Gospodarka

Gwarancja zatrudnienia? Tak, bo przecież chcemy pracować bez sensu

Gwarancja zatrudnienia to bardzo wątpliwe rozwiązanie problemu bezrobocia. Nie potrzebujemy wielkiego programu robót budowlanych, a praca opiekuńcza, choć potrzebna, wymaga kwalifikacji. W XXI w. tworzenie publicznych korpusów pracy jest archaiczne.

Państwa wysoko rozwinięte wytworzyły już tak niewyobrażalne bogactwo, że zupełnie uzasadniony staje się postulat, by każdemu zapewnić byt na przyzwoitym poziomie. Bezwarunkowy dochód podstawowy przedostaje się z marginesu debaty ekonomicznej do jej głównego nurtu, choć jeszcze niedawno uznawany był za utopijną koncepcję, którą nie warto się nawet zajmować. Mniej popularna, choć zapewne łatwiejsza do wprowadzenia, dotacja kapitałowa (tj. powszechny spadek, który otrzymuje się w wieku 18 lat) także co jakiś czas pojawia się w debacie publicznej nie jako ciekawostka, tylko realny instrument wyrównywania szans.

Spadek dla wszystkich!

W Polsce ostatnimi czasy popularyzowana jest jeszcze inna koncepcja: gwarancja zatrudnienia, w świecie anglojęzycznym promowana m.in. przez ekonomistkę Pavlinę Tchernevą, a u nas np. przez Rafała Wosia. Skoro społeczeństwa rozwinięte najwyraźniej nie są jeszcze gotowe do wypłacania pieniędzy za sam fakt bycia obywatelką, to niech przynajmniej dadzą każdej obywatelce pracę. Na pierwszy rzut oka wydaje się to bardzo sensownym pomysłem – upieczemy przecież dwie pieczenie przy jednym ogniu. Zapewnimy każdemu byt, jednocześnie promując tak zwany etos pracy. No i będzie to rozwiązanie tańsze od BDP, a może nawet od dotacji kapitałowej. Niestety, im dalej w las, tym więcej wątpliwości wobec tego pomysłu.

Pracodawca ostatniej szansy

By już na początku uspokoić (niektórych) czytelników, trzeba zaznaczyć, że powszechna gwarancja zatrudnienia nie polega na uniemożliwieniu przedsiębiorstwom zwalniania pracowników. To rozwiązanie nie wpływałoby bezpośrednio na obecne relacje pracownik–przedsiębiorca. Według tego pomysłu państwo powinno stać się „pracodawcą ostatniej szansy”, czyli dawać pracę tym, którzy z jakiegoś powodu nie znaleźli jej w sektorze prywatnym. Mielibyśmy więc trzy segmenty rynku pracy: prywatny, tradycyjny publiczny, w którym nadal obowiązywałyby konkursy, a także „wspierany publiczny”, który dawałby zatrudnienie każdemu chętnemu.

Wynagrodzenie dla pracowników korzystających z gwarancji zatrudnienia powinno mieć wysokość ustawowej płacy minimalnej, a nawet mogłoby „być od niej nieznacznie niższe”, jak proponuje Woś w jednym ze swoich tekstów. Dzięki temu stabilizowałaby ona płace na rynku, ale nie prowadziła do inflacji, gdyż nie napędzałaby presji na wzrost płac lepiej zarabiających. Po prostu nikt nie mógłby płacić mniej, niż wynosi pensja minimalna, gdyż żaden potencjalny pracownik na taki układ by się nie zgodził, mając w odwodzie pewność zatrudnienia w sektorze publicznym.

Dlaczego potrzebujemy gwarancji zatrudnienia

Skąd jednak ten sektor publiczny miałby generować kolejne miejsca pracy? Zwolennicy gwarancji zatrudnienia całkiem przytomnie wskazują, że wiele usług publicznych leży odłogiem. Mowa chociażby o opiece nad osobami starszymi i z niepełnosprawnościami. Dotychczas bezrobotni mogliby też pracować w innych obszarach domeny publicznej, które nie wymagają wysokich kwalifikacji. Dzięki temu nowemu napływowi pracowników domena publiczna mogłaby się odbudować, a przy okazji zlikwidowano by problem długotrwałego bezrobocia.

Powrót Nowego Ładu?

Dając pewność otrzymania pracy na etacie za ustawowe najniższe wynagrodzenie, gwarancja zatrudnienia tworzyłaby więc minimalny standard zatrudnienia na całym rynku pracy. Jednocześnie stałaby się stabilizatorem makroekonomicznym, gdyż w razie kryzysów „przyjmowałaby” świeżo zwolnionych pracowników, a w czasie koniunktury pracownicy mogliby odpływać do lepiej płatnych miejsc pracy w sektorze prywatnym.

Jednym ze zwolenników tego rozwiązania był nieżyjący już Anthony Atkinson, który w swej książce Nierówności. Co da się zrobić wskazywał, że pomysł ten nie jest ani nowy, ani przesadnie rewolucyjny. Atkinson przypomina, że częściowo korzystał z niego chociażby Franklin Roosevelt podczas wprowadzania Nowego Ładu, gdy utworzono 8 mln miejsc pracy, głównie przy projektach infrastrukturalnych – np. budowie dróg i budynków użyteczności publicznej. Popularne po wojnie programy robót publicznych również miały na celu zapewnienie pracy bezrobotnym, a przy okazji osiągnięcie pewnych celów publicznych. Atkinson powołuje się także na uruchomiony w 2006 r. w Indiach Narodowy Wiejski Program Gwarancji Zatrudnienia Mahatmy Gandhiego, który zapewnia członkom wiejskich gospodarstw domowych corocznie 100 dni pracy w sektorze publicznym.

Atkinson proponuje, by gwarancja zatrudnienia była elastyczna – tak więc pracownik mający pół etatu w firmie prywatnej mógłby sobie dorabiać dodatkowe 15 godzin w sektorze publicznym. Dla zoptymalizowania programu należałoby tworzyć z wyprzedzeniem grafik dostępności pracowników. Byłoby to skomplikowane, co autor sam przyznaje, ale to koszt, który warto ponieść. Co ważne, pracownicy niechętni do skorzystania z takiej gwarancji zatrudnienia nie traciliby prawa do innej pomocy społecznej, np. zasiłku dla bezrobotnych. Według Atkinsona dostęp do gwarancji zatrudnienia powinien być reglamentowany, by cały system nie załamał się z powodu napływu imigracji zarobkowej z krajów o znacznie niższych płacach. Gwarancja zatrudnienia byłaby więc warunkowana wcześniejszym okresem składkowym lub przynajmniej dwunastomiesięcznym okresem rejestracji w krajowym urzędzie pracy jako bezrobotny.

Koszt niższy niż w BDP

Gwarancja zatrudnienia miałaby w zamierzeniu zapewnić każdemu chętnemu miejsce pracy. Inaczej mówiąc, to powrót do koncepcji pełnego zatrudnienia, do którego dążyły różnym sposobem kraje Zachodu po drugiej wojnie światowej. Jej zwolennicy zakładają, że rynek nie jest na tyle efektywny, by wykorzystać pełny potencjał społeczeństwa. Tak w rzeczywistości jest. Pomimo rekordowo niskiego bezrobocia wiele gotowych do pracy osób pozostaje bez zatrudnienia.

Według GUS na koniec II kwartału 2020 r. „niewykorzystane potencjalne zasoby pracy w wieku 20–64 lata” wyniosły 1056 tys. osób. Mówimy więc o dobrze ponad milionie osób, których potencjału nie jest w stanie wykorzystać rynek. 519 tys. spośród tych osób to bezrobotni, licząc jednak według metody BAEL (realna aktywność zawodowa), a nie na podstawie rejestracji w UP. Kolejne 328 tys. osób to bierni zawodowo, którzy nie szukają pracy, ale są gotowi do jej podjęcia, gdyby się pojawiła. To najczęściej osoby „zniechęcone bezskutecznością poszukiwania pracy”. 135 tys. osób to pracownicy niepełnozatrudnieni nie z własnej woli – chętnie pracowaliby dłużej, ale obecnie mają tylko część etatu. Ostatnia grupa to 74 tys. osób biernych zawodowo, które szukają pracy, ale nie są gotowe do jej podjęcia. Czyli będą aktywne, ale dopiero w niedalekiej przyszłości – bo np. kończą szkołę lub opiekę nad małym dzieckiem.

Guy Standing: Dochód podstawowy pozwala mówić „nie”

Zakładając, że z gwarancji zatrudnienia zechcieliby skorzystać wszyscy wyżej wymienieni, to cały bezpośredni koszt programu wyniósłby niecałe 43 mld zł (przy jednostkowym miesięcznym koszcie pracy wysokości 3373 zł, bo tyle wynosi obecna pensja minimalna plus składki po stronie pracodawcy). W skali budżetu nie jakoś dramatycznie dużo – mówimy przecież o programie, który ma zlikwidować biedę. Oczywiście, w rzeczywistości nie każdy bierny lub bezrobotny chciałby skorzystać z tej możliwości, jednak możemy też założyć, że chętni znaleźliby się również wśród obecnych prekariuszy, których jest w Polsce około miliona. Tak więc realny koszt programu mógłby wynieść nawet 50 mld zł. Nawet wtedy byłby bez porównania niższy niż w przypadku bezwarunkowego dochodu podstawowego.

Dalsze zalewanie betonem

Problem z gwarancją zatrudnienia zasadza się jednak w jednym, fundamentalnie błędnym przekonaniu. Mianowicie takim, że do pracy w usługach publicznych nie potrzeba żadnych specjalnych kompetencji. A to jest zupełna nieprawda. Większość pracowników usług publicznych to specjaliści. Pielęgniarki, nauczycielki czy kierowcy autobusów – do każdego z tych zawodów potrzeba odpowiednich kwalifikacji. By prowadzić miejski autobus, trzeba mieć prawo jazdy kategorii D. Żeby zostać pielęgniarką, trzeba obecnie skończyć studia. Sztandarowym argumentem zwolenników gwarancji zatrudnienia jest napływ „rąk do pracy” potrzebnych w usługach opiekuńczych. Najwyraźniej według nich opieka nad osobą niepełnosprawną lub zniedołężniałym seniorem jest tak prosta jak roznoszenie gazet. Tylko że to nieprawda – do pracy opiekuńczej potrzeba odpowiedniego przygotowania, także mentalnego. Nie można do niej brać każdego jak leci. Żeby nie być gołosłownym – gdyby mnie oddelegowano do opieki nad niepełnosprawną, to najpewniej zrobiłbym jej jakąś krzywdę. I nawet bym tego nie zauważył.

Opieka to praca, nie zasób naturalny [rozmowa z Anną Wiatr]

Oczywiście korpus gwarancji zatrudnienia mógłby wykonywać jakieś proste roboty budowlane. Ja np. przy budowie autostrady najpewniej bym się nie sprawdził, ale jakiś prosty chodnik bym położył, gdyby mi wcześniej pokazano, jak to się dokładnie robi. Tylko czy Polska obecnie potrzebuje wielkiego programu prostych robót budowlanych? Mało już zalaliśmy nasz kraj betonem? Co dokładnie mieliby robić ci członkowie publicznego korpusu pracy? Wykładać leśne ścieżki kostką bauma? Mogliby np. modernizować zniszczone kamienice albo wykonywać trudniejsze roboty budowlane. Tylko że tym zajmują się profesjonalne firmy, więc gwarancja zatrudnienia wchodziłaby w paradę sektorowi prywatnemu, czego zwolennicy tego rozwiązania sami chcieliby uniknąć. Tym bardziej że obecnie mediana płac w budowlance wynosi 5 tys. zł brutto, gwarancja zatrudnienia psułaby więc rynek pracy budowlańców, stanowiąc presję na obniżkę ich płac.

Zakamuflowany przymus pracy

Zwolennicy gwarancji zatrudnienia zarzekają się, że ten program nie miałby wyprzeć innych form wsparcia potrzebujących. Tylko że te deklaracje okazałyby się najpewniej płonne, gdyż wprowadzenie gwarancji zatrudnienia bez wątpienia skierowałoby w jej stronę uwagę wszystkich instytucji wsparcia społecznego – MOPS-ów, urzędów pracy i innych. Korzystanie z gwarancji zatrudnienia stałoby się „defaultowym” rozwiązaniem proponowanym każdemu, kto ma problemy z dochodem. W razie odmowy, np. z powodu zupełniej niezgodności osobistego potencjału z proponowaną pracą, taki „delikwent” stawałby się z miejsca podejrzany. Miałby już napisane w papierach, że odmówił gwarancji zatrudnienia, więc najpewniej miga się od pracy.

Tak więc gwarancja zatrudnienia przynajmniej pośrednio zmuszałaby do podejmowania pracy niezgodnej z kwalifikacjami. Ludzie, którzy by z niej skorzystali, staliby się jej więźniami, gdyż nie mieliby czasu i sił poszerzać swoich kompetencji, uzupełniać braków w wykształceniu lub szukać innego miejsca zatrudnienia. Mówimy przecież o pracach wymagających fizycznie, a często także psychicznie (usługi opiekuńcze).

Stworzylibyśmy więc tysiące właściwie fikcyjnych miejsc pracy, a także uniemożliwilibyśmy wykluczonym rozwijanie swojego potencjału. I po co to wszystko? Przecież walkę z wykluczeniem ekonomicznym można robić na dużo prostsze sposoby. Problemy życiowe bezrobotnych nie biorą się z tego, że nie mają oni rano gdzie wyjść, tylko z braku pieniędzy. Należy więc po prostu przelewać im pewną kwotę pieniędzy potrzebną do egzystencji, zamiast tworzyć na siłę programy robót publicznych, z jakimiś grafikami gotowości do pracy i całą inną, administracyjną maszynerią, która będzie temu towarzyszyć.

Zasiłek dla wszystkich bezrobotnych

Lewica proponuje podwyższenie zasiłku dla bezrobotnych do przynajmniej połowy płacy minimalnej lub połowy wcześniejszego wynagrodzenia, ale nie więcej niż połowy średniej krajowej. Mówimy więc o zakresie kwot 1,4–2,6 tys. zł. Gdyby rozciągnąć go na wszystkich bezrobotnych, to większość otrzymywałaby świadczenie w tej dolnej granicy – bo zdecydowana większość to osoby bez prawa do zasiłku, więc ich wcześniejsze zarobki musiały być przeciętnie niższe od pensji minimalnej. Załóżmy więc, że średnie powszechne świadczenie dla bezrobotnych wynosiłoby ok. 1,5 tys. zł. Zapewne w takiej sytuacji do urzędów pracy dopisaliby się również zdolni do pracy bierni zawodowo. Takim powszechnym świadczeniem dla osób pozostających bez pracy objęto by więc ok. 1,5 mln osób, a roczny koszt tego programu wyniósłby 27 mld zł. Prawie dwa razy mniej niż gwarancja zatrudnienia.

Zasiłki dla bezrobotnych równe dla wszystkich? Nie tędy droga do egalitaryzmu

Oczywiście, dochód z takiego zasiłku byłby niższy niż w przypadku gwarancji zatrudnienia. Jednak jego beneficjanci nie byliby zmuszani do pracy, w której się nie spełniają, za to mieliby wolny czas na rozwijanie swojego potencjału i szukanie dobrej pracy. W XXI w. tworzenie publicznych korpusów pracy jest archaiczne. Nie potrzebujemy tyle twardej infrastruktury, za to stać nas, jako społeczeństwo, na utrzymywanie osób pozostających bez zatrudnienia. Zamiast tworzyć kosztowne i skomplikowane programy robót publicznych, lepiej wprowadzić powszechny zasiłek dla bezrobotnych. Wyjdzie taniej, prościej i bez przymuszania ludzi do pracy.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij