Kraj

Tama, którą PiS chce budować na Wiśle, będzie zagrażać i środowisku, i mieszkańcom

Rząd wmawia mieszkańcom miejscowości położonych wzdłuż dolnej Wisły, że stopień wodny w Siarzewie uchroni ich przed powodzią i suszą, zapewni rozwój turystyki i nowe miejsca pracy. Eksperci nie mają wątpliwości, że każda z tych prognoz to bzdura, a nowa tama spiętrzy tylko stare zagrożenia. Otwarte pozostaje pytanie, do kogo trafi 4,5 mld zł przeznaczone na inwestycję.

Stopień wodny w Siarzewie może przegrodzić Wisłę przed końcem bieżącej dekady. Jego budowę planowały jeszcze władze PRL jako element kaskadyzacji całej rzeki, ale w wyniku zapaści gospodarczej wycofały się z realizacji tego pomysłu. Dawną wizję odkurzały niektóre rządy III RP, jednak najdalej poszło Prawo i Sprawiedliwość, które doprowadziło do rozpisania przetargu na projekt budowlany stopnia Siarzewo. Rozpoczęcie procedury przetargowej 12 marca ogłosiły Wody Polskie. Dotyczy ona nie tylko zaprojektowania stopnia wodnego na 708. km Wisły, ale także towarzyszącej mu infrastruktury, to jest m.in. hydroelektrowni i przeprawy drogowej.

Projektowanie stopnia wodnego ma się skończyć w ciągu dwóch lat. Na przełomie 2023 i 2024 r. wykonawca ma rozpocząć prace budowlane, obiekt ma być gotowy w 2029 r. Jak szacuje inwestor przedsięwzięcia Wody Polskie, jego maksymalny koszt to 4,5 mld zł.

„Inwestycja ma […] ogromne znaczenie dla bezpieczeństwa przeciwpowodziowego oraz przeciwdziałania suszy − z uwagi na proces stepowienia Polski, istniejący w tym regionie” – tłumaczył 18 marca w Ciechocinku Marek Gróbarczyk, wiceminister infrastruktury, o czym informowała „Gazeta Wyborcza”. „Inwestycja wpisuje się w najwyższe standardy w zakresie ochrony środowiska, będziemy je stosować, tak jak to robimy nie od dziś […]” − zapewniał wiceminister nieopodal miejsca, w którym ma powstać stopień wodny.

Kabaretowa pojemność zbiornika

Co mają oznaczać „najwyższe standardy”? Wody Polskie informują m.in., że zalane lasy łęgowe zostaną odbudowane gdzie indziej, a w miejscu wysp zakrytych lustrem wody wykonawca usypie nowe, sztuczne. Wśród festiwalu korzyści nowego zbiornika, które wymienia rząd, znajdują się m.in. rozwój turystyki, nowe miejsca pracy oraz zamiana Wisły w kanał żeglowny, w którym barkami będzie można spławiać tony towarów.

Jednak argumentacja, którą przedstawia rząd, w żaden sposób nie wychodzi naprzeciw zagrożeniom ani suszami, ani powodziami. Mało tego, może te zjawiska nasilać.

Nie ma wody w państwie z kartonu

Zajmująca się ochroną środowiska Fundacja Greenmind ustaliła, że autorzy dokumentacji planowanej inwestycji przyznali, że nowy zbiornik na Wiśle nie będzie miał żadnego znaczenia przeciwpowodziowego.

− Potwierdził to także w decyzji środowiskowej Regionalny Dyrektor Ochrony Środowiska w Bydgoszczy. Pojemność siarzewskiego zbiornika będzie wręcz kabaretowa w porównaniu z objętością fali powodziowej, która na tym odcinku Wisły przybiera gigantyczne rozmiary. Przy dużym wezbraniu rezerwa powodziowa zapełni się w czasie liczonym w minutach – tłumaczy nam Jacek Engel, prezes fundacji, która współtworzy Koalicję Ratujmy Rzeki. A powyżej stopnia wodnego ryzyko powodzi może wręcz wzrosnąć.

Właśnie tak od lat oddziałuje położona kilkadziesiąt kilometrów w górę Wisły tama we Włocławku.

− Spowalnia ona nurt, przez to na wielokilometrowym odcinku rzeka zamarza. Tworzą się lodowe zatory, przez które podtapiane lub zalewane są Płock i inne miejscowości nad zbiornikiem – wyjaśnia Engel.

Nie wiadomo też, w jaki sposób nowa zapora miałaby ograniczać skutki suszy. W założeniach przetargu nie ma nic o systemie rozprowadzania wody po Kujawach. Gdyby zaś była potrzeba stworzenia takiego systemu, to można do tego wykorzystać już istniejące Jezioro Włocławskie, czyli zbiornik utworzony przez zaporę we Włocławku.

Do tego spiętrzenie wody w Siarzewie sprawi, że część okolicznych terenów, także zamieszkanych, znajdzie się poniżej lustra wody.

− Żeby ich nie zalało, trzeba będzie zainstalować system przepompowni, które na bieżąco będą pompować przesiąkającą wodę z powrotem do zbiornika, tak jak dzisiaj chroni się tereny sąsiadujące ze zbiornikiem Włocławek – tłumaczy Engel. I dodaje, że w wyniku ingerencji w nurt rzeki poziom wód gruntowych podniesie się w promieniu kilkuset metrów, natomiast poniżej nowego stopnia będzie się obniżał, zresztą tak samo, jak to się dzieje obecnie poniżej Włocławka. Spowolnienie nurtu oraz trwałe zalanie doliny na o wiele większej powierzchni niż dzisiejsze koryto Wisły zwiększy parowanie i wynikające z tego straty wody. Każdy z tych czynników to niegospodarność w zarządzaniu wodą wobec perspektywy coraz dotkliwszych susz.

Jak żegluga, to nie retencja

W zamyśle autorów pomysłu woda spiętrzona siarzewskim stopniem ma też zwiększyć bezpieczeństwo nadwątlonej − według nich − zapory we Włocławku, która jednak nadwątlona wcale nie jest. W latach 2013−2015 przeszła ona gruntowną modernizację, która kosztowała 115 mln zł.

Manipulacją jest też jednoczesne reklamowanie retencyjnej i przeciwpowodziowej funkcji planowanego zbiornika oraz perspektywy rozwoju żeglugi śródlądowej, która wymaga stałego, wysokiego stanu wody – na dłuższą metę nie jest możliwe łączenie jednego i drugiego.

Rzekoma retencyjna funkcja planowanego zbiornika jest rządową manipulacją.

− Retencja polega na zbieraniu wody, gdy jest jej dużo, i oddawaniu do środowiska, gdy jest jej tam mniej. Tymczasem trwałe zalanie tego odcinka doliny Wisły sprawi, że możliwości retencyjne drastycznie się zmniejszą – mówi Jacek Engel.

Wątpliwości budzą też same plany zamiany Wisły w kanał żeglowny dla sporych barek.

− Zrobienie jednego stopnia poniżej Włocławka nie sprawi, że otworzy się szlak od Krakowa do morza. Poza tym nie mamy wielu towarów, które opłacałoby się w ten sposób transportować – tłumaczy z kolei dr hab. Zbigniew Karaczun z Katedry Ochrony Środowiska Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego. I od razu wyrokuje: − Nie widzę w tej inwestycji żadnego sensu. Gdyby rząd miał analizy ekonomiczne i transportowe, to wiedziałby, że nie warto się za to brać.

Dodatkowo Karaczun uważa, że nie opłaca się inwestować gigantycznych kwot w budowę tamy, mimo że ma ona produkować prąd z odnawialnego źródła energii.

− Gdybyśmy przeznaczyli te pieniądze na fotowoltaikę lub poprawę efektywności energetycznej, to pozbylibyśmy się w znacznym stopniu ubóstwa energetycznego w kraju – tłumaczy. Kwestionuje też prognozy gospodarczego rozkwitu, jaki regionowi miałaby przynieść sama budowa, jak i jej późniejsze wykorzystanie.

Piotr Całbecki, marszałek województwa kujawsko-pomorskiego, twierdzi, że kaskadyzacja dolnej Wisły dałaby ok. 100 tys. nowych miejsc pracy. − To brzmi jak liczba rzucona ot, tak sobie. Ani realizacja inwestycji nie potrzebuje takiego nakładu siły roboczej, ani nie widzę możliwości, żeby już gotowa miała wygenerować taki popyt na pracowników – tłumaczy Karaczun.

Tym bardziej że dyskusyjny jest także nagły rozwój turystyki, na który liczą władze zarówno rządowe, jak i lokalne.

– Atrakcyjność rzek wynika z ich dzikości i bogactwa natury, a nie sztucznego uregulowania – tłumaczy nam dr Jarosław Krogulec, przyrodnik z Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków. I przywołuje przykład sztucznego Jeziora Włocławskiego, które na przestrzeni kilku dekad funkcjonowania wcale nie przyczyniło się znacząco do rozwoju turystyki w regionie. Największym walorem Wisły na tym odcinku jest jej zbliżony do naturalnego charakter oraz bogactwo siedlisk roślin i zwierząt. Teren, który władze planują zalać, jest chroniony siecią obszarów Natura 2000. Pod wodą ma się znaleźć m.in. kilkaset hektarów lasów łęgowych, które są siedliskiem wielu rzadkich gatunków roślin i zwierząt. Taki sam los ma spotkać piaszczyste wyspy, które są z kolei miejscem gniazdowania zagrożonych wymarciem rybitwy białoczelnej i mewy siwej.

Stopień wodny na skalę naszych możliwości

Autorzy pomysłu tłumaczą, że straty środowiskowe zrekompensują serią działań kompensacyjnych. Wśród nich jest stworzenie warunków dla powstania niemal 600 hektarów lasów łęgowych, zarybianie rzeki tysiącami sztuk łososia atlantyckiego, budowa oddzielnego kanału umożliwiającego migrację ryb w górę rzeki oraz usypanie piętnastu sztucznych wysp, które staną się siedliskiem dla ptactwa wodnego. A gdyby ptakom było mało, to w odtworzonych łęgach zawiśnie 20 tys. sztuk budek lęgowych.

− To są absurdalne plany polegające na niszczeniu środowiska i próbach jego odtwarzania gdzie indziej. Tworzony od podstaw las łęgowy potrzebuje kilkudziesięciu lat, żeby spełniać funkcje lasu dojrzałego, który rośnie w dolinie Wisły. No i kto będzie dbał o taką liczbę budek? To byłby las na miarę ambicji realizatorów tej inwestycji – komentuje Krogulec. Absurdalność rządowych planów sprawia, że trudno uciec tutaj od skojarzeń z filmem Miś Stanisława Barei. Groteskowy scenariusz zdaje się trafnie opisywać rzeczywistość, którą za grube pieniądze chcą mieszkańcom i przyrodzie zgotować pisowscy włodarze.

Rząd zawraca rzeki kijem

czytaj także

Utworzenie nowego zbiornika wodnego cieszy się poparciem władz nie tylko centralnych, ale i wojewódzkich i lokalnych. Związek Gmin Ziemi Kujawskiej zebrał podpisy ponad 100 tys. osób, które popierają budowę zapory w Siarzewie. Skąd takie poparcie?

− Przez lata straszono ludzi, że jak runie tama we Włocławku, to ich zaleje, a przed katastrofą uratuje ich tylko kolejny zbiornik. Do tego wielu ludzi wierzy w to, że realizacja tego projektu to krok ku powszechnemu dobrobytowi w regionie – tłumaczy Jacek Engel. I dodaje, że na opinie mieszkańców ma wpływ kłamliwy przekaz administracji rządowej, który skupia się na nierealnych korzyściach i przemilcza zagrożenia.

O zaletach planowanego zbiornika można czytać na stronie Wód Polskich. Propagandowy komunikat instytucja zamieściła w ubiegłym tygodniu w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. Artykuł sponsorowany nosił tytuł: Siarzewo – innowacyjny stopień wodny. Czytamy w nim m.in., że „region potrzebuje nowoczesnych inwestycji, które kompleksowo rozwiążą problemy wodne. Optymalnym rozwiązaniem jest budowa nowego stopnia wodnego na Wiśle”.

Tama do budowy, tama do rozbiórki

Argumentami aktywistów nie przejmują się ani władze centralne, ani regionalne. Marszałek województwa kujawsko-pomorskiego zaapelował nawet do Mateusza Morawieckiego, by budowę stopnia w Siarzewie wpisać do Krajowego Planu Odbudowy.

− Projekt ten nie spełnia wymagań neutralności klimatycznej, ma też negatywne konsekwencje dla środowiska i na pewno nie powinien trafić do UE we wnioskach o dofinansowanie – tłumaczy Karaczun. Tym bardziej że unijna polityka zmierza w kierunku zupełnie odwrotnym niż ambicje polskich władz. Przyjęta w ubiegłym roku unijna strategia na rzecz bioróżnorodności zakłada renaturyzację ponad 25 tys. km rzek w całej Unii do 2030 r.

Dlaczego rząd tak się upiera przy inwestycji, która w opinii ekspertów nie ma uzasadnienia gospodarczego, a dodatkowo doprowadzi do degradacji obszarów chronionych? Engel zaznacza, że budową stopnia wodnego w Siarzewie zainteresowane były wszystkie kolejne rządy od końca lat 90.

− Oceniam, że wynika ono z silnego lobbingu, jaki prowadzą firmy konsultingowe i budowlane – wyjaśnia.

Tego samego zdania jest dr Karaczun. Pracownik SGGW dodaje, że przykładem przeskalowanej i od podstaw nieracjonalnej inwestycji była elektrownia w Ostrołęce, która kosztowała ponad miliard złotych, a której budowę niedawno wstrzymano.

− To samo może się stać z tym stopniem wodnym. Są przecież osoby, które na pewno na tym zarobią, tak samo jak w przyszłości będzie można zarobić na rozbiórce – komentuje Karaczun.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Mateusz Kowalik
Mateusz Kowalik
Dziennikarz Krytyki Politycznej
Dziennikarz, stały współpracownik Krytyki Politycznej. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i europeistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, publikował m.in. w „Dużym Formacie” i „Magazynie Świątecznym”.
Zamknij