Kraj

5 błędów, których możemy uniknąć, znając historię innych fal migracyjnych

To ostatni moment, żeby przyjęcie ukraińskich uchodźców przez Polskę uczynić historią sukcesu, a nie historią porażki. Nie popełnijmy tych pięciu błędów.

I. Tabuizacja polskich lęków

Konfederacja zwołała w czwartek w sejmie antyuchodźczą konferencję prasową, którą media od lewa do prawa zgodnie zbojkotowały. Sekretarz stanu w KPRM Adam Andruszkiewicz skomentował ruchy Konfederacji słowami, pod którym podpisałaby się znacząca większość opozycji, a także czytelników KP: „szczucie na uciekające przed bombami kobiety i dzieci z Ukrainy za rzekome »przywileje« jest nie tylko kłamliwe i żałosne politycznie, ale również antychrześcijańskie, antypolskie i prorosyjskie”.

W reakcji skrajnie prawicowy Twitter już zaczął huczeć, że rząd wraz z mediami kłamią, bo nie pokazują tego, co Polacy wiedzą, bo słyszeli od sąsiada. Czyli że dla Ukraińców znajdą się lekarze, numerki w urzędach i dobra praca – wszystko to, o co Polakom coraz trudniej.

Upieczone w wolnościowym sosie („cenzurują nas!”) wąty tego rodzaju rozchodzą się jak świeże bułeczki – w czym usłużnie pomagają kremlowskie trolle. Czyli dzieje się dokładnie to co w Niemczech w 2016 roku, kiedy radosna atmosfera „Willkommenskultur” zaczęła ustępować (wypowiadanemu po kątach) przekonaniu, że rzeczywistość polityczno-medialna oblana jest lukrem.

Konfederacja w jednym ma rację: tak, Polakom będzie coraz trudniej, szczególnie tym uboższym. Nadciąga nieuchronna recesja. To oczywiście nie wina uchodźców, ale Putina, covidu i jeszcze paru biesów. Tylko jeśli nikt poza Konfederacją nie zajmie się odpowiadaniem na lęki z tym związane, partia ta może na medialnym bojkocie sporo zyskać, a raz znalezionego winnego trudno będzie podmienić.

Dlatego ani dziennikarze, ani politycy nie powinni wyśmiewać i bagatelizować tych lęków, a mądre głowy już teraz powinny zacząć debatować, jak podsunąć poduszkę tym, którzy najszybciej odczują ekonomiczne skutki uboczne rosyjskiej inwazji na Ukrainę.

Uchodźcy a brzydkie emocje, które są w nas

czytaj także

II. Pozostawienie uchodźców na pastwę dobrych serc

To już truizm: uchodźcom pomaga nie rząd, ale wolontariusze, NGO-sy i samorządy, którym zaraz skończą się pieniądze i siły. Otwarciu granic i liberalizacji przepisów migracyjnych za pomocą specustawy ukraińskiej nie towarzyszy koordynacja działań pomocowych czy rozmieszczenia uchodźców po kraju ani konsekwentna polityka informacyjna. Bez systemowego wsparcia uchodźców w poszukiwaniu mieszkania i pracy proces ten odbędzie się na zasadach dzikiego kapitalizmu – czyli rozpocznie się nierówna walka silniejszych ze słabszymi.

Czym to grozi? Oczywiście polsko-ukraińskimi konfliktami na tle ekonomicznym, które mogą skończyć się niezadowoleniem społecznym, a nawet – biorąc pod uwagę mniej prawdopodobne, gorsze scenariusze rozwoju sytuacji – zagęszczeniem aktów przemocy, czy wręcz zagrożeniem bezpieczeństwa państwa.

Kolejka do punktu werbunkowego wolontariuszy na dworcu Warszawa Centralna. Fot. Jakub Szafrański

Świetnie widać to na przykładzie Turcji, która od lat gości zdane na samych siebie 3,5 miliona syryjskich uchodźców. To oczywiście kraj o innej skali problemów społecznych i mniej zamożny per capita niż Polska – ale mechanizm może zadziałać podobny.

Właściciele mieszkań i hoteli będą zawyżać uchodźcom ceny (i już to robią, przy czym na razie obciążają w ten sposób nie państwo, ale samorządy), a niejeden pracownik usłyszy od swojego pracodawcy, żeby zgodził się na pół wypłaty, bo inaczej zatrudni Ukraińca. Janusze biznesu przytłoczeni gwałtownie rosnącymi kosztami będą wyzyskiwali uchodźców za głodowe stawki, a Ukraińcy pod ostrzałem niechętnych spojrzeń nie będą garnąć się do odwdzięczania się za dobroć łaskawych panów.

Może nie będzie aż tak źle – ale w warunkach wolnej amerykanki z pewnością pojawią się takie tendencje. Nie da się ich całkowicie wyeliminować, ale można je ograniczać z pomocą mądrych regulacji, programów osłonowych, a także redystrybucji wysokich zysków, które w warunkach quasi-wojennych uzyskają niektóre branże. I aktywnego wsparcia w nostryfikacji dyplomów, które pomogą wypełnić luki polskiego rynku pracy.

Raport o stanie ludzkich serc

czytaj także

III. Litość zamiast solidarności

Uchodźcy zjawiający się na polsko-ukraińskiej granicy są zdruzgotani, ale po zetknięciu z polską gościnnością wszystkie ich problemy znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Tu i ówdzie wesoło świergoczą gromadki polsko-ukraińskich dzieci, podczas gdy ich rodzice nawiązują nici dozgonnej przyjaźni. Uchodźcy są biedni, ale mili i dobrzy (jak to ludzie ze wschodu) i wprost nie mogą się nadziękować Polakom, którzy opiekują się nimi jak małymi dziećmi.

Mniej więcej tak wygląda obraz kryzysu uchodźczego w polskich mediach (oczywiście, mogłoby być dużo gorzej). Oczywiście również taka jest prawda – oby takich przypadków było jak najwięcej – zwykle jednak rzeczywistość nie przedstawia się tak różowo. Do Polski przyjeżdżają ludzie głęboko straumatyzowani, zagubieni i/lub tonący w poczuciu winy, że oni wyjechali, a ktoś został. Przez to mogą być słabo komunikatywni, obojętni lub nieufni. Ponadto – to niby oczywiste, a jakby nie do końca – ludzie, którzy przyjeżdżają, to po prostu ludzie. Dobrzy i źli, bogaci i biedni, mili i zupełnie francowaci.

I znowu wracamy do Niemiec AD 2016, kiedy machina dobrej woli zaczęła zwalniać obroty. Popsuły ją przerwy w dostawie wdzięczności, konflikt rzeczywistości z oczekiwaniami i piramidalne nieporozumienia wywołane przez fakt, że jednej stronie bardzo trudno zrozumieć, co przeżywa druga – i vice versa. Dlatego jeśli sąsiadka miała złe doświadczenia z Ukraińcami – nie wyzywajmy jej od kremlowskich trolli. Jeśli nie jest trollem, do niczego dobrego to nie doprowadzi.

„Dobry” uchodźca jest biały, ubogi, wdzięczny za pomoc i chętny do pracy. „Źli” uchodźcy to cała reszta

IV. Dzielenie Ukraińców na bardziej i mniej zasługujących na wsparcie

Powoli daje się zaobserwować dystans, z którym „stara” ukraińska migracja patrzy na tę „nową”, trochę się jej obawia i nieco się za nią wstydzi. Przypomina to stosunek Polaków, którzy wyemigrowali na Zachód przed stanem wojennym, do tych, którzy masowo zjechali tam w drugiej połowie ejtisów. Ci pierwsi patrzyli na tych drugich z pozycji Europejczyków – nawet jeśli ich staż w tej roli wynosił co najwyżej kilka lat.

Dziś okoliczności są oczywiście zupełnie inne, a ukraińska solidarność w obliczu wojny raczej nie pozwoli na powstanie w Polsce ukraińsko-ukraińskich konfliktów na większą skalę, choć pewnie i na to zacierają rączki kremlowskie mąciwody. Ale jeśli „stara” migracja będzie czuła się traktowana przez Polaków gorzej od tej „nowej”, może to zarzutować na polsko-ukraińskich stosunkach, które – choć w tej chwili wydaje się to jeszcze niemożliwe – mogą jeszcze stać się bardzo napięte.

Przykład? Już teraz niektórzy właściciele mieszkań w dużych miastach zrywają umowy ze swoimi ukraińskimi (choć nie tylko) najemcami, by przyjąć uchodźców – bo zważywszy na pomoc od państwa, lepiej na tym zarobią – przynajmniej jeśli rodzina jest liczna. A wiadomo, jak jest teraz z mieszkaniami w dużych miastach – wyrzuceni najemcy trafią do ogromnej kolejki.

Pewnie nieraz zdarzy się też tak, że „nowej” (a więc mniej zorientowanej w stawkach) ustąpić miejsca pracy będzie musiała Ukrainka mieszkająca w Polsce z dłuższym stażem. Zagrożenie to dotyczy szczególnie silnie sfeminizowanych branż. Również tym zjawiskom państwo powinno przeciwdziałać.

Jak wygląda uchodźca? [reportaż z granicy]

V. Zadowolenie rządu z własnej ignorancji

Polityka migracyjna Polski w ostatnich latach polegała na kolejnych liberalizacjach przepisów w związku z brakami pracowników na rynku pracy. Ściągano coraz większą liczbę pracowników, zakładając, że popracują i znikną, powtarzając błąd Niemiec z lat 60., kiedy do „tymczasowej” pracy zaproszono między innymi Turków, Włochów czy Greków. Mimo że liczba imigrantów zamieszkujących w Polsce na stałe ciągle rosła, PiS unikał jak ognia „lewackiego” tematu, jakim jest polityka integracyjna.

Zbyt lewackie do bycia partnerem w projektowaniu polityk były też dla rządu migracyjne NGO-sy (w pierwszych latach PiS-u cierpiące na ograniczanie funduszy i uciążliwe kontrole), z lekką podejrzliwością traktowano również badające migracje ośrodki akademickie, o promigranckich samorządach nie wspominając. A to właśnie te instytucje starały się przez lata zwiększających się słupków imigracji projektować to, czego nie robił rząd: kompleksową politykę migracyjną opartą na lokalnym kontekście, twardych danych i doświadczeniach partnerów z innych państw. Bez ich know-how – szczególnie tego zdobytego w 2021 roku z okazji kryzysu na polsko-białoruskiej granicy – obecna sytuacja rysowałaby się zdecydowanie tragiczniej.

Uchodźcy z Ukrainy na przejściu granicznym w Medyce Fot. Monika Bryk

To ostatni moment, żeby rząd zmienił podejście i rozpoczął współpracę z tymi aktorami. Ich merytoryczne zasoby niezbędne są do dalszej pracy z migrantami. Pracy, którą rząd musi wreszcie przejąć od zmęczonego społeczeństwa i jego obywatelskich instytucji. Jeśli to zrobi, oszczędzi społeczeństwu kolejnych frustracji i rozczarowań, które do niczego dobrego w obecnej sytuacji nie doprowadzą. Tylko wtedy przyjęcie ukraińskich uchodźców przez Polskę ma szansę stać się historią sukcesu, a nie historią porażki.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kaja Puto
Kaja Puto
Reportażystka, felietonistka
Dziennikarka i redaktorka zajmująca się tematyką Europy Wschodniej, migracji i nacjonalizmu. Współpracuje z mediami polskimi i zagranicznymi jako freelancerka. Związana z Krytyką Polityczną, stowarzyszeniem reporterów Rekolektyw i stowarzyszeniem n-ost – The Network for Reporting on Eastern Europe. Absolwentka MISH UJ, studiowała też w Berlinie i Tbilisi. W latach 2015-2018 wiceprezeska wydawnictwa Ha!art.
Zamknij