Gospodarka

Zasiłki dla bezrobotnych równe dla wszystkich? Nie tędy droga do egalitaryzmu

Zasiłek dla bezrobotnych w równej dla wszystkich wysokości to rozwiązanie antypracownicze. W zróżnicowaniu świadczeń dla bezrobotnych nie chodzi o to, żeby „dopieścić wielkomiejską klasę średnią”, tylko o to, by elektryk z dwójką dzieci miał pewne poczucie bezpieczeństwa socjalnego i nie musiał drżeć przed rozmową ze swoim pracodawcą.

Propozycja partii Razem, by powiązać wysokość zasiłku dla bezrobotnych ze wcześniejszym wynagrodzeniem, wzbudziła zadziwiająco wiele negatywnych emocji po stronie części lewicy. Zasiłek proporcjonalny do ostatniej pensji ma być rzekomo niesprawiedliwy, gdyż lepiej zarabiający otrzymają więcej pieniędzy, a przecież wcześniej mieli więcej możliwości oszczędzania, stąd ich sytuacja finansowa i tak powinna być lepsza. Dlaczego więc teraz „promować” ich dodatkowo wyższym zasiłkiem?

Choć propozycja Razem zakładałaby automatycznie podniesienie najniższego zasiłku, więc miałby z niej korzyść każdy bezrobotny, to według krytyków byłoby to nadal rozwiązanie niesprawiedliwe, właściwie nawet nielewicowe, za to wspierające głównie wielkomiejską klasę średnią. Krytycy tego pomysłu najwyraźniej nie dostrzegają, że powiązanie wysokości zasiłku z pensją jest rozszerzeniem praw pracowniczych i generalnie wzmacnia klasę pracującą. Ewidentnie zapominają też, że zasiłek dla bezrobotnych w rzeczywistości nie jest wcale zasiłkiem, tylko wypłatą ubezpieczenia. To utrzymywanie obecnego stanu, w którym ubezpieczenie od utraty pracy jest traktowane jak równy dla wszystkich zasiłek, jest w interesie pracodawców, zwolenników odchudzania państwa i wszelkiego rodzaju ekonomicznych wolnościowców.

Jałmużna zamiast świadczenia

Zacznijmy od początku. Wysokość zasiłku w Polsce jest koszmarnie niska i nie wystarcza nikomu do przeżycia. W czasie wiosennej fali koronawirusa został on wyraźnie podniesiony, jednak wciąż pozostaje tak skąpy, że trudno w ogóle mówić o stabilności ekonomicznej, jaką miałby on w założeniu dawać. Przez pierwsze trzy miesiące wynosi 1200 zł brutto, a przez trzy kolejne 942 zł. Nic więc dziwnego, że całościowe wydatki na bezpieczeństwo socjalne bezrobotnych w Polsce są jednymi z najniższych w UE. W 2018 roku wydawaliśmy na nie 0,2 proc. PKB, czyli sześć razy mniej niż przeciętnie w UE. I nie jest to wynik rekordowo niskiego bezrobocia: w 2018 roku bezrobocie mieliśmy na bardzo podobnym poziomie co Niemcy i Holandia, tymczasem oba te kraje wydają na zasiłki dla bezrobotnych proporcjonalnie siedem razy więcej niż Polska.

Nikogo nie interesuje, czy mam z czego żyć

czytaj także

Obecnie zasiłek dla bezrobotnych w Polsce wynosi zaledwie 43 proc. pensji minimalnej. Z pracy zwalniani są nie tylko zarabiający pensję minimalną, więc przeciętna stopa zastąpienia jest jeszcze niższa – zaraz po przejściu na zasiłek otrzymuje się średnio jedną trzecią poprzedniej pensji, dwukrotnie mniej niż w OECD. W wielu krajach stopa zastąpienia przebija 80 proc. W Belgii wynosi nawet 90 proc., a w Słowenii 87 proc.

Koszmarnie wygląda też zasięg polskiego ubezpieczenia od utraty pracy. Na koniec III kwartału 2020 roku prawa do świadczenia nie miało 83 proc. bezrobotnych. Choć zasięg zasiłków dla bezrobotnych w ostatnich dekadach spada niemal wszędzie w Europie, to w większości krajów UE sięga kilkudziesięciu procent. Tak też było w Polsce jeszcze w latach 90.: w 1995 roku prawo do świadczenia miało ponad 30 proc. polskich bezrobotnych. Wciąż niewiele, ale dwukrotnie więcej niż obecnie.

To nie jest zasiłek

Według pomysłu partii Razem zasiłek miałby wynosić 50 proc. poprzedniej pensji, jednak tylko do wynagrodzenia równego średniej krajowej. Mówimy więc o świadczeniu wynoszącym maksymalnie ok. 2,6 tys. zł brutto. Zwolnieni pracownicy, którzy zarabiali wcześniej znacznie więcej, niż wynosi średnia krajowa, otrzymaliby świadczenie niższe niż połowa dotychczasowego wynagrodzenia. Równocześnie świadczenie nie mogłoby być niższe niż połowa pensji minimalnej – obecnie 1400 zł. Różnica między najwyższym a najniższym zasiłkiem wynosiłaby więc 1200 zł. W żaden sposób nie wpłynęłoby to na poziom nierówności w Polsce, bo na nie wpływają pensje górnych grup dochodowych. A jeśli już, to nawet nieznacznie by je zmniejszyło – część pracowników na bezrobociu otrzymałaby nieco wyższe świadczenia w stosunku do zarabiających w okolicy przeciętnego wynagrodzenia w kraju.

Tak naprawdę propozycja Razem jest zadziwiająco umiarkowana. Realna stopa zastąpienia wciąż byłaby około dwukrotnie niższa niż w przypadku krajów z najbardziej hojnymi systemami zabezpieczenia bezrobotnych. Najniższe świadczenie wzrosłoby zaledwie o 200 zł. Należałoby raczej dążyć do stopy zastąpienia na poziomie dwóch trzecich wcześniejszej pensji, ale maksymalnie dwóch trzecich średniej krajowej (czyli mówilibyśmy wtedy o świadczeniach w przedziale 1850–3400 zł). Nie zmienia to faktu, że przeforsowanie nawet tego umiarkowanego projektu znacząco poprawiłoby bezpieczeństwo socjalne pracowników.

No dobrze, ale dlaczego właściwie świadczenie dla bezrobotnych powinno być różnej wysokości? Przecież nawet jeśli mielibyśmy utrzymać górną granicę, to część bezrobotnych otrzymywałaby dwukrotnie wyższe świadczenie niż ci z samego dołu. Kluczowym argumentem jest to, że zasiłek dla bezrobotnych jest w rzeczywistości wypłatą ubezpieczenia, na które każdy z pracowników składa się proporcjonalnie do swojego wynagrodzenia. Przez długi czas składka na Fundusz Pracy (FP), z którego wypłacane są zasiłki dla bezrobotnych, wynosiła 2,45 proc. podstawy wymiaru składek na ubezpieczenie społeczne. Środków z FP regularnie nie wykorzystywano w całości, a to z powodu utrzymywania skandalicznie niskich zasiłków, więc obecny rząd postanowił utworzyć Fundusz Solidarnościowy (FS), który wspiera głównie niepełnosprawnych. W latach 2019–2020 składka na Fundusz Pracy wynosiła więc 2 proc., a na FS 0,45 proc. W tym roku składka na FS wynosi już zaledwie 1 proc., a na FS 1,45 proc.

Swoją drogą, to był bardzo przebiegły sposób pozbawienia pracowników części ich składek na ubezpieczenie od utraty pracy. Jak to, nie chcecie dać niepełnosprawnym? Każdy, komu ten ruch się nie podoba, może więc od razu zostać wrzucony do szufladki „egoista bez serca”.

O elektryka tu chodzi, a nie prezesa

Tak więc, skoro świadczenie dla bezrobotnych wypłacane jest ze składek proporcjonalnych do zarobków, samo powinno również być do nich proporcjonalne. Na podobnej zasadzie funkcjonują emerytury, które także są zróżnicowane pod względem wysokości i zależą od wcześniejszych składek. I także mają wbudowane mechanizmy chroniące system przed zbyt dużym rozwarstwieniem świadczeń. Owszem, składka na Fundusz Pracy jest formalnie płacona przez pracodawcę. Ale to tak samo jak połowa składki emerytalnej, która jest dopisywana do subkonta w ZUS pracownika. Gdy pracownik więcej zarabia, dzięki niemu powstaje wyższa składka na Fundusz Pracy. Dlatego powinien mieć z tego tytułu prawo do ewentualnego wyższego świadczenia. Na tym założeniu opiera się składkowy charakter systemu ubezpieczeń społecznych.

Rozwadowska: Po pandemii będziemy pracować jeszcze bardziej śmieciowo, na własnym sprzęcie. I mało kogo to obejdzie

No dobrze, ale w takim razie może powinniśmy dążyć do wypłacania świadczeń dla bezrobotnych bezpośrednio z budżetu i likwidacji składki zamiast do powiązania go z wynagrodzeniem? To byłaby błędna droga. Po pierwsze, zróżnicowanie świadczeń dla bezrobotnych wzmacnia klasę pracującą, a nie ją osłabia. Pracownicy dążą do jak najwyższych płac i nie ma w tym nic złego. Cała lewica chyba popiera wzrost płac. Zasiłek równy dla wszystkich osłabia pozycję negocjacyjną nieco lepiej zarabiających pracowników, gdyż w razie zwolnienia stracą oni znacznie więcej niż w przypadku zarabiających pensję minimalną. Równy dla wszystkich zasiłek osłabia więc presję na wzrost płac wśród nieco lepiej wynagradzanych pracowników. I nie mówimy tu o najzamożniejszych, zarabiających kilkadziesiąt tysięcy złotych miesięcznie lub więcej, tylko zwyczajnych pracownikach wykwalifikowanych. W zróżnicowaniu świadczeń dla bezrobotnych nie chodzi o to, żeby „dopieścić wielkomiejską klasę średnią”, tylko o to, by elektryk z dwójką dzieci miał pewne poczucie bezpieczeństwa socjalnego i nie musiał drżeć przed rozmową ze swoim pracodawcą. Pracownicy są różni i nie wszyscy zarabiają pensję minimalną. Zdecydowana większość pracowników w przemyśle zarabia znacznie więcej niż minimalna. Dlaczego wspieranie pracowników przemysłowych miałoby być nielewicowe?

Przewaga systemu składkowego

Anthony Atkinson w książce Nierówności. Co da się zrobić wskazuje kilka innych zalet systemu składkowego nad budżetowym. Atkinson zauważa, że ludzie znacznie chętniej dokładają się do systemu ubezpieczeń, jeśli widzą efekty w postaci wzrostu swoich świadczeń. Równe dla wszystkich świadczenia zniechęcają do partycypacji w systemie społecznym, za to zachęcają do indywidualnych strategii ubezpieczeniowych. Tak więc system składkowy jest sojusznikiem państwa opiekuńczego, pozwala je rozwijać, natomiast system budżetowy kieruje model społeczny w kierunku rozwiązań wolnorynkowych.

Według Atkinsona system składkowy pozytywnie wpływa także na administrowanie polityką społeczną rządu. Składki przypisane do ubezpieczonych niejako zmuszają rząd do prowadzenia prospołecznej polityki i utrzymywania instytucji państwa dobrobytu, gdyż państwo ma zobowiązanie pieniężne wobec każdego obywatela. Inaczej mówiąc, system składkowy nakłada na polityków ograniczenia – więc przykładowo nie mogą sobie wydać połowy środków z ZUS na zbrojenia. Dzięki temu społeczeństwo, z klasą pracującą na czele, jest bardziej niezależne – jego byt nie zależy jedynie od widzimisię pracodawców oraz władzy, ale w dużej mierze jest chronione przez wspólny system ubezpieczeniowy.

Czas na pracownicze ubezpieczenia od bezrobocia

czytaj także

Czas na pracownicze ubezpieczenia od bezrobocia

Krzysztof Czarnecki, Marek Naczyk

A co się dzieje, gdy składki zaczynają być traktowane jak zwykły podatek? Doskonałym przykładem jest właśnie polski Fundusz Pracy, którego środkami politycy operują sobie zupełnie swobodnie, na co od lat zwracają uwagę związki zawodowe. W zeszłym roku OPZZ wydał oficjalny komunikat w sprawie wydatkowania środków z Funduszu Pracy, które w ogromnym stopniu sfinansowały zadania niezwiązane z ochroną pracowników.

Tak więc to utrzymywanie świadczenia dla bezrobotnych na równym dla wszystkich poziomie jest rozwiązaniem antypracowniczym i wrogim systemowi ubezpieczeń społecznych.

Budżetowe finansowanie świadczeń oddaje pełną kontrolę środków publicznych politykom, którymi można manipulować, kupować ich i omamiać lobbystami, za to pozbawia wpływu społeczeństwa jako całości oraz poszczególnych jego organizacji, takich jak związki zawodowe. Na krótką metę równe świadczenia dla bezrobotnych mogą się wydawać rozwiązaniem bardziej egalitarnym, a egalitaryzm jest wartością, do której bez wątpienia należy dążyć (i właśnie dlatego proporcjonalność świadczeń miałaby obowiązywać tylko do średniego wynagrodzenia). Jednak na dłuższą metę stanowi to wyłom w systemie ubezpieczeń społecznych, który skutkuje tym, że politycy bezkarnie utrzymują zasiłek na co prawda równym, ale skandalicznym poziomie.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij