Kraj

Dziemianowicz-Bąk: Czy słaby, uległy wobec władzy dyrektor będzie potrafił bronić interesu swoich uczniów?

Agnieszka Dziemianowicz-Bak. Fot. Friends of Europe CC BY-NC-ND 2.0

Kuratorzy, którzy dostali teraz więcej władzy, podlegają bezpośrednio ministrowi. Jeśli będą chcieli pozbyć się dyrektora, który jest dla nich niewygodny czy nieprzychylnie się o władzy wypowiada, to bez problemu znajdą pretekst. Rząd po prostu chce mieć kontrolę, chce wychować sobie wyborców, wykorzystać szkołę do wlania uczniom w głowę swojej ideologii. Ale − jak uczy historia − jest w takim myśleniu pułapka. Rozmowa z Agnieszką Dziemianowicz-Bąk.

Katarzyna Przyborska: Minister Czarnek zapowiada „konserwatywną rewolucję” w szkołach, zwiększenie liczby godzin historii, wprowadzenie nauczania o Janie Pawle II, może nawet powrót do łaciny i greki. Po co mu ona?

Agnieszka Dziemianowicz-Bąk: PiS postrzega edukację, podobnie zresztą jak media i instytucje publiczne, jako przestrzeń propagandy, narzędzie do produkowania poparcia dla własnej ideologii i utrzymywania władzy. Stąd próby podporządkowywania sobie wszystkiego, co dzieje się nawet na najniższym poziomie szkoły. Chodzi o rząd dusz, o kontrolę ministerstwa nad wszystkim, co dzieje się w szkole, nad każdym nauczycielem, dyrektorem i każdym uczniem i uczennicą, ich myślami, światopoglądem, każdym skrawkiem autonomii.

W najbliższym czasie ma zaś zostać przyjęty przez Radę Ministrów projekt ustawy zwiększający kompetencje kuratorskie i władzę nad dyrektorkami szkół. Czytamy w nim, że zwiększona zostanie liczba przedstawicieli kuratorium w składzie komisji konkursowej. Do tej pory to samorząd miał więcej do powiedzenia. Co to oznacza?

Zwiększanie kompetencji kuratorów oznacza zwiększanie kompetencji ministra, czyli obecnie pana Przemysława Czarnka, bo kuratorzy wojewódzcy podlegają bezpośrednio ministrowi. Teraz to oni będą decydowali o tym, jaki dyrektor może pełnić swoją funkcję, a jaki nie. Jeśli będą chcieli pozbyć się dyrektora, który jest dla nich niewygodny czy nieprzychylnie się o władzy wypowiada, to bez problemu znajdą pretekst. Jeśli ministrowi Czarnkowi nie spodoba się jakiś dyrektor, to rękami kuratora się go raz-dwa pozbędzie.

W projekcie jest napisane, że kuratorium będzie mogło wnioskować o odwołanie dyrektorki szkoły, która nie spełnia poleceń kuratorium, lub o zawieszenie, jeśli kurator „stwierdzi uchybienia związane z zagrożeniem bezpieczeństwa uczniów w czasie zajęć organizowanych przez szkołę”. Może akurat ta zmiana jest sensowna – w końcu wszystkim powinno zależeć, żeby dzieci nie były narażane na niebezpieczeństwo?

Oczywiście. Tyle że minister Czarnek widzi niebezpieczeństwo tam, gdzie go nie ma, a wręcz ze strony tych, którzy o bezpieczeństwo młodych dbają. Na przykład w organizacjach zajmujących się edukacją zdrowotną, seksualną albo antydyskryminacyjną.

Polska – kraj, w którym rzetelnej edukacji odmawia dzieciom rzecznik ich praw

Kuratorka Barbara Nowak chce ukarania dyrektorki i nauczycieli z Dobczyc, którzy razem z uczniami uczestniczyli w spotkaniu m.in. z sędzią Waldemarem Żurkiem w ramach projektu Tour de Konstytucja PL. Barbara Nowak zapowiedziała, że zwróci się do burmistrza, żeby odwołał dyrektorkę ze stanowiska. Według nowych przepisów opinia burmistrza nie będzie miała już znaczenia? Nowe przepisy ułatwią jej kontrolę ideologiczną?

Tak, bo w projekcie są między innymi zapisy dotyczące dopuszczania możliwości realizowania zadań dodatkowych przez organizacje pozarządowe. Decyzja o tym, czy dana organizacja może wejść do szkoły, nie będzie już podejmowana przez dyrektora, ale będzie wymagała zgody kuratora oświaty. Wyobraźmy sobie, że pani kurator Nowak będzie decydować, czy z zajęciami na temat zdrowia i edukacji seksualnej do szkoły może wejść Ordo Iuris, czy Ponton. Wiadomo, że pani kurator Nowak edukatorek seksualnych nie wpuści do szkoły, ale już organizację o szemranych źródłach finansowania, zajmującą się szczuciem na kobiety i kwestionującą prawa człowieka, dążącą do wypowiedzenia konwencji antyprzemocowej − owszem.

Pan minister Czarnek ma cały zestaw absurdalnych lęków: boi się równości, tolerancji, akceptacji, różnorodności. Przeraża go wizja kochającej się rodziny, która np. żyje bez ślubu albo w której dziecko wychowywane jest przez dwie kobiety. Boi się mądrzejszych od siebie dyrektorów i nauczycieli, bo wie, że sam o edukacji ma nikłe pojęcie. I te wszystkie swoje lęki minister Czarnek przekuwa w politykę oświatową.

A gdyby ministrem był ktoś naprawdę kompetentny? Ktoś, do kogo mamy większe zaufanie niż do ministra Czarnka?

Cały proces decentralizacji oświaty i powierzania samorządom zadań oświatowych służyć miał temu, żeby edukacja była dopasowana do potrzeb lokalnych, do potrzeb uczniów, żeby np. decyzje o tym, jakie dodatkowe zajęcia wprowadzić poza podstawą programową, mogli podejmować ludzie, którzy są najbliżej uczniów, znają ich potrzeby. W tej chwili chce to wziąć w swoją garść ministerstwo. Minister tymczasem − ktokolwiek to będzie − urzędując w alei Szucha, nie może wiedzieć, że w jakiejś szkole w województwie dolnośląskim brakuje zajęć z edukacji o zdrowiu i seksualności, a w innej o zmianach klimatycznych, i że może warto sprowadzić osobę, która na tę potrzebę odpowie, skoro już oficjalny program nie daje tu rady.

Zdaje się, że według ministra żadna polska uczennica zajęć o seksualności nie potrzebuje. A może to centralne zarządzanie mogłoby sprawić, że wszystkie publiczne szkoły, niezależnie od tego, gdzie się znajdują, będą równie dobre? Skończy się szukanie, zdobywanie punktów, i najlepszą szkołą będzie po prostu ta najbliższa?

Oczywiście, że szkoły powinny być równie dobre, a z nierównościami edukacyjnymi, które w dodatku pogłębiły się też na skutek pandemii, trzeba walczyć.

Młodzież wyraża swój wspólny interes: chce przeżyć [rozmowa z Edwinem Bendykiem]

Ale na wyrównywanie poziomu szkół nie wpłynie odgórna kadrowa decyzja ministra czy kuratora oświaty, że dyrektorem szkoły może być tylko osoba uległa i bezkrytyczna wobec władzy. Sposobem na zasypywanie nierówności jest zwiększenie prestiżu zawodu nauczyciela, wzrost wynagrodzeń, wzmocnienie opiekuńczej funkcji szkoły, przeniesienie części wydatków oświatowych bezpośrednio na budżet państwa – bo dziś bogatsze samorządy są w stanie więcej dokładać środków do zadań oświatowych, a mniej zamożnych na to nie stać. I tym powinien zająć się minister Czarnek, a nie ideologiczną centralizacją systemu oświaty.

Jaki może być kolejny krok?

Pętla na polskim systemie oświaty się zaciska. Mamy zapowiedź zmian na liście lektur, ministerstwo dokręca śrubę nauczycielom, zwiększając im pensum. Zapowiadany jest obowiązek chodzenia na religię albo na etykę, a w większości polskich szkół nauczaniem tej drugiej zajmują się katecheci, bo nauczycieli etyki po prostu brakuje. Ten następny krok wykonają uczniowie i rodzice swoimi nogami. Już teraz badania pokazują, że znaczna ich część, w tym nawet elektoratu PiS, gdyby tylko mogła sobie pozwolić na wysłanie swojego dziecka do szkoły niepublicznej − zrobiłaby to. Minister Czarnek swoimi decyzjami rozsadza system edukacji publicznej, z którego ucieka, kto może − ze szkodą dla tych, co zostaną.

Nierówności stale rosną, wpływ na to miała reforma ministry Zalewskiej, teraz pandemia. Minister Czarnek na pewno jest tego świadom, ale kolejnymi decyzjami tylko ten proces napędza.

Z całą pewnością minister o tym wie. Ale i jemu, i całemu obozowi rządzącemu prywatyzacja oświaty absolutnie nie przeszkadza. Pomysł PiS na państwo opiera się na, skądinąd potrzebnych, ale niewystarczających transferach finansowych, przy jednoczesnym braku budowania silnych usług publicznych. Efektem będzie, a w zasadzie już coraz bardziej jest, państwo sprywatyzowane, którego obywatele mają sobie sami kupić ochronę zdrowia i edukację, a najlepiej także środek transportu i opiekę nad seniorami.

Te 500+, w dodatku niewaloryzowane, to i tak za mało.

Nawet zwaloryzowane nie zastąpiłoby sprawnych usług publicznych. Nie ma takiego transferu, za który będzie można w całości opłacić edukację dziecka, leczyć poważne choroby, zapłacić za opiekę nad niesamodzielnym rodzicem. Państwo musi wspierać obywateli i transfery są słuszne, ale przede wszystkim konieczne są dobre usługi publiczne. Bez nich rosną nierówności.

Jesteśmy w punkcie zwrotnym. Po poprzednich wydarzeniach: reformie ministry Zalewskiej, strajku nauczycieli − pandemia do końca rozregulowała system edukacyjny. Dobitnie pokazała też największe bolączki polskiej szkoły, przede wszystkim podawczy model nauki, opierający się na bierności uczniów.

Takie kryzysy jak pandemia są bolesne i dotkliwe, ale jednocześnie stwarzają szansę na jakąś zmianę. Pytanie, co zrobimy z tą szansą. Wiemy, że szkoła nie radzi sobie ze wsparciem psychologicznym, że przez ostatnie lata zajmowała się tylko jedną ze swoich funkcji − funkcją dydaktyczną, ale już nie wychowawczą, nie opiekuńczą, które też posiada. I nie chodzi tu o zapewnienie opieki od rana do popołudnia, ale o to, czy szkoła pomaga w żywieniu dzieci, czy wspiera ich rozwój emocjonalny, czy jest miejscem, do którego mogą się zwrócić po pomoc w razie problemów rodzinnych lub rówieśniczych.

Zamiast obarczać dodatkowymi obowiązkami biurokratycznymi, zamiast straszyć nadzorem, warto społeczność szkolną wspierać w tym, co jest teraz najważniejsze − w odbudowie relacji, w przepracowaniu z młodymi doświadczenia traumy, w powrocie do codziennego rytmu nauki.

Jednak minister Czarnek żyje w swojej własnej rzeczywistości. Połowa polskich nastolatków boryka się z objawami depresji, w pierwszym kwartale o 25 proc. w stosunku do podobnego okresu ubiegłego roku wzrosła liczba dziecięcych prób samobójczych. W tym czasie minister Czarnek kombinuje, jak tu przykręcić śrubę dyrektorom, jak wprowadzić do programu szkolnego nauczanie o Janie Pawle II, jak zmusić młodzież do kontaktu z katechetami, jak zwiększyć liczbę godzin historii, dokładając kolejne treści do przeładowanego programu nauczania. Te wszystkie działania nawet bez pandemii nie służyłyby polskiej szkole, a w kontekście wyzwań, które postawiła pandemia, są po prostu szkodliwe.

Istnieją grupy eksperckie, np. Szkoła ucząca się, od dawna analizujące sytuację w oświacie i wprowadzające progresywne rozwiązania, z których można korzystać. Pytanie, czy jest wola ze strony rządzących, czy też ta pogłębiająca się katastrofa jest władzy na rękę?

Ministerstwo Edukacji i Nauki również dysponuje instytucjami, które powinny dostarczać badań i rozwiązań, choćby Ośrodek Rozwoju Edukacji czy Instytut Badań Edukacyjnych. Ale potencjał tych instytucji jest marnowany, bo minister Czarnek z nich także urządza sobie folwark. W IBE zastępcą dyrektora minister mianował ostatnio, pomimo braku wymaganych na to stanowisko kwalifikacji, swojego byłego asystenta, prawicowego polityka, działacza katolickiego, Jakuba Kopera. To jest marnotrawienie potencjału instytucji eksperckich, które szczególnie teraz, po tym naturalnym i nagłym eksperymencie edukacyjnym, jaki przyniosła pandemia i czas nauki zdalnej, powinny dostarczać danych, innowacji, wiedzy, analiz, a nie stanowić zasób posad dla znajomych.

Powrót do szkół. Czy dzieciaki czeka teraz wielki sprawdzian?

Ale obecna władza nie jest ciekawa, nie szuka nowych, twórczych rozwiązań dla edukacji. Rząd po prostu chce mieć kontrolę, prawica chciałaby wychować sobie wyborców, wykorzystać szkołę do wlania uczniom w głowę prawicowej ideologii. Ale − jak uczy historia − jest w takim myśleniu pułapka. Przypominam, że był już taki minister edukacji, który chciał dekretami i odgórnie wpajać młodym prawicowe wartości. Nazywał się Roman Giertych.

Co wzbudziło opór.

Tak. I dokładnie tak samo, im więcej minister Czarnek będzie usiłował uczniom włożyć do głów religijnych, prawicowych treści, tym bardziej młodzi ludzie będą skręcać w lewo. To widać już teraz: po szesnastu latach rządów prawicy młode pokolenia są coraz bardziej lewicowe.

Czyli plan ministra, żeby w odpowiedzi na spadek zainteresowania młodzieży Janem Pawłem II zaaplikować im jeszcze więcej Jana Pawła II, może się nie udać?

Młodzież to nie tuczne gęsi. Nie da się w nią na siłę wtłoczyć swoich wyobrażeń, wierzeń, lęków, frustracji, ideologii. Nie udało się Giertychowi, nie uda się Czarnkowi.

No dobrze, roztaczamy tu straszne wizje, ale może nadzór kuratorski nad dyrektorami nie będzie miał szkodliwego wpływu na samych uczniów?

Będzie mieć wpływ na to, co dzieje się w szkole. Jakie imprezy są organizowane, z jakimi organizacjami szkoła nawiązuje współpracę. Na codzienność szkoły, a zatem i uczniów.

Jeśli na czele szkoły stać będzie osoba słaba, uległa, podporządkowana władzy − to czy zdoła bronić interesu swoich uczniów? Czy wbrew kuratorowi pozwoli np. na organizację Tęczowego Piątku, czyli dnia, kiedy w szkole mówi się o solidarności z młodzieżą nieheteronormatywną, organizuje warsztaty antydyskryminacyjne? Czy będzie w stanie bronić swoich uczniów i uczennic przed nagonkami kuratorium?

Tak jak to robił dyrektor XXX LO w Warszawie Marcin Konrad Jaroszewski po ich udziale w Strajku Kobiet?

Dyrektor musi mieć odwagę sprzeciwienia się swoim zwierzchnikom. Edukacja to jest też nauka kwestionowania autorytetów, wyrażania swoich poglądów, swojego zdania bez względu na polityczną koniunkturę.

Świat nie czeka z wyzwaniami. Ma pani poczucie traconego teraz czasu?

Przede wszystkim młodzi mają to poczucie. Głośno mówią, czego oczekują od szkoły. To między innymi edukacja klimatyczna, o zdrowiu i seksualności − to wszystko, co dotyczy przyszłości. Brakuje im też edukacji pracowniczej, dzięki której nie obawialiby się wejścia na rynek pracy − bo to młodzi pracownicy są grupą szczególnie narażoną na łamanie praw pracowniczych. Resort edukacji ma jednak na nich inny pomysł, za wszelką cenę trzymając polską szkołę w odmętach przeszłości.

Skąd brać nadzieję?

Z dołu. Z głosu młodych, bardzo świadomych wyzwań, jakie przed nami stoją. Z konkretnych doświadczeń uczniów, nauczycieli. Także tych z czasu pandemii.

Ten bolesny i trudny czas pokazał ogromną solidarność i skłonność całego środowiska oświatowego do mobilizacji. Znamy historie nauczycielek, które za własne pieniądze kupowały sprzęt, żeby móc prowadzić lekcje, kiedy z dnia na dzień zapadła decyzja o przejściu na edukację zdalną. Dla dobra uczniów.

Tak jak teraz, dla dobra uczniów, nauczyciele − pomimo wycofania się ministerstwa z wytycznych dotyczących nieoceniania, nienadrabiania w tej chwili zaległości − jednak rozumieją, że to nie jest czas, by robić mnóstwo kartkówek, ale by z dzieciakami porozmawiać, wysłuchać ich lęków, obaw, doświadczeń. Część dzieci straciło bliską osobę, część oduczyła się kontaktów społecznych, niektóre doświadczyły wzmożonej przemocy domowej, a ktoś nie mógł poradzić sobie ze zdalną nauką i boi się powrotu do szkoły. Nauczyciele i pedagodzy rozumieją to i sami z siebie starają się ten czas wykorzystać na odbudowanie relacji. Myślę, że w takiej oddolnej mądrości i solidarności jest wciąż wielka siła − mimo starań ministra Czarnka, by ją zdeptać.

**
Agnieszka Dziemianowicz-Bąk − posłanka Lewicy, działaczka społeczna i naukowczyni. Przez ponad trzy lata była członkinią Zarządu Krajowego Partii Razem. Jedna z organizatorek Czarnego Protestu. W 2016 znalazła się na corocznej liście FP Top 100 Global Thinkers czasopisma „Foreign Policy”. W 2018 r. obroniła pracę doktorską w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Wrocławskiego.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Katarzyna Przyborska
Katarzyna Przyborska
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl
Redaktorka strony KrytykaPolityczna.pl, antropolożka kultury, studentka The Graduate School for Social Research IFiS PAN; mama. Była redaktorką w Ośrodku KARTA i w „Newsweeku Historia”. Współredaktorka książki „Salon. Niezależni w »świetlicy« Anny Erdman i Tadeusza Walendowskigo 1976-79”.
Zamknij