabójstwa Przemyka i Popiełuszki). Ostatecznie jednak ten trickster okazał się jednym z przewrotnych, a zarazem pożytecznych agentów demokratycznej racjonalności. Warto o tym pamiętać – i właśnie za to go cenić.

Wybitny demagog i cynik

Traf chciał, że news „Urban umarł!” dotarł do mnie akurat wtedy, gdy w jednym z hanowerskich muzeów kontemplowałem satyryczną rycinę pod tytułem Książę i demagog. Drugi z tytułowych bohaterów przysiadł obok tronu jako aktor prowokacyjnie dwuznaczny. Ma białe pończochy, czerwoną spódnicę i czarny gorset. Ale z ciasnego gorsetu bezwstydnie wyskakują niesforne piersi. Kobiece, a jednocześnie gęsto owłosione. Dochodzą do tego spiczaste wąsy i mefistofeliczna bródka. Lewa dłoń – szponiasta – bawi się od niechcenia łańcuchem na szyi. Prawa podsuwa księciu gazetę. Jaką więc rolę historia wyznaczyła demagogowi? Jest tylko kokotą i sługusem, który robi władcy lizusowską prasówkę – czy raczej kimś, kto dla własnych celów próbuje manipulować „polityką informacyjną”?

Takimi pytaniami można ostemplować dossier Urbana. Ktoś, kto ryzykuje pozytywną odpowiedź na pytanie drugie, musi jednocześnie zapytać o stawkę informacyjnych gier, jakie prowadził nasz antybohater. Kolejna odpowiedź także może zaskoczyć. Jego gra szła o demitologizację w służbie demokracji.

Na początku kariery, jako dziennikarz tygodnika „Po prostu”, rozjuszył samego Gomułkę. W artykule Dziady narodowe (1957) zarzucił I sekretarzowi, że urządza „jasełka”, czyli patriotyczne celebry, żeby pod ich płaszczykiem niszczyć poodwilżowe zalążki demokratyzacji. Urban wspominał później, że artykuł został napisany „z szyderczą pogardą, cechującą mnie, jeśli chodzi o narodowe skłonności i obchody”.

Rezultatem był wieloletni zakaz pracy i konieczność publikowania pod pseudonimami. Być może właśnie to doświadczenie zmieniło go w kameleona, skłonnego nie tylko zmieniać barwy, ale i performować szokujące wolty. Najbardziej spektakularną odjaniepawlił w 1981 roku. Przestał być wówczas dziennikarzem niepokornym, balansującym na granicy opozycyjności – i został rzecznikiem rządu.

Mieczysław F. Rakowski tak ujął paradoksalne sedno tej nominacji w swoich Dziennikach politycznych 1981–1983: „Rola rzecznika jest odwrotnością osobowości Urbana, którego istotą jest silny indywidualizm, samodzielność subiektywnych, często prowokacyjnych ocen. Świadomie zresztą odgrywa w naszej prasie rolę prowokatora, nieuznającego żadnych świętości”.

Rakowski, albo dlaczego w PRL nie było Skandynawii na miarę naszych możliwości

To, co dzisiaj brzmi neutralnie, czterdzieści lat temu jawiło się całej opozycji solidarnościowej jako postawa szatańska. Problem polegał na tym, że prowokator, owszem, dokuczał świętościom, ale wyłącznie opozycyjnym. Tych reżimowych nie kwestionował, w każdym razie nie publicznie. Spektakl zatem był jednostronny. Rzecznik Jaruzelskiego grał do jednej bramki, wyłącznie przeciw „Solidarności”.

Nic w tym zresztą dziwnego, bo gdyby działał inaczej, nie mógłby być rzecznikiem junty wojskowej. Co natomiast może zadziwiać, to fakt, że parawojskowa struktura, w jakiej operował, nie zdołała poskromić jego wybujałego indywidualizmu. Powodujące nim motywacje okazywały się narcystyczne, a on odsłaniał je bezwstydnie. I ze złośliwą przekorą wycelowaną w polską świętoszkowatość. „Byłem demoralizującym przykładem kogoś, kto nie z racji jakiejś tradycji, interesu, przynależności, tylko własnego swobodnego wyboru popiera stronę zła” – wspominał później z satysfakcją.

Czerpał też ewidentną przyjemność z udowadniania słabości stronie przekonanej o własnej „dobroci”. Po zamordowaniu Popiełuszki przez SB w 1984 roku wyzwał na medialny pojedynek redakcję Wolnej Europy, która jego zdaniem szerzyła kłamstwa o władzy systemowo mordującej księży. Formuła pojedynku miała być westernowa. On sam, jeden cyngiel, przeciwko nim wszystkim. Po długich negocjacjach Wolna Europa jednak się wycofała, a Urban na kolejnych konferencjach prasowych grillował ją za tchórzostwo.

Konferencje, znienawidzone przez opozycję, często przekształcały się w kabaret jednego aktora, zapatrzonego w siebie i oderwanego od społeczno-politycznych realiów. Ale nawet w takiej formule naczelny propagandysta czasem imponował pomysłowością. Przykład? Pamiętny performens, podczas którego „skurwysyn” oznajmił, że polski rząd wyśle śpiwory dla bezdomnych w Nowym Jorku. Strzał w miękkie podbrzusze reaganowskiego kapitalizmu był wprawdzie błyskotliwy, lecz politycznie skuteczny tylko w teorii. W praktyce bowiem mało kogo w Polsce bulwersowały ciemne aspekty „amerykańskiego snu”. Przeciwnie, Polacy udręczeni nędzą „realnego socjalizmu” – kupiliby w ciemno każdą Amerykę. Jej mroki też.

Żywot kontrarianina niepoczciwego

À propos mroków. Oblicze Urbana gwałtownie mroczniało, gdy jego narcyzm romansował z tajnymi służbami. Wówczas „prowokator” stawał się tubą esbecji. Rządził nim wtedy skrajny cynizm. Nie wierzył w bajkę Kiszczaka o tym, że za śmierć Przemyka odpowiadają pielęgniarze z pogotowia ratunkowego – propagował ją jednak bez mrugnięcia okiem.

Dlaczego? W grę weszły motywy demoniczne. Oprócz zimnego pragmatyzmu, który podpowiadał, że SB to „mądra część władzy, z którą należy współpracować, bo jest efektywna” – również namiętność fightera. Urban uczestniczył w makiawelicznych grach programowanych przez milicję, bo chciał za wszelką cenę pokonać politycznego wroga. Przy czym robił to także dla sportu, dla czystej przyjemności. „Postanowiłem, że ja będę złym policjantem” – kimś „od przywalania, bo lubię przywalać”.

Istnieje też inny sens Urbanowskiego cynizmu. W rozumieniu potocznym cynik jest dwulicowcem, który nie wierzy w to, co deklaruje publicznie. Kłamie zaś dla własnych korzyści, bo pożąda pieniędzy, kariery lub władzy. Ale cynika definiowano również inaczej. Tradycja filozoficzna ukazuje go jako aktora – mędrca albo polityka – który z premedytacją szokuje opinię publiczną. Wykonuje obsceniczne gesty, żeby uderzyć w społeczne zakłamanie, w złudzenia, jakie wspólnota (wyznaniowa, polityczna) żywi na własny temat. Diogenes na przykład defekował w teatrze. W jakim celu? Jedna z możliwych odpowiedzi brzmi: po to, żeby skonfrontować Greków z odchodami produkowanymi przez ich wspólnotowe świętości.

Urbanowi można przypisać ten rodzaj cynizmu. Z jego punktu widzenia „Solidarność” okazała się wspólnotą „gównianą”: irracjonalną, nacjonalistyczną i klerykalną. Narcystyczną i zakłamaną. Postanowiliście kłamać, że PRL masowo morduje duchownych? Więc jako rzecznik rządu odpowiadam brutalnie. Przestańcie łgać, że „zamordowaliśmy kolejnego księdza”, bo „prawda jest taka, że zapił się na śmierć”. Jeśli prawda wam nie wystarczy, to wzmocnimy ją naszymi kłamstwami.

Co jeszcze? Myślicie, że wasza „Solidarność” i prawo do strajku są najważniejsze na świecie? Ja uważam, że tu i teraz ważniejsza jest spójność państwa, które przez was się rozpada. Trzeba jej bronić rządowymi czołgami, dlatego wprowadzamy stan wojenny. Ofiary? „Owszem, były ofiary, ale jak na taką skalę operacji niewielkie. W tamtych czasach zwyczajne manewry wojskowe […] pociągały za sobą więcej ofiar”.

Takiej szczerości opozycyjne „anielstwo” nie mogło wybaczyć zdemonizowanej władzy. I właśnie za tę szczerość polski świętoszek do dzisiaj hejtuje Urbana. „Niech mu ziemia nielekką będzie” – to jedno z łaskawszych życzeń pogrzebowych, jakimi żegnają go rodacy „wartościowi”.

Antyfilozof „słabej władzy” i sufler demokratyzacji

Jak twierdzi Alain Badiou, antyfilozofem jest performer, który komunikuje swoje idee (np. polityczne) w specyficzny sposób. Jego styl, ton głosu, mimika, gestykulacja i wygląd tworzą całość z treściami wypowiedzi. Natura tej całości musi być ekscentryczna i bezkompromisowa, skonfliktowana z powszechnie obwiązującymi konwencjami etycznymi, estetycznymi czy politycznymi.

W tym świetle Urban nabiera cech antyfilozofa. Jego błyskotliwy umysł wypluwa bulwersujące „prawdy” – a „prawdom” sekunduje charakterystyczny tembr głosu, niepodrabialna intonacja, niepowtarzalna aparycja. Wszystko to jest dziełem świadomej autokreacji. „Ja zacząłem się zachowywać niekonwencjonalnie, drażnić publiczność sposobem zachowania, innym językiem, bezpośrednią walką polemiczną, nieowijaniem niczego w dyplomatyczne frazy, podejmowaniem tematów, od których inni uciekali. W ten sposób zdobywałem sławę, ale i nienawiść”.

Mimo całej oryginalności można Urbanowi przypisać klasyczną afiliację. Nasz antybohater kojarzy się z mitologicznym Satyrem. Podobnie jak tamten, on również jest gruby, łysy i kłapouchy. Także lubuje się w ekscesach (np. retorycznych); uwielbia bawić, tumanić i przestraszać. O ile jednak Satyr grecki przypominał kozła, o tyle polski okazuje się jastrzębiem.

Wynika to nie tylko z indywidualnego temperamentu, lecz także z presji otoczenia. Jako bezpartyjny outsider, dotąd funkcjonujący na cenzurowanym, który nagle został rzecznikiem rządu i trafił na pierwszą linię frontu – musiał wykazać się bojowością. „Publicznie musiałem więc być jastrzębiem, żeby mnie cały system polityczny uznał za swojego, a nie za kolejnego Hieronima Kubiaka, bo tego typu uniwersyteckie mięczaki były znienawidzone”.

Jastrząb jest jednak dwuznaczny i wymyka się jednowymiarowej dyscyplinie. Na konferencjach prasowych powinien i chciał być agresywny, ponieważ dzięki tym konferencjom zdobywał prawo, żeby „realnie uprawiać politykę”. Poza kamerą natomiast, za kulisami, działał inaczej. Uruchamiał drugie skrzydło: liberalne. „Taki balans, bo w gabinetach byłem gołębiem”.

Aby zrozumieć istotę tej dialektyki, cofnijmy się do sierpnia 1980 roku.

Jak Gorbaczow przypieczętował rozpad ZSRR amerykańskim piórem

Urban, długoletni przyjaciel i doradca Rakowskiego, jest uważnym obserwatorem sytuacji społeczno-politycznej, autorem wnikliwych analiz do użytku wewnętrznego. Obaj z Rakowskim od dawna należą do krytyków ekipy Gierka i wieszczą jej nieuchronny upadek. Wybuch strajków witają zatem nie tylko ze zrozumieniem, ale i z nadziejami. Z ich punktu widzenia kryzys polityczny to zagrożenie (bo władza może znów wybrać rozwiązanie siłowe) – ale i szansa. Na demokratyzację partii oraz całego życia społecznego. Obaj chcą demokratyzacji, bo uważają się za liberałów.

„Myśmy zatem byli liberałami walczącymi z konserwą partyjną, radzieckimi agentami, betonem, ze zwolennikami trzymania za mordę siłą”. W ten sposób wiele lat później Urban podsumuje całość swojej agendy politycznej. Nie tylko pozycję zajętą w Sierpniu, lecz także podczas karnawału „Solidarności”, w okresie stanu wojennego, następnie po jego zniesieniu – i wreszcie przy Okrągłym Stole.

Ten ostatni jawił się mu jako zwieńczenie wieloletniej pracy reformatorskiej (oddolnej i zakulisowej), której celem miała być ciągła liberalizacja systemu. Opozycja odgrywała w takim układzie rolę komponentu niekoniecznie witanego chlebem i solą, ale akceptowanego w duchu liberalnego racjonalizmu. „Opozycja była dzwonkiem alarmowym i pobudzała wyobraźnię, że nie tak powinno być, a myśmy prowadzili pracę od podstaw, forsując pewne tendencje w aparacie władzy i wychowując nowe pokolenia szeroko pojętego aparatu władzy, czyli inteligencję”.

Rekonstruując rdzeń filozofii politycznej Urbana, zwróciłbym uwagę na element zasadniczy: liberalna inteligencja reżimowa kształtuje to, co ostatecznie – w wyniku serii reformatorskich operacji – zostaje określone mianem starej i słabej władzy.

Idea ta pojawia się właśnie w sierpniu 1980 roku. Gdy wybuchają pierwsze strajki, Urban im kibicuje, ponieważ osłabiają Gierkowską władzę. Jej słabnięcie z kolei oznacza demokratyzację systemu. Dlatego Urban jest przeciwnikiem tzw. odnowy. W liście do Rakowskiego, włączonym do Dzienników politycznych 1979–1981, dosadnie wyjaśnia swój punkt widzenia. „Odnowiona władza mogłaby uzyskać nowy kredyt zaufania i zacząć od nowa robić naród w konia”. Lepsza więc będzie władza „stara i słaba”, zmuszona liczyć się z coraz silniejszym społeczeństwem obywatelskim. Taki układ sił, osłabiający nie tylko konkretną ekipę rządzącą, ale cały system rządów – jest zdaniem Urbana „politycznie korzystny, acz gospodarczo fatalny”. Bo osłabiona egzekutywa nie będzie zdolna do wdrożenia koniecznych reform liberalizujących gospodarkę. W dłuższej perspektywie jednak sprzężenie zwrotne kryzysu politycznego i ekonomicznego okaże się zbawienne. Warto zatem „zapłacić na długi czas gospodarką za przemiany polityczne, skoro tylko one, wtórnie, mogą zmienić coś naprawdę i w gospodarce”.

Z tego scenariusza, napisanego jakby przez sabotażystę, dałoby się wyczytać przyszłe losy ekipy Jaruzelskiego. Dziewięć lat później stanie się ona tak „stara i słaba” (nie tylko w wyniku presji ze strony czynników zewnętrznych, lecz także pod wpływem wewnętrznego dążenia do samolikwidacji) – że uruchomi transformację ustrojową. A zaraz potem dobrowolnie odda władzę.

Przestańcie mi, tchórze, rodzinę dezubekizować

W kolejnym liście przysłanym Rakowskiemu w czasach Sierpnia Urban występuje jako rejestrator nastrojów w służbach bezpieczeństwa. I uspokaja adresata. Znajomy z resortu siłowego cieszy się, że „nie włączyli ich w tłumienie strajków”. „W resorcie nie ma antypatii do «burzycieli ładu» ani sympatii do władz, ponieważ nie ma takiego poczucia zagrożenia, jakie istniało w 1956 roku. Ci, których świerzbi ręka do rozprawy ze społeczeństwem, to mała grupka weteranów”.

W tym kontekście narzuca się pytanie: jak to możliwe, że taki liberał jak Urban już kilka lat później zaangażuje się w operację Kiszczaka, kompromitującą Wałęsę? SB nagrała wówczas rozmowę Wałęsy z bratem w ośrodku internowania w Arłamowie. I przemontowała ją tak, żeby przewodniczący „Solidarności” wyszedł na pijaka i megalomana, pazernego na pieniądze. Rola Urbana polegała na organizacji przecieku do mediów. Dlaczego ją przyjął?

Odpowiedź jest prosta, choć niekoniecznie musi się nam podobać. Z jego perspektywy odpowiednia „redakcja” nagranej rozmowy mieściła się w logice normalnej walki politycznej. „Gdybyśmy nie wojowali z opozycją, tobyśmy poszli do Wałęsy i zapytali go, jakie są jego cele. No, szczytne: demokracja, wolność, żeby wszystkim było jak najlepiej. No i wtedy puścilibyśmy prowałęsowski materiał”.

Co jeszcze ciekawsze, Kiszczak jawił się Urbanowi jako sprzymierzeniec liberał. Najpierw powstrzymywał krwiożerczy beton w aparacie partyjnym, potem zaprogramował transformację ustrojową. Urban z kolei w 1986 roku wszedł w alians z generałem Pożogą, szefem wywiadu i kontrwywiadu. Razem stworzyli zespół doradczy, który suflował Jaruzelskiemu kolejne pomysły na coraz odważniejszą liberalizację. Najpierw pojawiła się propozycja amnestii dla opozycjonistów, następnie idea wolnych wyborów prezydenckich. Ostatnim pomysłem Urbana, rzuconym już podczas obrad Okrągłego Stołu, były w pełni wolne wybory do sejmu.

Michnik wybiórczo polityczny

Jaruzelski wybrał jednak ostrożność. Ale wypadki i tak przyspieszyły. W rezultacie „realny socjalizm” zdemontował się sam, a do wolnych wyborów doszło parę lat później, w 1990 i 1991 roku. Scenariusz Urbana – programowa samolikwidacja reżimu – został więc zrealizowany. Antyfilozof „słabej władzy” był jednym z programistów, dzięki którym mamy (na dobre i na złe) demokratyczną republikę.

Jeszcze przed transformacją Urban wliczał w koszty to, że sam po zmianie władzy ulegnie likwidacji. I tak się stało. W nowym ustroju nie wrócił do czynnej polityki. Zapytany po dwudziestu pięciu latach, czy nie ma poczucia, że historia przyznała rację jego przeciwnikom z „Solidarności”, odpowiedział hardo. „Nie. Bo ja też tworzyłem tę historię”.

Morał dla potomności wolnej od moralizatorstwa i sentymentów

Śmierć Urbana może prowokować do płaskich podsumowań. Odsądzających od czci i wiary lub infantylnie polubownych. Prawactwo piekli się w ramach formuły pierwszej, poczciwi liberałowie wybierają drugą. Jan Hartman na przykład pożegnał „Jurka” jako „zasłużonego dziennikarza” i „przemiłego człowieka”, który swoim antyklerykalizmem naprawił „szkody” wyrządzone w czasie stanu wojennego. „Nekrolog” uświetniło zdjęcie godne Misia Uszatka.

Moim zdaniem Urbanowi należy się inny rodzaj pamięci. Namysł nad jego biografią powinien być odpowiednio cyniczny, czasem błazeński, a jednocześnie krytycznie pogłębiony. I sprawiedliwy. A sprawiedliwość może operować w różnych dekoracjach: na Wawelu i Powązkach, na śmietniku dla komuchów, na wysypisku tabloidowych memów.

Co więcej, warto myśleć o tej śmierci w kategoriach szansy na otwarcie nowego rozdziału w polskiej kulturze pamięci. Chodzi o to, żeby trenować pamięć jak dialektyczną sztukę walki. Nie tylko w odniesieniu do właśnie zmarłego antybohatera, lecz z reguły na przekór dominującej „polityce historycznej”. W Polsce dzieli ona „poległych” wyłącznie na dwa sorty: wybielane kropidłem świątki albo kanalie. Dopiero gdy pokonamy ten jaskiniowy dualizm i wybierzemy wieloznaczność – zmądrzejemy jako wolne społeczeństwo.

__
Dobry, bo przeczytany do końca, tekst jest bezcenny. Ale nie powstaje za darmo. Niezależność Krytyki Politycznej jest możliwa tylko dzięki stałej hojności osób takich jak Ty. Wesprzyj nas.

Tomasz Kozak
Tomasz Kozak
Marksista
Adiunkt w Instytucie Sztuk Pięknych UMCS. Łączy sztuki wizualne z filozofią, literaturoznawstwem i naukami politycznymi. Autor książek: Wytępić te wszystkie bestie? (2010), Akteon. Pornografia późnej polskości (2012), Poroseidy. Fenomenologia kultury trawersującej (2017). Aktualnie pracuje nad książką inspirowaną zaproponowanym przez Marka Fishera pojęciem libertariańskiego komunizmu.
Zamknij

20kp-logo-white-500px