Kraj

Czas na zakaz hodowli zwierząt na futra!

Ferma lisów

Musimy walczyć o krajowe zakazy hodowli i pracować z przemysłem odzieżowym. Wtedy możemy być pewni, że przemysł futrzarski stanie się tylko wstydliwym reliktem historii. Rozmowa z Pawłem Rawickim, prezesem Otwartych Klatek.

Bartosz Zając: Temat hodowli zwierząt na futra pojawił się w Otwartych Klatkach z chwilą powstania organizacji, a nawet przed formalnym powołaniem stowarzyszenia. Skąd ten wybór?

Paweł Rawicki, prezes stowarzyszenia Otwarte Klatki i koordynator kampanii „Cena futra”: Już w 2012 Polska miała dużą produkcję futrzarską. Jeśli ruch ochrony zwierząt chciał coś konkretnego w tej dziedzinie zrobić globalnie czy choćby w skali Europy, to konieczne było, abyśmy poruszyli w końcu ten temat w Polsce. Kiedy sam zacząłem się interesować tym tematem, byłem w totalnym szoku, że tak ogromna machina, pełna cierpienia zwierząt, działa praktycznie tuż pod naszym nosem, a ja mimo zainteresowania ochroną zwierząt niewiele właściwie wiedziałem na ten temat. W Głożynie niedaleko Gniezna pierwszy raz w życiu zobaczyłem fermę norek. W ciągu roku od tego dnia zobaczyłem ferm futrzarskich pewnie z setkę. Uświadomiło mi to, że musimy pokazać opinii publicznej to, co sami obserwowaliśmy.

Czy zabijanie norek daje pracę strukturalnie bezrobotnym?

Otwarte Klatki zasłynęły śledztwami na przemysłowych fermach hodowców takich jak Rajmund Gąsiorek czy Wojciech Wójcik. Czy to, co zarejestrowaliście na fermach prezesów związków hodowców, stanowiło margines?

Wszystkie problemy dobrostanu zwierząt futerkowych są podobne na każdej fermie. Nie stanowi dużej różnicy, czy jest to 200 zwierząt czy 200 tysięcy. Przyczyną jest trzymanie biologicznie dzikich zwierząt w systemie klatkowym. To zawsze kończy się agresją, autoagresją, kanibalizmem. Fermy mogą czasem lśnić czystością, wydawać się wspaniale zorganizowane, ale to nic nie zmienia w kwestii dobrostanu zwierząt.

W innych kampaniach Otwarte Klatki walczą o poprawę warunków hodowli. Tymczasem „Cena futra” zakłada wprowadzenie całkowitego zakazu hodowli. Skąd ta rozbieżność?

W tym przypadku nie ma sensu wprowadzanie rozwiązań pośrednich czy stopniowych zmian. Powiększanie klatek o kilkadziesiąt centymetrów kwadratowych nic nie zmienia, ponieważ te zwierzęta potrzebują znacznie większych przestrzeni. Nawet dając lisom uratowanym z ferm kilkadziesiąt metrów kwadratowych wybiegu, mamy świadomość, że to pewien kompromis. Jakiekolwiek sensowne podniesienie wymogów hodowli skończyłoby się zamknięciem ferm, dlatego lepiej po prostu grać w otwarte karty i walczyć o jasno sformułowany w prawie zakaz.

Lisia ferma w Goliszewie, fot. Andrzej Skowron

Jak wygląda poparcie polityków dla idei zakazu hodowli? Niedawno opowiadał się za nim sam Jarosław Kaczyński, jednak ostatecznie zapis ten nie znalazł się w nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt.

Przede wszystkim sukcesem organizacji w Polsce jest to, że dziś już każdy polityk zna ten problem. Przypuszczam, że gdyby odbyło się głosowanie w Sejmie, to szanse na zakaz byłyby naprawdę spore. Niestety za każdym razem projekty zakazu są blokowane przez lobby futrzarskie, zanim trafią pod głosowanie. Myślę, że poparcie dla zakazu wśród polityków rośnie, jednak wciąż czeka nas dużo pracy.

Nowa kadencja Sejmu przynosi oczywiście nowe nadzieje. Już na samym początku pojawiła się zapowiedź Katarzyny Piekarskiej, posłanki Koalicji Obywatelskiej, która stanęła na czele Parlamentarnego Zespołu Przyjaciół Zwierząt, że złoży projekt zakazu hodowli zwierząt na futro i że z powodu okresu przejściowego, jaki będzie musiał być zawarty w takim projekcie, należy projekt złożyć jak najwcześniej. Zdobycie poparcia wśród wszystkich partii obecnych w parlamencie będzie zadaniem trudnym, ale na pewno możliwym. Organizacje zajmujące się tym tematem w Polsce zrobiły już właściwie wszystko, co mogły. Teraz czas na ruch polityków.

Hodowcy przekonują, że przeciwko hodowli zwierząt na futra jest w Polsce jedynie garstka „zielonych”. Jak faktycznie wygląda poparcie opinii publicznej dla ewentualnego zakazu?

Poparcie dla zakazu rośnie. Kilka lat temu było to 55%, a w ostatnich badaniach z września 2019 roku około 70%. Nawet w gminach, w których od dawna istnieje spora liczba ferm, większość społeczności popiera zakaz. To jasno pokazuje, że im lepszy dostęp do informacji na temat hodowli zwierząt na futro, tym większe poparcie dla zakazu.

Na przestrzeni lat toczyło się w Polsce wiele protestów, w których mieszkańcy sąsiadujący z fermami zwierząt futerkowych sprzeciwiali się rozbudowie czy powstawaniu nowych inwestycji. Wygląda na to, że fermy nie szkodzą tylko zwierzętom.

Fermy zwierząt futerkowych szkodzą zwierzętom, ludziom i środowisku. Sąsiedztwo fermy to po prostu obniżenie komfortu życia związane z plagami much, uciążliwościami zapachowymi i zanieczyszczeniem środowiska, gleb i wód gruntowych. To oznacza nie tylko straty finansowe dla regionu, ale i zwiększone ryzyko powikłań zdrowotnych dla mieszkańców.

Wbrew temu, co twierdzą hodowcy norek, te protesty nie są inicjowane przez organizacje ekologiczne. Wiele protestów miało miejsce przed założeniem Otwartych Klatek. O części dowiadujemy się dopiero teraz, choć odbyły się lata temu. Przy czym warto wspomnieć, że kilkanaście lat temu był przypadek lokalnej petycji „za fermą norek”, ponieważ liczono na rozwój gminy i miejsca pracy. Kiedy się okazało, że miejsc pracy nie ma, a gmina tylko traci na fermie, to właściwie każdy pomysł budowy fermy norek zaczął się spotykać z oporem społeczności lokalnej. Obecnie mieszkańcy w całej Polsce są dużo bardziej czujni w przypadku informacji o podobnych inwestycjach. Wiedzą, z czym wiąże się powstanie takich ferm w regionie, i reagują z wyprzedzeniem, blokując rozbudowę istniejących czy powstawanie nowych ferm.

Czy potrzebujemy zabijać więcej zwierząt?

Wspomniałeś, że duże fermy futrzarskie to również koszty środowiskowe. Po zamknięciu ferm na Zachodzie wielu inwestorów przeniosło się do Polski. Jakie koszty ponosimy w związku z taką koncentracją ferm w naszym kraju?

Niestety nie ma dokładnych wyliczeń dotyczących kosztów środowiskowych, ale wiemy, że są one niemałe. To, co wiadomo na pewno, to na przykład konieczność zapobiegania skutkom ucieczek norek z ferm do parków narodowych, co wiąże się z kosztami ponoszonymi przez te parki. W wielu wsiach są to rozjeżdżone drogi, zanieczyszczone żyły wodne, spadają ceny nieruchomości w całej okolicy. Tracą i mieszkańcy, i środowisko.

Przedstawiciele przemysłu futrzarskiego wysuwają często argumenty ekonomiczne. Powołują się na znaczące wpływy do budżetu z tytułu prowadzonej działalności, miejsca pracy i zyski związane z utylizacją odpadów z ferm drobiu i przemysłu rybnego, które trafiają na fermy lisów i norek jako pasza.

Są to kwestie marginalne w skali całego kraju, które w dodatku nie uwzględniają kosztów, jakie jednocześnie ponosimy. Warto spojrzeć na to realistycznie: w ciągu ostatnich czterech lat liczba zwierząt futerkowych w Polsce spadła prawie o połowę (z 10 milionów do 5,2 miliona). Czy w związku z tym obserwujemy jakieś problemy ekonomiczne w kraju? Czy zalewają nas odpady poubojowe? Nic takiego nie widać, a więc pewnie nie byłoby inaczej, gdyby zamknąć również pozostałe fermy.

Portret w rzeźni − fotografia w ruchu prozwierzęcym

czytaj także

Polscy hodowcy szczycą się drugim miejscem w Europie w dziedzinie produkcji futer. Jak obecnie kształtuje się ten rynek? Czy hodowla futer nadal jest tak opłacalna?

W 2013 roku ceny skór norek na świecie były najwyższe w historii. Poskutkowało to wysypem ferm norek w Polsce, wtedy też było najwięcej protestów przeciwko nowym fermom. Od tego czasu ceny wciąż spadają, między innymi dzięki temu, że największe marki odzieżowe wycofują się z wykorzystywania futer w swoich kolekcjach. Hodowla stała się dziś dużo mniej opłacalna, choć oczywiście najwięksi hodowcy dalej sobie radzą, głównie dzięki zyskom, jakie fermy przynosiły w ubiegłych latach. Jeśli tendencja się utrzyma, to kolejne fermy będą zamykane.

Widmo zakazu popchnęło hodowców do wprowadzenia samoregulacji w dziedzinie dobrostanu zwierząt. Certyfikat Welfur czy program „Otwarte fermy” miały przekonać opinię publiczną, że w tej branży zachowywane są najwyższe standardy i hodowcy troszczą się o warunki, w jakich żyją zwierzęta.

Żadne certyfikaty nic nie zmieniają na fermach futrzarskich. Wprowadzenie programu Welfur w Polsce nie spowodowało, że widzimy na fermach jakieś przebudowy infrastruktury, nowe klatki czy cokolwiek podobnego. Fermy w Polsce wyglądają dziś tak samo jak w 2011 roku, kiedy widziałem pierwsze fermy w swoim życiu. Nie ma co się szczycić certyfikatem, jeśli nie stoi za nim realna poprawa warunków życia zwierząt.

W ubiegłym roku wprowadzono obowiązek podwójnego opłotowania ferm norek. Skąd ten pomysł?

Podwójne opłotowanie ferm norek miało stanowić kompromis między ministrem rolnictwa a ministrem środowiska, aby nie wpisywać norki na listę gatunków inwazyjnych obcych, zagrażających rodzimym gatunkom europejskim. Mogłoby to w znacznym stopniu przyczynić się do wprowadzenia u nas zakazu hodowli tych zwierząt, a przynajmniej doprowadzić do zamknięcia wielu ferm.

Niedawno na listę inwazyjnych gatunków obcych wpisane zostały jenoty. Aby kontynuować ich hodowlę, należało uzyskać dodatkowe zezwolenie. Oczekujemy, że w tym roku restrykcje dotyczące infrastruktury na fermach jenotów staną się jednak bardziej transparentne, niż ma to miejsce w tej chwili. Pomoże nam to przeprowadzić własne kontrole i sprawdzić, czy poszczególne hodowle rzeczywiście spełniają konieczne wymagania.

W przypadku norki amerykańskiej podwójne opłotowanie miało zapobiec ucieczkom zwierząt. Pomijając już kwestię tego, że bardzo trudno zrobić cokolwiek, aby nie pozwolić norkom na ucieczkę, kiedy zwierzęta znajdą się już poza klatką, to większość ferm norek w Polsce wciąż nie ma tego podwójnego opłotowania. Prawdopodobnie dla wielu ferm byłoby to już zbyt duże obciążenie finansowe w momencie, gdy ceny skór futerkowych są niskie. Niestety, odpowiedzialne za to służby, czyli powiatowe inspekcje weterynaryjne, nie traktują tego tematu priorytetowo, co pozwala takim nieprzepisowym fermom trwać.

Jak w takim razie wyglądają weterynaryjne kontrole dobrostanu zwierząt?

Inspekcja Weterynaryjna w Polsce jest bardzo niedofinansowana. Z jednej strony po prostu brakuje jej czasu na odpowiednie kontrole, z drugiej strony w wielu miejscach pracują osoby, które nie traktują przepisów ustawy o ochronie zwierząt wystarczająco poważnie. Potrzebne są większe nakłady finansowe na inspekcję, ale również zmiana podejścia do ochrony zwierząt wewnątrz tej instytucji. W naszym przekonaniu potrzebna jest również nowa instytucja w postaci Rzecznika Ochrony Zwierząt.

Przemoc wobec zwierząt dzieje się w Polsce wszędzie

Niedawno inspektorzy Otwartych Klatek przeprowadzili dwie interwencje na fermach lisów w Goliszowie i Karskach. W obu przypadkach stan zwierząt zadecydował o ich natychmiastowym odbiorze w celu podjęcia niezbędnego leczenia. Przedstawiciele przemysłu futrzarskiego zapewniają z kolei, że kontrole w ramach programu Welfur eliminują z rynku hodowców zaniedbujących zwierzęta.

Tak naprawdę przypadki zwierząt, które powinny być od razu odebrane, znaleźlibyśmy również na tych większych fermach, jednak w przypadku Goliszowa i Karsek mogliśmy wszystko udokumentować bez wchodzenia na czyjś teren prywatny. Jedyne, co odróżnia te fermy od tych największych, związanych z dużymi nazwiskami, to fakt, że nieprawidłowości są łatwiej dostrzegalne.

Lis odebrany z fermy
Lis odebrany interwencyjnie z fermy w Goliszewie, fot. Andrzej Skowron

Europa Zachodnia potępiła hodowlę zwierząt na futra, wprowadzając kolejne zakazy. W 2000 przykład dała Wielka Brytania, której obywatele walczą teraz o zakaz importu naturalnych futer. Głos zabierają również ludzie ze świata mody. Futra naprawdę odchodzą do historii?

Nie widzę innej możliwości. Wydaje się, że kurs na zakończenie hodowli na futro na całym świecie jest już obrany i nie powinien się zmienić. Musimy walczyć zarówno o krajowe zakazy, jak i pracować z przemysłem odzieżowym i wtedy możemy być pewni, że przemysł futrzarski stanie się tylko wstydliwym reliktem historii. Na szczęście zmiany w świecie mody zachodzą na naszych oczach. Warto tu wspomnieć choćby niedawną deklarację polskiej marki Deni Cler. W jej kolekcjach jeszcze niedawno futra były stale obecne, a teraz firma deklaruje całkowitą rezygnację z wykorzystywania futer odzwierzęcych. Takie deklaracje są ważnym krokiem do odesłania futer na śmietnik historii.

**
Bartosz Zając jest koordynatorem projektów w stowarzyszeniu Otwarte Klatki.

*
Wywiad przygotowany przez Otwarte Klatki. Dziękujemy za zgodę na wykorzystanie materiału.


Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.