Kraj

Głusi to niepełnosprawni czy może mniejszość kulturowa?

Dla części g/Głuchych język polski to język obcy. A jeśli w urzędzie czy szpitalu nikt nie miga, bez tłumacza nic nie da się załatwić. O problemach osób g/Głuchych rozmawiamy z drem Bartkiem Lisem, socjologiem i animatorem kultury, autorem raportu „Nikt nas nie słucha”, który napisał po cyklu spotkań z g/Głuchymi.

Mateusz Kowalik: W raporcie używasz słowa g/Głuchy. Co to znaczy?

Bartek Lis: Określenie to piszemy raz małą, raz wielką literą.

Używanie wielkiej litery to nie grzecznościowy zabieg, ale informacja, że mówimy o grupie osób, która uważa się za mniejszość kulturową. Najczęściej to osoby, które nie słyszą od urodzenia, przez co nie miały możliwości poznania świata osób słyszących, np. kultury związanej z fonicznym językiem polskim.

Mała litera tymczasem to znak, że mamy na myśli osoby, które straciły słuch w dojrzalszej części swojego życia, przez co mogły nauczyć się gramatyki języka polskiego, a ich pierwsze konfrontacje ze światem odbywały się w języku mówionym. Przedstawicielem tej grupy może być ktoś, kto stracił słuch w wieku 12 lat. Albo czterdziestolatek, który przestał słyszeć w wyniku wypadku. Nasiąknięcie kulturą foniczną sprawia, że osoby Głuche wcale nie stają im się bliższe, bo więzy z okresu słyszenia są bardzo silne. Kultura słyszącej większości – znaki, sensy, którymi się posługujemy – jest dla nich z pewnością bardziej zrozumiała.

W obydwu przypadkach mówimy o szerokim spektrum dysfunkcji – rzadko kiedy zdarza się, żebyśmy mieli do czynienia z osobami całkowicie głuchymi.

Dlaczego Głusi mieliby być mniejszością kulturową?

Tym, co w olbrzymim stopniu konstytuuje odrębność kulturową, jest język. Podam przykład: pochodzę z Gdańska, ale jak wyjadę trochę z miasta, to prędko usłyszę język kaszubski. Osoby, które nim mówią, mogą inaczej rozumieć swoją tożsamość społeczną i świat dookoła. Tak samo jest z osobami Głuchymi: przestrzeń integracji i komunikacji stanowi dla nich polski język migowy.

Głuchy jest Inny w sposób radykalny [rozmowa z Wojtkiem Ziemilskim]

Wspólnota doświadczenia jest ważnym czynnikiem potencjalnie więziotwórczym, jednak podstawą, która pozwala wyodrębnić tożsamość zbiorową, jest język, a nie niepełnosprawność. Osoby z dysfunkcjami wzroku czy te, które poruszają się na wózkach, nie są przedstawicielami mniejszości kulturowej, mimo że są osobami z niepełnosprawnościami.

Czy g/Głusi chcą być w ogóle uznawani za osoby z niepełnosprawnościami?

Jest wiele stanowisk, to środowisko nie jest monolitem. Najbardziej dominujące są dwa podejścia. Część Głuchych, zwłaszcza starszych, wyrosła w świecie, w którym mówiono o nich wyłącznie jako o niepełnosprawnych. W tamtej wyobraźni głuchotę łączono także z niepełnosprawnością intelektualną. Osoby te przywykły do takiego stanu, a swoją sytuację rozpatrują też przez pryzmat korzyści – bo legitymacja ze statusem osoby niepełnosprawnej uprawnia np. do pewnych zniżek. Jednocześnie taki dokument wpływa na samopostrzeganie.

Natomiast pośród młodych popularne jest stanowisko, że głuchota nie jest niepełnosprawnością. Mówią, że ta definiowana jest z perspektywy grupy większościowej, która niesprawnymi określa osoby, które nie spełniają pewnych normatywów zdrowia. W oczach tych młodych to grupa większościowa tworzy konstrukt, który jest krzywdzący.

Co wynika z różnicy między grupą większościową, która używa języka mówionego, a g/Głuchymi?

Dla słyszących używanie języka mówionego jest oczywistością, dlatego nie dostrzegają, że niesłyszący mają ograniczoną możliwość komunikacji w przestrzeni publicznej czy instytucjach. Niezależnie od dziedziny wszystko sprowadza się do komunikacji i dostępności informacji. Na przykład zapisy seniorów na szczepienia pośród organizacyjnych kłopotów i informacyjnego bałaganu. Kiedy do problemów ze słuchem dołożymy trudności wynikające z wieku i telefon jako preferowany środek kontaktu, to widzimy, jak głuchym może być ciężko cokolwiek załatwić.

Najlepiej widać to w sytuacji kryzysowej, jaką był wybuch pandemii. Głusi dowiadywali się z dużym opóźnieniem o rządowych obostrzeniach i o rozwoju sytuacji. Teraz, dzięki naciskom sojuszników, sytuacja wygląda trochę lepiej, choć wciąż jest daleka od ideału. Kiedy premier w czasie konferencji o czymś informuje, to w obraz wmontowany jest tłumacz, który przekłada wszystko na polski język migowy, albo ten tłumacz stoi obok niego – cóż, nadal jego usytuowanie i proporcje na ekranie są dyskusyjne. Niestety telewizje komercyjne często ucinają kadr tak, że go nie widać. Albo sylwetkę wmontowanego tłumacza zasłaniają paskiem informacyjnym.

A jak jest z telewizją publiczną?

Media rządowe radzą sobie całkiem dobrze. Mają kilkudziesięcioletnią tradycję uważności na g/Głuchych – jeszcze z dzieciństwa pamiętam całe poranne bloki programowe z migającym tłumaczem. Ale oglądanie telewizji publicznej rodzi inny kłopot. Przed wyborami prezydenckimi zapisałem się do szeregu grup internetowych dla g/Głuchych i zaobserwowałem, że większość użytkowników ma prawicowe poglądy. A wynikają one nie z utraty słuchu, tylko z dostępu do informacji. Ograniczenie źródeł do jednego kanału to wystawienie g/Głuchych na żer manipulatorów oraz odebranie im możliwości weryfikacji fake newsów. Telewizje komercyjne powinny dostrzec tych widzów.

Różnorodność poglądów jest większa pośród g/Głuchych, którzy potrafią czytać?

Mogę postawić taką hipotezę. Z moich obserwacji wynika, że g/Głusi, którzy są uniezależnieni od mediów wizualnych, głównie telewizji publicznej, mają również poglądy lewicowe. A uniezależnić mogą się na kilka sposobów. Jeśli ktoś zna gramat/ykę języka polskiego, to otwiera się na prasę i portale internetowe. Są osoby, które znają inne języki migowe, np. amerykański. Wtedy mają dostęp do programów ze Stanów Zjednoczonych. Wśród moich rozmówców była także osoba, znająca szwedzki język migowy, dzięki czemu może oglądać tamtejszy kanał, w którym prowadzący to wyłącznie g/Głusi. Różne kanały są też dostępne na kablówce.

Jak zapewnić g/Głuchym dostęp do różnorodnych źródeł informacji?

Prezenterzy programów informacyjnych tekst przygotowują wcześniej, tak samo materiały są gotowe przed emisją, więc można je transkrybować i zamieszczać napisy. I to na wszystkich kanałach i w głównym paśmie, a nie tylko po północy czy w porannych powtórkach. Myślę, że media za bardzo fiksują się na przywileju grupy większościowej albo obawiają się reakcji osób słyszących. A ona będzie pewnie taka sama jak na wszystkie inne paski na ekranie, które jednych irytują, a drugich nie. Te dodatkowe elementy miałyby dla nich wartość edukacyjną, bo poszerzają wyobraźnię, pokazując, jak złożony jest świat.

Życie z niepełnosprawnościami? Da się!

Dlaczego i napisy, i tłumacz na migowy? 

Znam osoby Głuche pochodzące z rodzin o wysokim kapitale kulturowym i społecznym, w których kładło się nacisk na naukę języka pisanego – ci Głusi rozumieją napisy. Ale są też osoby wywodzące się ze środowisk mniej uprzywilejowanych, gdzie takiego nacisku nie było w ogóle. Jeśli ktoś jest głuchy od urodzenia i nie miał szansy poznać polskiej gramatyki, to język pisany jest dla niego językiem obcym. Dlatego potrzebują osoby tłumaczącej język foniczny na migowy.

A jak jest z dużym ekranem? Producenci dofinansowani przez Polski Instytut Sztuki Filmowej są zobowiązani wyposażyć swoje filmy w napisy.

I to robią. Tylko że kiniarze już nie muszą kupować kopii z napisami. Dlatego, paradoksalnie, kinematografia polska jest dla g/Głuchych o wiele mniej dostępna niż zagraniczna. Jak już kino puszcza wersję z napisami, to opatruje to informacją, że to pokaz specjalny, przyjazny dla g/Głuchych. Tak jakby rozumienie filmu było specjalną potrzebą. A chodzi także o tworzenie przestrzeni naturalnych spotkań g/Głuchych ze słyszącymi i wspólne przeżywanie filmu.

Te wspólnoty nie powstają naturalnie?

Na ogół są odseparowane, i to od najmłodszych lat. W mojej dzielnicy była szkoła dla g/Głuchych. Po lekcjach czekaliśmy na tym samym przystanku: ja i moi koledzy oddzielnie, g/Głusi w swojej grupce. Nie było żadnego kontaktu. W edukacji ważne jest, żeby te dwie grupy przenikały się od samego początku. Niektórzy postulują, żeby przedstawiciele grupy dominującej uczyli się podstaw języka migowego na wczesnoszkolnym etapie edukacji, żeby przenikanie się następowało bardziej swobodnie.

Jego nauka jest niezbędna na studiach medycznych, żeby dać lekarzom możliwość porozumienia się z głuchymi pacjentami. Teraz g/Głusi wskazują zupełne nieprzystosowanie systemu ochrony zdrowia do ich potrzeb, tak jak w historii ze szczepionkami. W Warszawie g/Głuche kobiety przekazują sobie informację o jednym oddziale ginekologicznym, który bezproblemowo je przyjmuje. A to dlatego, że jest tam zorientowana pielęgniarka, która wie, jak wyjść naprzeciw specyfice funkcjonowania g/Głuchych. Część instytucji publicznych korzysta z usług tłumacza. Tylko już nie każdy ich pracownik o tym wie.

W mówieniu o niepełnosprawnych należy zwracać uwagę na możliwości, nie deficyty

Głusi narzekają też na kontakty z urzędnikami i trudności z załatwianiem formalności. Jak ma wyglądać urząd przyjazny g/Głuchym?

Większość urzędów też płaci za usługi tłumaczeniowe, ale na bieżąco z nich nie korzysta. Poza tym kładłbym też nacisk na wiedzę urzędników. Nauka języka migowego nie jest prosta i żeby opanować podstawy, potrzeba 60-godzinnego kursu. Natomiast prostą rzeczą jest edukacja obsługi głuchego petenta: gdzie go skierować, dokąd zadzwonić. I żeby się go nie obawiać. Bardzo dużo może zmienić zatrudnienie osoby słabo słyszącej albo głuchej, która zna język i foniczny, i migowy. Taka osoba może przygotować urząd na przyjęcie głuchego petenta czy tłumaczyć komunikaty.

Rozwiązań systemowych wymaga obieg dokumentów. Głusi pytają, czy to zawsze musi być formularz, który trzeba wypełnić ręcznie. Dlaczego nie umożliwić składania wniosków poprzez nagranie, które przekładałby tłumacz?

W końcu, g/Głusi narzekają, że urzędy nie konsultują z nimi różnych przedsięwzięć.

A gdyby konsultowały, to co by usłyszały?

Na przykład to, że kiedy jest awaria tramwaju, to głosowe komunikaty o tym, co się dzieje, do g/Głuchych nie docierają. Osoby te idą za wszystkimi, ale nie wiedzą, o co chodzi. Tymczasem takie uprzednio przygotowane w języku migowym komunikaty można wyświetlać na wyświetlaczach na przystankach tramwajowych. To samo z informacjami na dworcach, kiedy następuje zmiana peronu. Miejskie teatry dowiedziałyby się, że śledzenie napisów umieszczonych na samej górze ogromnej sceny jest męczące i odrywa od spektaklu.

Spotkanie z osobami głuchymi uwrażliwia na podstawowe dla nich kwestie. Konsultacje mają być po to, żeby głusi poczuli się współużytkownikami przestrzeni publicznej. Chodzi też o to, żeby dać przestrzeń, w której można się wygadać, ale też zostać wysłuchanym i wziętym pod uwagę. Dla urzędów to dodatkowy wysiłek i pewna trudność, ale kiedyś trzeba zacząć.

**
Dr Bartek Lis jest socjologiem i animatorem kultury, pracuje w Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu.

**
Raport Nikt nas nie słucha powstał w związku z projektem realizowanym przez Fundację Automatophone oraz Jasną 10: Warszawską Świetlicę Krytyki Politycznej, skierowanym między innymi do osób g/Głuchych i słabosłyszących. Cykl spotkań Głuche czwartki był częścią projektu „Centrum Jasna”  współfinansowanego z budżetu Miasta Stołecznego Warszawa.

Chcesz być na bieżąco z tym, co słychać na Jasnej 10? Zapisz się na newsletter!

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Mateusz Kowalik
Mateusz Kowalik
Dziennikarz Krytyki Politycznej
Dziennikarz, stały współpracownik Krytyki Politycznej. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i europeistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, publikował m.in. w „Dużym Formacie” i „Magazynie Świątecznym”.
Zamknij