Kraj

Morozov: Apka na biedę? Mamy to!

Dzięki elektronicznemu nadzorowi możemy sprawniej projektować, optymalizować i więcej wiedzieć. Tylko czy tak ma wyglądać współczesna polityka?

Spece z Doliny Krzemowej miewają czasem rację. Owszem, produkcja, akumulacja i analiza śladów danych, które pozostawia za sobą elektronika codziennego użytku, przynosi realne korzyści. Można więc w tym przypadku mówić, na wzór „dywidendy pokoju”, Peace Dividend (popularne w początkach lat 90. hasło, które sugerowało, że zmniejszanie nakładów na zbrojenia przyczyni się do wzrostu gospodarczego), o Surveillance Dividend, dywidendzie nadzoru. To pomysł, który mówi, że „internet rzeczy” i analiza danych na masową skalę, big data, razem z nieuchronnym zrewolucjonizowaniem całego wszechświata przez garstkę kalifornijskich firemek, przyniosą nadwyżki gospodarcze, polityczną emancypację i powszechny dobrobyt.

Dzięki większej zdolności śledzenia wszystkiego, co się da, możemy sprawniej projektować, optymalizować, lepiej rządzić i więcej wiedzieć. Dywidenda nadzoru zwiększa efektywność. Wydłuża życie. Przynosi prawdziwe pożytki. Słuszne pytanie, które trzeba tu postawić, brzmi więc nie „czy dywidenda nadzoru pomaga rządzić lepiej”, ale: „lepiej od czego?”.

Więcej danych, więcej recept

Analiza tego, jak zwolennicy dywidendy nadzoru zachwalają jej zalety w różnych dziedzinach, daje odpowiedź na to pytanie. W swojej nowej książce Social Physics Alex Pentland, profesor z laboratorium mediów Massachusetts Institute of Technonolgy, doradca Światowego Forum Ekonomicznego w Davos, i w ogóle VIP (jego strona internetowa podaje, że jada obiady „z brytyjską rodziną królewską i prezydentem Indii”), opisuje eksperyment pod nazwą FunFit, który przeprowadził w Bostonie.

Celem eksperymentu było zachęcenie lokalnej społeczności do większej aktywności fizycznej. Kiedyś takie badania zakładałyby kampanię społeczną na rzecz zdrowego stylu życia albo finansową gratyfikację dla uczestników, którzy pozostaliby fit. Jednak Pentland postawił na inny pomysł: każdy z uczestników i uczestniczek dostał kogoś z okolicy do pary. Mógł być to daleki znajomy lub przeciwnie, ktoś z bliskich. Każdej osobie z pary przekazano niewielkie wynagrodzenie za skłonienie tej drugiej, by zaczęła się więcej ruszać, co mierzyły akcelerometry w smartfonach. Więc jeśli zaczynasz więcej się ruszać, to nie ty, lecz twój kolega lub koleżanka z pary dostaje gotówkę!

Wyniki były zaskakująco dobre: plan był blisko czterokrotnie skuteczniejszy niż tradycyjne modele, oparte na bezpośrednich płatnościach dla uczestniczek i uczestników takich prób. Co więcej, jeśli członkowie danej pary kontaktowali się ze sobą często, plan bywał nawet osiem razy bardziej skuteczny.

Pentland ogłosił narodziny nowej dyscypliny, „fizyki społecznej”. Dzięki niej mielibyśmy w końcu – poprzez obserwację zachowań i relacji jednostek oraz stworzenie systemu zindywidualizowanych zachęt i bodźców – odpowiedzieć na od dawna zaniedbywane problemy społeczne.

To działa!

Pentland podaje kolejny przykład: podczas amerykańskich wyborów do Kongresu w 2010 roku badacze przeprowadzili badanie na 61 milionach użytkowniczek i użytkowników Facebooka. Podzielono ich na dwie grupy, obie dostały komunikat zachęcający do głosowania, ale dla pierwszej była to ogólna agitka, podczas gdy drugiej pokazano spersonalizowaną wiadomość, zawierającą także zdjęcia tych spośród ich znajomych, którzy już zdążyli zagłosować. Prawa fizyki społecznej zadziałały i druga grupa głosowała częściej. W przypadku bliskich przyjaciół – w odróżnieniu od znajomości jedynie on-line – różnica robiła wrażenie: czterokrotnie więcej osób wzięło udział w głosowaniu po otrzymaniu spersonalizowanej wiadomości.

Systemy oparte na fizyce społecznej działają, ponieważ znają nas: nie tylko nasze ruchy i nawyki komunikacyjne, ale także nasze przyjaźnie i naturę naszych związków. Fizyka społeczna niesie ze sobą oszałamiające perspektywy. Wystarczy odpowiednio głęboko przekopać zasoby danych, by znaleźć sąsiadów zdolnych pomóc nam w zmniejszeniu zużycia energii; przyjaciół, którzy odradzą nam śmieciowe jedzenie; kolegów z biura, którzy będą nas motywować do bardziej wydajnej pracy. Chodzi przecież o znalezienie odpowiednich osób w odpowiednim czasie i zmuszenie ich do wysyłania odpowiednich komunikatów.

Dzięki „ziarnistości” [granularity] i „mierzalności” [trackability] relacji społecznych mediowanych cyfrowo możliwe staje się stworzenie z nich kolejnego narzędzia „urządzania” [gouvernementalité], jak nazwał to Michel Foucault. Zamiast odwoływać się do dobra wspólnoty albo osobistego interesu konsumenta na rynku, możliwe staje się regulowanie zachowania jednostki za pomocą samej przyjaźni używanej jako narzędzia rządzenia. Chodzi o to, by w przykrojony do pożądanego efektu sposób, wystawić wybraną jednostkę na działanie tego, co firmy technologiczne nazywają „wykresem społecznym”. Pentland proponuje pewne instytucjonalne rozwiązania, które mogłyby rozwiać obawy o związane z tym naruszenia prywatności, ale to nie powinno nas w tej chwili zajmować. Ważne jest to, że dywidenda nadzoru naprawdę istnieje – ciągła obserwacja jednostek rozwiązuje problemy.

Żywe laboratoria

Profrekwencyjny eksperyment Facebooka był badaniem na losowej próbie z grupą kontrolną. To metoda spopularyzowana w eksperymentach medycznych, które w analogiczny sposób dzielą pacjentów na dwie losowe grupy. Jedna grupa poddawana jest interwencji – tu na przykład pokazuje się jej zdjęcia przyjaciół, którzy głosowali w wyborach – podczas gdy druga nie.

Ta metoda zdobywa coraz większe uznanie również w naukach społecznych, a usługi w rodzaju Facebooka – z milionami użytkowników i łatwością określania, jakie treści do nich docierają – tworzą idealne warunki do przeprowadzania eksperymentów na niczego niepodejrzewających zwierzątkach laboratoryjnych (czyli na nas).

Wzburzenie wokół ostatniego eksperymentu, gdy Facebook pokazywał wesołym użytkownikom wesołe posty, a smutnym smutne, wydaje się raczej objawem naiwności. Jak ujął to, na parę miesięcy przed całym skandalem, jeden z analityków Facebooka „przeprowadzamy tu tysiące eksperymentów dziennie. Wiele z nich projektujemy tak, by osiągnąć założony cel, inne pomagają nam podejmować dalekosiężne decyzje”. W przekładzie na nasze: lepiej bójcie się o tysiące eksperymentów, o których wam nie mówimy!

Skoro istnieje tak duże zapotrzebowanie na podparte dowodami i nakierowane na rezultaty rozwiązania, Facebook daje idealną infrastrukturę do przetestowania, które z nich mogą działać, a które nie. To po raz kolejny dywidenda nadzoru: im lepiej śledzi nas Facebook, tym skuteczniejsze są rozwiązania zdolne zmieniać świat – i to nie za dwa lata, ale w czasie rzeczywistym. Pentland wzywa nawet do „odnowy nauk społecznych poprzez konstruowanie żywych laboratoriów, weryfikujących i sprawdzających pomysły na budowę społeczeństwa opartego na danych”. James Fowler, współautor facebookowego eksperymentu na wyborcach, idzie dalej i mówi: „Powinniśmy zrobić wszystko, co tylko możemy, by zmierzyć wpływ sieci społecznościowych i nauczyć się, jak je spotęgować, by wykreować epidemię pomyślności i dobrego samopoczucia”.

Od obserwacji do wyjaśnienia

Niedawny artykuł w „Foreign Affairs” odkrywa dalsze zalety dywidendy nadzoru. Jeśli biedni znajdują się pod „ciągłą presją wydawania na bieżące potrzeby”, to – zdaniem autorów tekstu, pracujących na co dzień dla fundacji Melindy i Billa Gatesów – trzeba docenić potencjał telefonów komórkowych, które mogą „popychać” ubogich do regularnego oszczędzania. Ubodzy w ogóle mierzą się z wieloma trudnymi decyzjami – w krajach rozwijających się dochodzi do tego kwestia szczepień, edukacji, ubezpieczenia plonów – i nie zawsze podejmują je w najbardziej sprzyjających warunkach.

Dlaczego więc nie zrobić z komórek czegoś w rodzaju Siri czy Google Now – to nazwy popularnych wirtualnych asystentów – dla biedaków? Telefony mogłyby przecież nieustannie monitorować użytkowniczki i użytkowników, śledzić zewnętrzne przeszkody i podpowiadać właściwe decyzje.

Raz jeszcze dywidenda nadzoru: dzięki śledzeniu ludzie, w innych wypadkach wykluczeni i podatni na złe decyzje, mogą stać się twardsi i bardziej przedsiębiorczy w odniesieniu do swoich problemów. Pewnego dnia, z lepszymi smarfonami, może nawet nauczymy ich programować!

Pomysły tego rodzaju wydają się atrakcyjne z dwóch powodów: po pierwsze, uporczywość problemów społecznych, od zmian klimatycznych po otyłość, doprowadziła do powszechnego przyzwolenia na drastyczniejsze środki. Dzięki temu otwarcie paternalistyczne podejście, które wcześniej byłoby pewnym tabu, jest dziś dopuszczalne. Akademicy wypluwają tytuły takie jak Przeciwko autonomii i W obronie paternalizmu epistemologicznego, które podkreślają potrzebę wpływu na decyzje jednostek, w imię wspólnoty lub ich własnego dobra.

Niesłabnąca atrakcyjność ekonomii behawioralnej, która zmierza do korekty tego, co uznaje za naiwne założenia o naturze człowieka wypracowane przez ekonomię neoklasyczną – to kolejny czynnik. Ekonomiści i ekonomistki behawioralne chcieliby zająć się tym, jak ludzie zachowują się w prawdziwym życiu, a nie według jakiegoś eleganckiego modelu teoretycznego. W tym celu – w szczególności ci z nich, którzy zajmują się globalnym ubóstwem – udają się w teren, gdzie uważnie obserwują biedotę, by przekonać się, czy ich intuicje były właściwe.

Apka na biedę

Za intuicjami nie zawsze idą jednak teoretyczne lub choćby banalne przyczynowo-skutkowe wyjaśnienia fenomenu. Powiedzmy, że badacze i badaczki widzą wiejską szkołę, gdzie uczy jeden nauczyciel, i radzi sobie ona lepiej niż szkoła z parą nauczycieli – odkrycie staje się „wprowadzalne” [actionable] właściwie bez żadnej stojącej za nim teorii. To podobne do podejścia „wszystko się da, liczą się efekty”, jakie prezentują firmy technologiczne. Facebook nie musi wiedzieć, dlaczego wesołe linki generują więcej kliknięć, by skorzystać z tej wiedzy.

Koniec teorii, przepowiadany przez Chrisa Andersona w piśmie „Wired” w 2008 roku, wydarzył się na tym polu nieco wcześniej: gdy tak wiele można zaobserwować, zbadać, zmierzyć i sprawdzić, poszerzone debaty teoretyczne i filozoficzne tylko zawadzają.

Jednym z podstawowych założeń, które łączy wielu ekonomistów behawioralnych, jest przekonanie, że nie zawsze postępujemy zgodnie z naszym najlepszym interesem, a stojące za tym powody da się określić, ująć w kategorie i zneutralizować. Eldar Shafir i Sendhil Mullainthan, autorzy książki Scarcity (Niedostatek) – obaj uznani ekonomiści, którzy byli pionierami zastosowania obserwacji ekonomii behawioralnej do badania biedy – sugerują, że biedni są tak przytłoczeni przez niepewność finansową, że ostatecznie podejmują decyzje szkodliwe dla nich samych. Bieda, twierdzą Shafir i Mullainthan, to kwestia niedostatku kognitywnego, który „nie jest cechą osobową […], ale wynika z zewnętrznych okoliczności […], którymi często da się zarządzać”. Ta perspektywa pozwala na, jak twierdzą, „radykalną rekonceptualizację biedy”.

Innymi słowy: biedni podejmują złe decyzje finansowe, bo zmartwienia pożerają ich „transfer kognitywny”, tak jak Skype czy Spotify pożerają nam prędkość transferu danych na komputerze. W tej optyce wystarczy wysłać biednym odpowiedniego SMS-a o odpowiedniej porze, żeby udało im się w końcu coś odłożyć. Aby walczyć z ubóstwem, musimy „zabezpieczyć środowisko przed niedostatkiem”, co zredukuje kiepskie i nieodpowiedzialne decyzje do minimum za pomocą jakiegoś rodzaju nieustannie włączonego monitoringu (autorzy Scarcity porównują to do alarmu przeciwpożarowego).

Magiczne rozwiązania

Bieda staje się kwestią programowania informacji, z którym można walczyć za pomocą dokładnie tych narzędzi, które przynosi ze sobą dywidenda nadzoru. Pomyślmy o aplikacji „strażnika rachunków”, która nie tylko wysyłałaby powiadomienie za każdym razem, gdy przekroczymy miesięczny limit wydatków, ale w porę sugerowałaby też odpowiednie kupony zniżkowe, znalezione specjalnie dla nas na podstawie nawyków konsumenckich. Albo „iTorba”, która zamykałaby się – pewnie z portfelem w środku – gdy zainstalowane w niej sensory i połączenie internetowe podpowiedzą, że może wydajesz za dużo. Nieustanny monitoring umożliwia takie innowacje.

Aplikacje tego rodzaju mogą pomóc niektórym wydźwignąć się z biedy. Mogą nawet nabić portfele ich twórczyniom i twórcom. Ale jaki jest koszt „informalizacji” biedy? I czy my – pisząc „my”, mam na myśli ten zapomniany twór, jakim jest wspólnota obywateli, nie drapieżnych spekulantów z działki venture capital i nie rewolucjonizujących wszystko, co tylko wpadnie im w ręce, przedsiębiorców –  naprawdę chcemy walczyć z biedą w ten sposób?

Podobne procesy – odzieranie realnych problemów społecznych z ich materialnego i politycznego wymiaru i sprowadzanie ich do zwyczajnego niedostatku czy opóźnienia w przepływie informacji – dają się zaobserwować w innych dziedzinach. Max Levchin, współzałożyciel platformy płatniczej PayPal, ma nadzieje na zastosowanie „uczących się” maszyn i analizy danych do rozwiązywania problemów zdrowotnych. „Zdrowie to duży problem informacyjny, czekający na analityków danych i sensory osobiste”, ogłosił przy premierze Glow, aplikacji swego autorstwa, która ma pomóc kobietom zajść w ciążę. Ma się to dziać dzięki monitorowaniu aktywności seksualnej – także pozycji – i cykli menstruacyjnych. Aplikacja podpowie: „Zaczyna się okres płodny!” Albo: „Juhuuu! Masz owulację!”.

Levchin może i ma szlachetne zamiary, ale to, czy zdrowie – lub cokolwiek innego – jest tylko „problemem informacyjnym”, nie powinno jawić się jako pomniejszy dylemat. Choć Dolina Krzemowa zachowuje się, w większości przypadków, jakby go już rozstrzygnęła. Dajmy im jakikolwiek problem i „informacyjne” rozwiązanie w magiczny sposób pojawi się kilka aplikacji później. W ten sposób każde zagadnienie prędzej czy później musi doprowadzić do powołania się na zalety dywidendy nadzoru.

Czy nie powinniśmy jednak zapytać, co dzieje się, gdy zdrowie, edukacja i bieda zostają przerobione na zagadki do rozwiązania za pomocą wystarczającej liczby informacji?

Problemy i nadzór

„Mądra” energetyka, która budzi coraz większą fascynację, jest kolejnym mocnym przykładem na to, jak działa „informalizacja”. Energia, sprowadzona do apek, inteligentnych termostatów i liczników, zostaje oddzielona od szerokiego kompleksu politycznych i gospodarczych sieci, które stoją za jej produkcją i dystrybucją, zamiast tego widzimy ją więc jako problem informacji, który rozwiążą niekończące się pętle zwrotne. Jak pisze australijska badaczka Yolande Stengers w nowej książce Smart Energy Technologies in Everyday Life (Mądre technologie energetyczne w życiu codziennym), konsumentów trzeba wyobrazić sobie jako „motywowanych danymi, głodnych informacji, obeznanych z technologiami”, a dostarczanie im danych jako „jedyny sposób na zrozumienie, jak działają”.

Wgapianie się w „inteligentny licznik” nie powie ci, że są inne niż „informacyjne” – bardziej polityczne – sposoby, by zająć się problemem energii. Tak samo, jak nie nauczymy się w ten sposób „czytać” energii i nie zdobędziemy kompetencji, by – jak chciałaby Stengers – „zrównać zarządzanie energią z zarządzaniem danymi”. Zresztą nabywanie kompetencji w tym zakresie to coś więcej niż kwestia osobistych upodobań. By znać się na zarządzaniu energią we własnym domu, należałoby wiedzieć coś o standardach oszczędności, projektowaniu budynków i ich chłodzeniu oraz o nawykach w zużywaniu energii.

Jeszcze bardziej niepokojące jest to, że te problemy – bieda, zmiany klimatyczne, otyłość – na które dywidenda nadzoru miałaby przynieść odpowiedzi, przestawia się coraz częściej jako wyzwania bezpieczeństwa narodowego. A za tym krokiem retorycznym idzie strach społeczeństwa, skorego zaakceptować nawet najbardziej drakońskie środki. Nie ma w tym przesady: powstaje coraz więcej badań, które mają na celu udowodnienie, że zmiany klimatyczne zwiększają prawdopodobieństwo wojen domowych, opracowań naukowych łączących poziom biedy z radykalizacją młodych i tak dalej. Kompleks militarno-przemysłowy doskonale wie, jak wyciągać macki w kierunku domeny, wydawałoby się, zupełnie od wojskowości oddzielonej.

Wolność informacji

Wiedzą to też zwolennicy dywidendy nadzoru. Oto jak Pentland łączy apki, zdrowie publiczne i kwestie bezpieczeństwa narodowego: „Apka zainstalowana w telefonie mogłaby po cichu sprawdzać zachowania odbiegające od normy i odgadnąć, czy to nie rozwijająca się choroba”. Dzięki temu „zdolność do śledzenia chorób takich jak grypa pomogłaby również uchronić się przed epidemiami, ponieważ moglibyśmy podjąć kroki, by dotrzeć do nosicieli, zanim jeszcze zarażą innych”. Biorąc pod uwagę, że paradygmat bezpieczeństwa wciąż rządzi większością debat o polityce, po obu stronach Atlantyku, argumenty tego rodzaju muszą znaleźć poparcie we wszystkich agencjach ukrywającymi się pod trzyliterowymi akronimami.

Niewiele można osiągnąć poprzez negowanie pożytków z dywidendy nadzoru. Fizyka społeczna, losowe próby, „popychanie” – to wszystko naprawdę jest użyteczne. Zwolennicy dywidendy przedstawiają te korzyści jako oczywiste i apolityczne – mówi się nam, że „informalizacja” problemów pozwala je lepiej rozpoznać i lepiej nimi zarządzać. Ale w tych metodach i narzędziach, na których opiera się dywidenda nadzoru, nie ma nic z oczywistości i apolityczności. One widzą tylko to, co chcą widzieć, i wiedzą tylko to, co chcą wiedzieć. To, czego nie widzą i nie wiedzą, jest ich własną polityką.

Żyjemy w dobie olbrzymiej asymetrii epistemologicznej. Hiperwidoczność zwykłego obywatela czy obywatelki – namierzalnych za pomocą różnych inteligentnych urządzeń – idzie w parze z hiperniewidocznością wszystkich innych graczy. Rządy utajniają coraz więcej dokumentów, zlecają kolejne zadania prywatnym firmom, które nie mają obowiązku podporządkowywać się prawom o dostępie do informacji. Firmy sieją niepewność co do skutków ich własnych poczynań, produkują niewiedzę poprzez zlecanie wątpliwej jakości badań pseudonaukowych. Wall Street wypluwa instrumenty finansowe o stopniu skomplikowania, który przeczy rozumowym możliwościom poznania.

Rynek bez polityki

Ruch na rzecz jawności danych może zmierzyć się z częścią tych wyzwań, ale jego największym sukcesem do tej pory było zmuszenie rządów do publikacji informacji o gospodarczej czy społecznej wartości, nie tej jednak, która wciąż budzi spory – bo zapalne informacje wciąż znajdują się pod kluczem. Nie ma fizyki społecznej na Goldman Sachs czy bank HSBC: my nie znamy ich powiązań, spółek córek i dróg przekierowania podatków do rajów.

Nikt nie prowadzi badań na losowej próbie lobbystów, by zbadać, co by było, gdybyśmy się ich pozbyli. Kto „popchnie” amerykańską armię, by wydawała mniej na drony, a zaoszczędzone pieniądze oddawała biednym?

Narzędzia dywidendy nadzoru działają na jednym tylko poziomie: indywidualnej obywatelki lub obywatela. Czynią z nich byty zupełnie przezroczyste i podatne na manipulacje, tworząc pozór „rozwiązywania problemu”, gdy korporacje i rządy cieszą się świętym spokojem. Nasze złe nawyki da się wykryć, przeanalizować i poprawić w czasie rzeczywistym, co rozwiązuje wiele problemów, które dziś przytłaczają instytucje polityki społecznej. Pojęcie polityki jako wspólnego przedsięwzięcia przekształca się w indywidualistyczny, przyjazny konsumentom spektakl, gdzie rozwiązania – dziś mówimy na to apki – są czymś, czego szuka się na rynku, nie na agorze.

Indywidualizacja polityki nie jest niczym zaskakującym, skoro te same metody, które stworzyły dywidendę nadzoru, wiążą się z odpuszczeniem jakiegokolwiek systemowego poszukiwania czynników i przyczyn zmiany społecznej, które przekraczałyby poziom jednostki. W podmianie relacji przyczynowo-skutkowej na „wprowadzalność” zwolennicy tej drugiej pogrzebali teorię, a teraz muszą pozorować niewiedzę lub naiwne zdziwienie za każdym razem, gdy postawi się ich przed problemem, którego nie da się sprowadzić do indywidualnych decyzji. Czy naprawdę musimy przeprowadzić badanie, żeby zgadnąć, czym zajmują się lobbyści i bankierzy? Świat bywa szaleńczo skomplikowany, ale bywa też zawstydzająco banalnie prosty: korporacje chcą robić pieniądze, rządy chcą budować biurokratyczne imperia, agencje bezpieczeństwa chcą trzymać władzę. „Teoria” może i umarła, ale czemu pożegnaliśmy się również z oczywistymi prawdami?

Pozbywanie się przyczyn i skutków może być oczywiście opłacalnym biznesem. Sprzedawczyni samochodów może wiedzieć, że używane auta w kolorze pomarańczowym są bardziej sprawne niż te w innych kolorach – typowa (i prawdziwa!) zależność wywiedziona z big data – bez potrzeby wyjaśniania, czemu tak jest. Jeśli jednak przełożymy ten model działania na politykę, ryzykujemy zbyt wiele uproszczeń co do skali i celów polityki, jak i obecnej w niej nierównowagi sił i odpowiedzialności między graczami.

Kręcenie gałkami społeczeństwa

Indywidualistyczna soczewka, przez którą narzędzia dywidendy nadzoru obserwują problemy, zwyczajnie nie pozwala dostrzec pewnych kwestii. Podkreśla to – w być może najostrzejszej krytyce ekonomii behawioralnej i jej podejścia do problemu rozwoju – ekonomista Sanjay G. Reddy. „Większe pytania, zadawane niegdyś w ramach dyscypliny, odnoszące się do efektów różnych instytucji gospodarczych i narzędzi politycznych (pojmowanie własności, handel, rolnictwo, polityka przemysłowa i podatkowa, rola zabezpieczeń społecznych) […] zepchnięto do roli tła, za ważniejsze uznając pytanie o to, czy moskitiery należy dawać biednym za darmo, czy za opłatą; oraz czy dwóch nauczycieli w szkole jest lepszych niż jeden”, pisze.

Dywidenda nadzoru sprowadza politykę do kręcenia gałkami, jak gdyby społeczeństwo było odbiornikiem radiowym, wymagającym nastawienia na dobre fale. Co gorsza, gdy rozwiązania nadzorcze staną się dostępne od ręki – co niewątpliwie nastąpi, gdy dokona się cyfryzacja i podłączenie wszystkiego do wszystkiego – wszyscy, którym zależy na rozwiązaniach innych niż nadzór, będą zmuszeni do udowadniania, że coś mniej „efektywnego” niż dywidenda nadzoru może jeszcze działać.

A jednak polityka inteligentnych urządzeń wcale nie musi być inteligentna. „Wall Street Journal” donosił ostatnio o „inteligentnej” toalecie, która „zsynchronizowana z telefonem użytkownika odgrywa  ulubioną piosenkę z muszli klozetowej”. Nic prostszego, niż zrobić badania na losowej próbie i sprawdzić, czy muzyka uszczęśliwia klientów i „popycha” w stronę zdrowego odżywiania, o czym zaświadczą, cóż… efekty posiedzenia. Jeśli tego rodzaju gadżet jest w stanie sprawdzić się jako narzędzie współczesnej polityki – wprost stworzone do wywołania „epidemii dobrego samopoczucia” – to smutne świadectwo skurczenia się naszej politycznej wyobraźni.

przeł. Jakub Dymek

Evgeny Morozov (biał. Jauhien Marozau) – autor książek „The Net Delusion: The Dark Side of Internet Freedom” i „To Save Everything, Click Here: The Folly of Technological Solutionism”, w których przeprowadza krytykę rozwiązań internetowych, pisząc że wbrew pozorom nie służą one wcale demokratyzacji, oraz stawia tezę, że internet, tak jak o nim mówimy, jest raczej ideologią, niż technologią czy medium. Publikował m.in w „The New York Times”, „The Economist” i „Slate”, był redaktorem „The New Republic”, obecnie pracuje nad doktoratem z historii i socjologii technologii na Uniwersytecie Harvarda.

Czytaj także:

Dymek o Morozovie, By zbawić świat, kliknij tutaj
Sascha Lobo, Cyfrowa zniewaga dla ludzkości
Więcej polityki, nie „internetu”. Morozov odpowiada Lobo.
Peter Galison o aplikacjach, Szpiegowane „ja

Tekst ukazał się na łamach Frankfurter Allgemeine Zeitung. Za zgodę na przedruk dziękujemy redakcji i autorowi. Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji Dziennika Opinii.

**Dziennik Opinii nr 74/2015 (858)

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Evgeny Morozov
Evgeny Morozov
Publicysta
Publicysta zajmujący się politycznymi i społecznymi implikacjami nowych technologii.
Zamknij