Kraj

Historia puka do drzwi, pora otrzeźwieć

Czy wojna u naszych granic wymusi otrzeźwienie polskiej klasy politycznej?

Po ośmiu latach hybrydowego konfliktu i systemowej dezinformacji Kremla przekonującego, że przecież nie toczy przeciw Ukrainie żadnych działań wojennych, doszliśmy do momentu, gdy każdy przy zdrowych zmysłach musi powiedzieć: to jest wojna. Taka prawdziwa, jakiej w naszym regionie świata nie widzieliśmy od 1945 roku.

Wojna ta toczy się dosłownie u naszych granic. I może okazać się największym wyzwaniem dla polskiego bezpieczeństwa, odkąd rosyjskie wojska opuściły Polskę w 1992 roku.

W normalnych warunkach podobny kryzys powinien prowadzić do osłabienia politycznej polaryzacji, współpracy rządu z opozycją, budowania jak najszerszego społecznego konsensusu dla działań mających zapewnić państwu bezpieczeństwo – wszystko to z zachowaniem politycznego pluralizmu i realnej kontroli władzy przez opozycję i opinię publiczną.

Jakie sankcje gospodarcze? Odcięcie Rosji od SWIFT może zadziałać

Czy polska polityka, po ponad sześciu latach rządów PiS, jest w stanie przestawić się na taki tryb działania? Czy wojna otrzeźwi naszą klasę polityczną, zwłaszcza rząd, na którym bardziej niż na opozycji spoczywa odpowiedzialność za państwo? Odpowiadając najkrócej: niekoniecznie.

Chwilowe zawieszenie broni

Czwartkowa debata w Sejmie dawała na to pewną nadzieję. Zaczęła się od ładnego, ważnego gestu: przyjęcia przez aklamację uchwały o solidarności z Ukrainą. Uroczystej chwili nie zakłócili nawet posłowie Konfederacji, koła gromadzącego polityków często niemal dosłownie mówiących narracją Kremla. Po zakończeniu prac Sejmu na proteście pod rosyjską ambasadą można było zobaczyć stojących obok siebie polityków tak różnych, jak Marek Suski, Jan Kanthak i Adrian Zandberg.

Wracając jednak do sali sejmowej. Przed izbą niższą parlamentu wystąpił premier Mateusz Morawiecki. Jeszcze wczoraj wejście do Donbasu i Ługańska rosyjskich wojsk było dla niego okazją, by małostkowo wbić szpilę Tuskowi, atakując go jako „przewodniczącego partii NordStream 2”.

W czwartek premier Morawiecki wyjątkowo nie zaatakował opozycji, ale wręcz wygłosił przemówienie, do którego trudno było się jakoś szczególnie przyczepić. Przy olbrzymiej ilości dobrej woli można by je nawet uznać za ofertę chwilowego wyciszenia wewnętrznych sporów. Czy raczej – bo tak trzeba nazwać to, co działo się w Polsce po 2015 roku – zastopowania zorganizowanej kampanii hejtu przeciw opozycji, jaką poza jakimikolwiek granicami cywilizowanego demokratycznego sporu, przy pomocy wszystkich dostępnych sobie narzędzi, prowadził rząd w ciągu ostatnich sześciu lat z hakiem.

Pierwsze godziny wojny. „Może to potrwać dziesiątki lat, ale wytrwamy”

Morawiecki chyba po raz pierwszy, odkąd objął urząd, usłyszał oklaski także z ław opozycji.

Nie znaczy to, że tego dnia konflikty zupełnie wyparowały z sejmowej debaty. Gdy Borys Budka wspominał w swoim przemówieniu o Donaldzie Tusku, z ław PiS rozległy się głosy konsternacji. A kiedy mówił o konieczności zakończenia sporu z Europą – protesty. Odpowiedział mu chwilę później marszałek Terlecki, mówiąc, że parlament niemiecki właśnie wybrał sędziów, polski powinien więc móc zrobić to samo – na co PiS-owcy odpowiedzieli oklaskami.

Lewicę zaatakował z kolei Krzysztof Bosak, oskarżając ją między innymi o obrażanie żołnierzy służących pod granicą z Białorusią i ogólne osłabianie obronności kraju. Mimo to można powiedzieć, że w obliczu wojny na granicy polska klasa polityczna chwilowo weszła w tryb zawieszenia broni między sobą.

Niepokojące lekcje z poprzednich kryzysów

Jednocześnie opozycja i popierająca ją część opinii publicznej ma wiele uzasadnionych powodów, by w sytuacji obecnego kryzysu nie ufać temu obozowi rządowemu.

Pierwsze pytanie, jakie nasuwa się, gdy myślimy o tym, co zmieni sytuacja na wschód od Polski, brzmi: „jak PiS politycznie to rozegra?”. To, jak wykorzystał trzy poprzednie kryzysy, nie napawa optymizmem.

Wojna w Ukrainie, bez wątpienia najpoważniejszy i najbardziej dramatyczny z kryzysów, nie jest przecież pierwszym, jaki wydarza się w czasach „dobrej zmiany”. Pierwszy był kryzys uchodźczy, zbiegający się z podwójnymi wyborami w 2015 roku. By wygrać wybory, PiS rozpętał wtedy bezprecedensową nagonkę na uciekających przed wojną i kryzysem klimatycznym uchodźców z Bliskiego Wschodu, napisaną według scenariusza budzącego skojarzenia z najgorszymi demonami XX wieku.

Kolejny był kryzys pandemiczny. W pierwszych tygodniach pandemii wydawało się, że stan totalnej wojny rządu z opozycją uległ tymczasowemu zawieszeniu. PiS, a konkretnie Jarosław Kaczyński, wywrócił jednak stolik, wrzucając temat „wyborów pocztowych”. Następnie, by zwiększyć frekwencję głosujących ponadprzeciętnie na PiS seniorów, premier Morawiecki „odwołał” pandemię na wybory.

Wreszcie, gdy na granicy Polski i Białorusi zaczął narastać problem z uchodźcami, wyreżyserowany przez białoruskie służby, PiS wykorzystał to do prób politycznej delegitymacji wszelkiej krytyki rządu, odgrzewania antyuchodźczego kotleta, wreszcie jako pretekst do kolejnej kampanii przeciw opozycji.

Za każdym razem rozgrywanie kryzysów przyniosło PiS krótkoterminowy polityczny zysk. Choć nie wygrał w 2015 roku wyłącznie dzięki nagonkom na uchodźców, to antyuchodźcza kampania z pewnością pomogła w zwycięstwie. W 2020 roku kompromitacja z wyborami pocztowymi nie przeszkodziła w zabezpieczeniu drugiej kadencji Andrzej Dudy, a odwołanie pandemii pomogło nawet je wygrać.

Najsłabiej udało się wykorzystać kryzys przy granicy z Białorusią. Retoryka stanu wyjątkowego pozwoliła na skok poparcia w kilku zaledwie sondażach. Nie udało się wykorzystać sytuacji na granicy, by wymusić na Komisji Europejskiej odblokowania środków z KPO i odpuszczenie PiS w kwestii praworządności – na co wyraźnie grał Morawiecki.

Rosja nade wszystko pragnie pokoju. Dlatego będzie wojna

Jednocześnie jako społeczeństwo słono zapłaciliśmy za te zwycięstwa PiS. Kampania antyuchodźcza wyzwoliła emocje, które utrudnią na długi czas prowadzenie racjonalnej polityki w sprawie migracji i uchodźców. Wybory pocztowe o mało co nie skończyły się zupełną kompromitacją państwa (gdyby się posypały w trakcie ich trwania) albo nieznanym po ’89 roku kryzysem konstytucyjnym (gdyby udało się w ich wyniku wybrać Andrzeja Dudę przy bojkocie wyborów przez opozycję). Odwołując pandemię na czas wyborów, premier Morawiecki osłabił autorytet rządu w kwestii sanitarnych obostrzeń podczas następnych fali COVID-19, które w Polsce zebrały szczególnie rozpaczliwe żniwo.

Wszystkie te posunięcia pokazywały, że w obozie Zjednoczonej Prawicy logikę państwową całkowicie pożarła ta partyjna. Politykę rozumianą jako realizację długoterminowych interesów państwa i zamieszkującego je społeczeństwa, całkowicie przesłoniła polityka rozumiana jako ciągła kampania wyborcza.

W przypadku wyborów pocztowych chodziło nawet nie tyle o zwycięstwo Dudy, ile o przypomnienie obozowi Zjednoczonej Prawicy, że rządzi nim Kaczyński. Gdy rząd zaczął pracować z opozycją, na pierwszy szereg wysunęli się premier i prezydent. Kaczyński okazał się zwyczajnie bezużyteczny, gdy polityka zamiast na totalnej wojnie z opozycją skupiła się rozwiązywaniu realnych problemów. Prezes PiS przywrócił więc logikę totalnego konfliktu, by wzmocnić swoją władzę w rządzącej koalicji.

Jak PiS może wykorzystać kryzys wojenny? Czy znów będzie próbował użyć go do wymuszania na KE odblokowania środków z KPO albo niestosowania mechanizmu pieniądze za praworządność? Czy wykorzysta go, by przepchnąć pacyfikację Sądu Najwyższego, co postuluje przygotowana niedawno przez ziobrystów ustawa? Czy pod pretekstem walki z wojną dezinformacyjną – co dziś jest bezwzględnie potrzebne – nie wprowadzi rozwiązań realnie zagrażających wolności słowa? Niestety nie możemy wykluczyć takich scenariuszy.

Czy PiS wyciągnie wnioski?

Zaufaniem do rządu nie napawa też to, że obecny kryzys pokazuje bankructwo założeń, na jakich opierała się polityka zagraniczna PiS w ostatnich sześciu latach. Najbliżsi sojusznicy rządzącej nami ekipy kompromitują się jeden po drugim w obliczu tego, co dzieje się w Ukrainie.

Trump wychwala geniusz Putina. Le Pen i Orbán kluczą. Ciężar oporu przeciw Rosji spoczywa na Bidenie, z którego zwycięstwem nasz obóz władzy najpierw nie był się w stanie pogodzić, a następnie urządził farsę wokół Lex TVN, by wymusić na nim respektowanie PiS-owskich interesów. Ważniejsze okazują się nie Trójmorze, nie polityka Polski wobec Rosji, ale postawa Unii Europejskiej i jej najbardziej liczących się państw, z którymi PiS się skłócił. Widzimy dziś, jak kluczowe jest dla nas głębokie zakorzenienie w politycznych strukturach Europy, w których PiS konsekwentnie marginalizował nasz kraj w ostatnich latach.

Czy to wszystko otrzeźwi PiS? Zmusi do weryfikacji własnych założeń? Uświadomi Jarosławowi Kaczyńskiemu, że problemem nie jest budowanie przez Niemcy „IV Rzeszy”, lecz sąsiedztwo putinowskiej Rosji? Skłoni do zamknięcia frontów w Europie i do pracy na rzecz odbudowy naszego znaczenia w Unii?

„Lech Kaczyński ostrzegał, kim jest Putin, a Zachód, a zwłaszcza Niemcy, nie słuchali i traktowali Putina jak normalnego przywódcę normalnego państwa, mimo kolejnych sygnałów ostrzegawczych robili z nim interesy, sfinansowali jego ekspansywną politykę i uzależnili siebie i znaczną część Europy od rosyjskiego gazu” – powtarza dziś PiS.

I oczywiście taka narracja obozu władzy nie jest tu zupełnie bez racji. Obecna wojna jest też klęską polityki tej części zachodnioeuropejskich elit, które wierzyły, że robiąc z Rosją interesy, wciągnie się ją do Europy, uczyni współzależną od zachodniej gospodarki, zwesternizuje. Dziś widzimy, jak ta wizja była strategicznie naiwna, jak bardzo opierała się na niezrozumieniu realnych motywacji rządzącej Rosją elity.

Problem w tym, że polski obóz władzy nie ma żadnych konstruktywnych propozycji nowej polityki europejskiej wobec Rosji – poza słusznym nawoływaniem do najostrzejszych możliwych sankcji. Związani z nim eksperci na Twitterze wydają się odczuwać swoistą schadenfreude z powodu ujawnionej właśnie przez Putina „słabości Zachodu”, traktując obecny kryzys jako punkt wyjścia do kolejnych ataków na Zachód i liberalną demokrację. Takie głosy płynące z bliskiego zaplecza obozu władzy są dziś bardzo niepokojące.

Co robić?

Co więc w tej sytuacji może robić opozycja? Na pewno nie warto kopać się teraz z PiS po kostkach, szukać każdej okazji do wbicia rządowi szpili – to nie jest moment na taką politykę.

Opozycja, wbrew doświadczeniu ostatnich trzech kryzysów, musi siąść z rządem do stołu – o ile z tamtej strony będzie taka wola. Trzeba szukać polityki budującej akceptowalne dla wszystkich minimum środków bezpieczeństwa, jakie teraz musimy wdrożyć. Partie opozycji powinny też używać swoich kontaktów we własnych rodzinach politycznych, by naciskać na wsparcie dla Ukrainy i opór wobec Putina. Trzeba też rozmawiać o tym, jak wojna w Ukrainie zmienia naszą strategiczną sytuację i jak możemy na to odpowiedzieć – choć biorąc pod uwagę, że PiS czyta obecną sytuację jako potwierdzenie własnych diagnoz o słabości liberalnych demokracji Europy Zachodniej i Unii Europejskiej, a opozycja raczej przeciwnie, strategiczny kompromis może okazać się niemożliwy.

Nie stać nas jednak nadal na zamknięcie demokratycznego sporu w Polsce i wekslowanie każdego pomysłu PiS. Opozycja musi patrzeć władzy na ręce, nie pozwolić na to, by wojna została wykorzystana do ograniczenia wolności w stopniu, którego nie uzasadniają jednoznacznie względy bezpieczeństwa.

Świat, gdy PiS, nie oglądając się na koszty, mógł budować sobie w Polsce groteskowy, półautorytarny system, gdy mógł względnie bezpiecznie skłócać się z całym światem, gdy polscy politycy mogli wdawać się w jałowe przepychanki, zwyczajnie się skończył. Historia puka do drzwi, pora otrzeźwieć.

W najbliższych tygodniach przekonamy się, czy polska klasa polityczna jest do tego zdolna. Nie wolno tracić na to nadziei, ale pewności niestety mieć nie można.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) „Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej”.
Zamknij