Gospodarka, Nauka

Dość już tej pracy. Pora się w życiu zabawić

koty-impreza

Mimo postępów w automatyzacji i robotyzacji pracy my wciąż pracujemy coraz więcej. Dlaczego? A gdyby tak przestać?

W 1930 roku brytyjski ekonomista John Maynard Keynes przewidywał, że pod koniec stulecia będziemy przeciętnie pracować jakieś 15 godzin tygodniowo. Automatyzacja zaczynała wypierać miejsca pracy już w początkach XX wieku. Zdaniem Keynesa ta tendencja miała się nasilać, aż wszystko, czego ludziom potrzeba do dogodnego życia, będziemy wytwarzać przy minimalnym wysiłku własnych rąk i umysłów.

Peter-Gray
Peter Grey

Przewidywania ekonomisty sprawdziły się jednak tylko co do upowszechnienia automatyzacji. Maszyny, komputery i roboty wykonują dziś szybko i sprawnie zadania, które wcześniej wykonywali w pocie czoła robotnicy. Nic nie wskazuje na to, by postęp automatyzacji miał zwolnić. Keynes nie miał jednak racji co do schyłku pracy.

Im więcej tradycyjnych miejsc pracy zastępowały maszyny, tym więcej wynajdywaliśmy sobie nowych zajęć. Niektóre z tych nowych profesji powstały na skutek rozwoju nowych technologii i można uczciwie stwierdzić, że płynące z nich korzyści społeczne nie ograniczają się do tego, że dają zatrudnienie. Oczywistym przykładem są technologie informatyczne, a także nowe gałęzie rozrywki, na przykład projektowanie i tworzenie gier komputerowych.

Zarazem pojawia się jednak coraz więcej zajęć, które wydają się całkowicie bezużyteczne, a niekiedy wręcz szkodliwe. Zastępy biurokratów ze świtami asystentów u boku przekładają z miejsca na miejsce papiery, których wcale nie trzeba przekładać. Mrowie biznesowych prawników troszczy się tylko o to, by koncerny płaciły jak najniższe podatki. Jedni finansiści wymyślają pokrętne instrumenty finansowe, by inni mogli na nich spekulować. Lobbyści korumpują polityków na wszelkie możliwe sposoby, a spece od reklamy i przedstawiciele handlowi wciskają nam towary i usługi, których nikt nie chce i nie potrzebuje.

Fiala: Praca zabija nasze życie i związki

Mnóstwo ludzi poświęca dziś większą część życia na pracę, z której społeczeństwo nie ma żadnego pożytku. Ta smutna świadomość robi z nas cyników. Przestajemy myśleć o pracy w kategoriach jej społecznej użyteczności. Politycy od lewa do prawa biją się o fabrykę broni w swoim okręgu wyborczym, bo trzeba ratować miejsca pracy, choć nawet wojsko im mówi, że produkowany tam sprzęt jest przestarzały i zbędny. Ci sami politycy przy wtórze mediów sprzeciwiają się zamykaniu kopalń węgla i dymiących fabryk, byle tylko utrzymać miejsca pracy, bez względu na koszty dla środowiska.

Problem jest, rzecz jasna, natury ekonomicznej. Wszystko, czego nam trzeba i czego w granicach rozsądku możemy sobie zażyczyć, potrafimy wyprodukować przy minimalnym nakładzie ludzkiej pracy. Nadal jednak nie wiemy, jak zorganizować dystrybucję tych dóbr inaczej niż przez wypłatę wynagrodzenia za (co najmniej) czterdziestogodzinny tydzień pracy. Rozwój technologii prowadzi wręcz do koncentracji coraz większego bogactwa w rękach coraz mniejszej części ludzkości, co tylko pogłębia problem dystrybucji. A rewolucja przemysłowa zostawiła nam w spadku etos pracy, zgodnie z którym na wszystko trzeba sobie zapracować – dlatego z miejsca odrzucamy każdy poważny pomysł na dzielenie się wspólnie wytwarzanym bogactwem w inny sposób niż dotychczas.

A może spróbujemy inaczej? Precz z etosem pracy, niech żyje etos zabawy! Tak zaprojektowała nas ewolucja – do zabawy, a nie do pracy. W zabawie dajemy z siebie najwięcej. Niech zatem ekonomiści wymyślą świat, w którym będziemy jak najmniej pracować, a jak najwięcej się bawić. Problem nie wydaje się nierozwiązywalny. Wszyscy dobrze na tym wyjdziemy, jeśli ci, którzy z musu wykonują dziś pracę szkodliwą dla reszty, przestaną się nią zajmować, a tą pracą, która pozostanie niezbędna – i jej owocami – będziemy się dzielić po równo.

Czym jest praca?

Słowo „praca” ma oczywiście wiele różnych, częściowo pokrywających się znaczeń. Tak, jak używa go Keynes – i jak używam go ja w pierwszych akapitach tego artykułu – praca oznacza czynność, którą wykonujemy wyłącznie (lub przede wszystkim) z przyczyn ekonomicznych: dla utrzymania siebie i naszych rodzin.

Czy dochód obywatelski pomoże kobietom?

czytaj także

„Praca” może również oznaczać każdą czynność, którą odbieramy jako uciążliwą, ale wykonujemy ją z konieczności – bez względu na to, czy czerpiemy z niej korzyści finansowe. W tym rozumieniu synonimem pracy jest „znój”, a praca stanowi przeciwieństwo zabawy.

Pracą nazywamy też każdą czynność, uciążliwą lub nie, która przynosi jakiś pozytywny efekt. Według tej definicji praca i zabawa nie wykluczają się wzajemnie. Są szczęśliwcy, dla których praca zarobkowa jest także przyjemnością. Wykonywaliby ją także wtedy, gdyby nie musieli zarabiać na życie. Nie w tym sensie piszę tu o pracy, ale warto o nim pamiętać, bo przypomina nam on, że wiele zadań, które nazywamy pracą, ponieważ dają nam zarobek, uważalibyśmy za zabawę w świecie, który gwarantowałby nam ekonomiczne podstawy bytowe w inny sposób.

Czy praca jest nieodłączną częścią natury ludzkiej? Nie!

Wiele osób dziwi się, gdy im powiedzieć, że w skali biologicznej historii człowieka praca jest dość niedawnym wynalazkiem. Pojawiła się razem z rolnictwem – odkąd ze zgiętymi karkami orzemy, siejemy, pielimy i zbieramy plony. Spotęgował ją przemysł, skazując nas na wyniszczający trud w fabrykach i kopalniach. Jednak ziemię zaczęliśmy uprawiać ledwo dziesięć tysięcy lat temu, a przemysł jest od rolnictwa o wiele młodszy.

Co robiliśmy przedtem? Przez setki tysięcy lat żyliśmy ze zbieractwa i łowiectwa. Ludy zbieracko-łowieckie przetrwały do dziś w odległych zakątkach świata. Badacze, którzy je obserwowali i żyli wśród nich, raz po raz zwracają uwagę, jak niewiele czasu te społeczności poświęcają na zadania, które w naszej kulturze zwykliśmy uważać za pracę.

Jak wiemy z badań ilościowych, przeciętny dorosły członek ludu zbieracko-łowieckiego spędzał około 20 godzin w tygodniu na zbieraniu żywności i polowaniu, a kilka dodatkowych godzin zajmowały mu inne konieczne dla życia czynności, takie jak wyrób narzędzi i przygotowywanie posiłków. Co robili w pozostałym czasie? Odpoczywali, ale większość wolnego czasu spędzali na zajęciach, które sprawiały im przyjemność: muzykowali, tworzyli sztukę, tańczyli, rywalizowali ze sobą w grach, snuli opowieści, gawędzili i żartowali. Odwiedzali znajomych i krewnych w sąsiednich zbiorowościach. Nawet samych łowów i zbierania żywności nie uważali za pracę – oddawali się tym czynnościom z entuzjazmem. Zadania te sprawiały im przyjemność i zawsze wykonywano je gromadnie, Dlatego nigdy nie brakowało chętnych do poszukiwania owoców czy zwierzyny łownej. A ponieważ żywność sprawiedliwie rozdzielano między wszystkich, nikt nie odczuwał presji, jeśli w danym dniu (albo tygodniu) nie uczestniczył w wyprawach.

Część antropologów donosi, że w języku badanych przez nich społeczności brakuje nawet słowa na oznaczenie pracy – a jeśli takie słowo istnieje, dotyczy tylko obowiązków, jakie wykonują rolnicy czy górnicy w innych zbiorowościach, z jakimi się zetknęli. Słynne stało się określenie antropologa Marshala Sahlinsa, który przedstawiał ludy zbieracko-łowieckie jako „pierwotne społeczeństwa dobrobytu” – bogate nie ze względu na dobra materialne, jakie posiadały, ale dlatego, że ich potrzeby były niewielkie, a zaspokojenie ich wymagało stosunkowo niewiele wysiłku, dzięki czemu mieli czas na zabawę i rozrywki.

Roboty opodatkują Billa Gatesa

czytaj także

W skali ewolucji dziesięć tysięcy lat to tyle co nic. Fundamentalna natura człowieka ukształtowała się na długo przed powstaniem rolnictwa i przemysłu. Z natury wszyscy jesteśmy zbieraczami i łowcami. Kiedy pracujemy na swoje utrzymanie, chcemy czerpać z tego przyjemność, a poza tym chcemy mieć dużo wolnego czasu na własne zajęcia, które z biologicznym przetrwaniem nie mają nic wspólnego.

Szarfenberg: Dochód obywatelski to nie utopia

Dziś, gdy produkcja żywności i towarów przemysłowych wymaga tak niewiele ludzkiego wysiłku, możemy odzyskać wolność, jaką ludzie cieszyli się przez większość swego istnienia. Trzeba tylko rozwiązać problem dystrybucji.

Czy musimy pracować, by być aktywni i spełnieni? Nie!

Niektórzy obawiają się, że życie niewypełnione po brzegi pracą prowadzi do gnuśności i depresji. Praca, przestrzegają, nadaje życiu sens, a kiedy jej nie ma, nie warto wstawać rano z łóżka. Wskazują na bezrobotnych, którzy często cierpią na depresję; na tych, którzy po pracy osuwają się bezwładnie na fotel, albo na emerytów, którzy nie wiedzą, co robić z wolnym czasem i czują się niepotrzebni. Te spostrzeżenia nie są fałszywe, ale pochodzą z obserwacji świata, w którym bezrobocie uważa się za życiową klęskę; w którym po dniu pracy jesteśmy fizycznie lub mentalnie wyczerpani; w którym pracę się gloryfikuje, a zabawę potępia – i w którym, nieustannie pracując od ukończenia szkoły podstawowej aż po emeryturę, zapominamy, jak się bawić.

Spójrzmy raczej na dzieci, które nie chodzą jeszcze do szkoły, więc nakaz wytężonej pracy nie zdążył jeszcze stłumić ich ciekawości i chęci do zabawy. Czy dzieci są leniwe? Nic podobnego. O ile nie śpią, są bez przerwy aktywne. Powodowane ciekawością, ciągle coś robią. W zabawie wymyślają historie, budują, rysują i filozofują (tak, filozofują!) na temat otaczającego świata.

Nie ma powodu sądzić, że potrzeba takiej aktywności zanika z wiekiem w sposób naturalny. Zanika, bo najpierw wybija ją nam z głowy szkoła, która przecenia pracę a nie uznaje zabawy, a później wyczerpująca praca zawodowa i wyścig po karierę odbierają nam siły do czegokolwiek innego. W społecznościach myśliwych i zbieraczy ten pęd nie zanikał z wiekiem. Gdyby nie kierat pracy, nie zanikałby także w nas.

To nie nowe świadczenie, to rewolucja

Szkoły wynaleziono w dużej mierze po to, by wpajać nam ślepe posłuszeństwo wobec zwierzchników i by nas wytresować do terminowego wykonywania nużących zadań. Wynaleziono je innymi słowy po to, by poskromić naszą naturalną skłonność do zabawy i odkrywania świata, a przyzwyczaić nas do życia, w którym nie czeka nas nic poza pracą. W świecie, w którym wyżej od pracy ceni się zabawę, takie szkoły nie miałyby racji bytu. Przeciwnie: każdy człowiek mógłby w pełni realizować swoją naturalną potrzebę zabawy, twórczości i poszukiwania sensu życia.

Masochiści w pracy. Dlaczego pozwalamy się wyzyskiwać i jesteśmy za to wdzięczni?

Niemal z definicji praca jest czymś, czego nie chce się nam robić. Koliduje z naszą wolnością. W takiej mierze, w jakiej jesteśmy zmuszeni pracować, tracimy wolność decydowania o sobie i wyrzekamy się prawa do odnajdywania własnego sensu życia. Pogląd, jakoby praca była koniecznym warunkiem szczęścia, wiele łączy z protekcjonalnym przekonaniem, według którego ludzie nie umieją sobie radzić z wolnością. Ta ponura wizja natury ludzkiej ma od stuleci swoich promotorów, a umacniają ją szkoły, by produkować wciąż nowe pokolenia posłusznej siły roboczej.

Czy cenne dla kultury odkrycia, wynalazki i dzieła sztuki są możliwe tylko dzięki pracy? Nie!

Ludzie uwielbiają tworzyć i odkrywać. Mamy naturalną ciekawość i chęć do zabawy. Tym właśnie cechom człowiek zawdzięcza swoje odkrycia i twórcze dokonania. Nie ma powodu sądzić, że gdybyśmy byli mniej obciążeni pracą, a więcej czasu przeznaczali na to, co sami pragniemy robić, ludzkość notowałaby mniej osiągnięć w nauce, sztuce i innych twórczych przedsięwzięciach.

Konkretne formy, jakie przybiera ludzka wynalazczość, zależą po części od uwarunkowań kultury. Wśród koczowniczych łowców i zbieraczy, gdzie każdy przedmiot, którego nie dało się łatwo zabrać w drogę, był zbędnym balastem, odkrycia dotyczyły zwykle najbliższego otoczenia fizycznego i biologicznego, a twórczość miała zazwyczaj charakter efemeryczny: pieśni, taniec, żarty, opowieści, zdobienia ciała i tym podobne. Od czasów, gdy człowiek zajął się uprawą ziemi, te formy twórczych działań uzupełniamy o materialne wynalazki, które diametralnie zmieniają nasze życie.

Naukowcy, wynalazczynie, artyści, poetki i pisarze często mówią o swoich największych dokonaniach jako o zabawie. Einstein na przykład nazywał swoje dokonania na polu matematyki i fizyki teoretycznej „zabawą w kombinatorykę”. Robił to dla przyjemności, nie dla pieniędzy, a utrzymywał się jako urzędnik w biurze patentowym. Holenderski historyk kultury Johan Huizinga w klasycznym dziele „Homo Ludens” przekonująco dowodzi, że większość osiągnięć kultury, stanowiących o bogactwie ludzkiego życia – w sztukach pięknych, muzyce, literaturze, poezji, matematyce, filozofii, a nawet w dziedzinie prawa – ma swój początek w zamiłowaniu do zabawy. Huizinga wskazuje, że w odkrycia obfitowały szczególnie te okresy i te miejsca na Ziemi, gdzie stosunkowo wielu dorosłych cieszyło się wolnością od przymusu pracy, dzięki czemu mogło przeznaczyć czas na zabawę, a otoczenie darzyło tę zabawę szacunkiem. Doskonałym przykładem takiego środowiska są starożytne Ateny.

Czy brak pracy byłby dla ludzi demoralizujący? Nie!

Osiemnastowieczny poeta i filozof Friedrich Schiller napisał: „Człowiek tylko tam jest pełnym człowiekiem, gdzie się bawi” (Listy o estetycznym wychowaniu człowieka i inne rozprawy, tłum. I. Krońska, J. Prokopiuk). Zgadzam się z nim. Tak jak on uważam za pewnik, że istotnym elementem człowieczeństwa, który daje o sobie znać w zabawie, jest troska o drugiego człowieka.

Przepracowani? Wypaleni? To przestańcie się samowyzyskiwać

Przepełniony pracą świat zbyt często staje się pułapką bez wyjścia, a konieczność wypełniania obowiązków zawodowych nie pozwala nam wypełniać obowiązków wobec innych ludzi. Pogrążeni w pracy, nie mamy czasu ani energii – a niekiedy nawet motywacji – by nieść pomoc potrzebującym, dbać o środowisko i włączać się w działania, które poprawiają byt wszystkich ludzi. Fakt, że już dziś tak wielu z nas mimo presji pracy zarobkowej angażuje się w działalność humanitarną, świadczy o tym, jak ważne dla człowieka jest niesienie pomocy innym i zmienianie świata na lepsze. Większość z nas robiłaby dla innych znacznie więcej, gdyby nie praca – ta studnia bez dna, w której topimy czas i energię – i gdyby nie przemożna skłonność do chciwości i uległości wobec władzy, którą praca w nas powoduje.

„Brudne pieluchy, strzykawki, gumowy penis. A wy musicie grzebać w tym syfie”

Ludy zbieracko-łowieckie, jak pisałem, żyły zabawą, a w antropologii są kardynalnym przykładem społeczeństw chętnych dzielić się wszystkim, co posiadają, i wzajemnie sobie pomagać. Cechował je także egalitaryzm – ze wszystkich znanych nam zbiorowości tylko one nie wytworzyły hierarchii społecznych. Ich etyka, oparta na zabawie, nie zezwala nikomu na wywyższanie się ponad innych statusem ani majątkiem. W świecie bez pracy – albo takim, gdzie pracowalibyśmy mniej – nie wspinalibyśmy się z takim wysiłkiem po tej czy innej drabinie społecznej, która i tak prowadzi donikąd. Znacznie więcej uwagi poświęcalibyśmy za to szczęściu innych ludzi. To przecież nasi koledzy i nasze koleżanki. Chcą się z nami bawić.

A zatem, zamiast za wszelką cenę konserwować etos pracy, dlaczego nie spróbujemy rozwiązać problemu dystrybucji, nie uwolnimy się od nadmiaru pracy i nie pozwolimy sobie na zabawę?

Dobre pytanie.

Nie wypruwaj sobie żył w pracy – i tak nic z tego nie będzie

**
Peter Gray – badacz i profesor psychologii na Boston College. Wydał po polsku książkę Wolne dzieci. Jak zabawa sprawia, że dzieci są szczęśliwsze, bardziej pewne siebie i lepiej się uczą?  Czytaj także blog profesora Greya na Psychology Today, możesz też śledzić jego publiczny profil na Facebooku.

Tekst ukazał się na blogu Petera Greya na psychologytoday.com. Wybrał i z angielskiego przełożył Marek Jedliński.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij

Zapisz się na newsletter Krytyki Politycznej
i bądź na bieżąco