Gospodarka, Kraj

„Jednolity kontrakt pracy”. Koniec śmieciówek czy znów ściema?

Sprawdźmy fragment drabiny dochodów: Polki i Polacy zarabiający między 50 a 100 tysięcy zł rocznie musieli dotąd oddać państwu 32,9 proc. zarobionych pieniędzy. Najbogatsi, którzy inkasowali więcej niż 500 tysięcy zł rocznie, oddali zaledwie 21,7 proc. Jak długo jeszcze najbogatsi będą najmniej obciążani? Komentarz Piotra Szumlewicza.

PiS-owski Polski Ład rozczarował propozycjami dotyczącymi rynku pracy. Właściwie Zjednoczona Prawica nie przedstawiła żadnych rozwiązań w tym obszarze. Nie pojawiło się nic na temat podwyżek wynagrodzeń w sferze budżetowej i samorządowej, nic na temat wzrostu płacy minimalnej, nie ma też nic o walce z niewypłacaniem pensji na czas, nic o nadgodzinach, nic o bezpieczeństwie i higienie pracy. Nie ma też w dokumencie nawet wzmianki o związkach zawodowych ani żadnych innych formach partycypacji pracowniczej. Generalnie nie ma żadnych propozycji zmian w Kodeksie pracy. Poza jednym tajemniczym wyjątkiem.

Na 47. stronie Polskiego Ładu pojawia się postulat: „Ograniczenia w stosowaniu umów śmieciowych”. W jego rozwinięciu czytamy: „ograniczymy wykorzystanie umów cywilnoprawnych, m.in. dzięki pełnemu oskładkowaniu umów zlecenia z perspektywą wprowadzenia jednego kontraktu na pracę”.

Co to znaczy? Trudno dociec, bo nic więcej na ten temat już nie ma. Wszystkich, którzy liczyli na jakiekolwiek konkrety w sprawie walki ze śmieciówkami, musiało spotkać spore rozczarowanie. Z brzmienia postulatu wynika, że zmiany w systemie podatkowym samoistnie doprowadzą do ograniczenia umów niestandardowych. Nie jest to więc propozycja propracowniczych zmian w Kodeksie pracy, ale jedynie wyraz przekonania, że pełne opodatkowanie umów-zleceń ograniczy ich skalę.

Czy tak by się stało, można spekulować. Jeżeli dla danej firmy kluczowa jest możliwość łatwego pozbycia się pracownika, odebrania mu prawa do urlopu i omijania przepisów dotyczących czasu pracy, to podniesienie kosztów przy umowach-zleceniach nie zmieni jego decyzji o omijaniu etatu. Ale na tym obszarze przynajmniej znamy intencje rządu. Znacznie bardziej enigmatycznie brzmi hasło „jednego kontraktu na pracę”. Co to może znaczyć?

Niebezpieczeństwa

Związkowcowi pojęcie kontraktu nie kojarzy się zbyt dobrze. Wszak kontrakt to zaprzeczenie etatu – tutaj przeciwstawia się klasyczną umowę etatową kontraktowi między stronami. O kontrakcie mówi się zazwyczaj w kontekście relacji business to business, które często przyjmują postać wymuszonego samozatrudnienia. Firma matka narzuca współpracownikom zakładanie własnych firm, dzięki czemu tnie koszty i nie przejmuje się prawami pracowniczymi. Z taką sytuacją mamy do czynienia w wielu firmach, w tym również spółkach skarbu państwa, takich jak TVP czy PLL LOT.

Telewizja na umowę o dzieło

Ale wydaje się, że Zjednoczonej Prawicy chodzi o co innego – celem jest raczej jakaś nowa forma umowy, która pozwoliłaby wyeliminować dużą część dotychczasowych umów cywilnoprawnych.

Ciekawe, że idea kontraktu zawarta w Polskim Ładzie zdaje się nawiązywać do pomysłów Platformy Obywatelskiej sformułowanych w czasie kampanii wyborczej w 2015 roku. Wtedy również jednolity kontrakt miał docelowo zastąpić dużą część umów nieetatowych, ale zarazem zmodyfikować etaty. Główna idea kontaktu polegała na tym, aby ograniczyć umowy cywilnoprawne, ale zarazem uelastycznić umowy etatowe. Kontrakt na pracę byłby pewną syntezą umów śmieciowych i umowy na etat.

Zgodnie z tamtą propozycją uprawnienia z zakresu stosunku pracy byłyby pochodną długości zatrudnienia u danego pracodawcy i stopniowo by rosły. W pojawiających się propozycjach założono skrócenie okresów wypowiedzenia do dwóch tygodni w pierwszym roku zatrudnienia; miesiąca – przy stażu zatrudnienia wynoszącym od roku do trzech lat oraz trzech miesięcy – przy zatrudnieniu powyżej trzech lat. Urlop w wymiarze 26 dni obowiązywałby także dopiero po przepracowaniu trzech lat w danej firmie, podobnie jak konieczność uzasadnienia wypowiedzenia przez pracodawcę.

Ogólnie kontrakt miałby działać według zasady, zgodnie z którą wraz ze stażem pracy dla danego pracodawcy kontrakt nabierałby coraz więcej cech umowy na czas nieokreślony, wydłużałby się okres wypowiedzenia oraz wymiar urlopu. Platforma proponowała wtedy, by jednolity kontrakt dotyczył wszystkich przypadków, gdy więź prawna między pracownikiem a pracodawcą ma charakter trwały.

Propozycje ostatecznie upadły, a PO przegrała wybory. Trudno się dziwić, że większość środowisk pracowniczych krytycznie oceniała tamte propozycje. Tak pojmowany kontrakt pogarszałby bowiem sytuację setek tysięcy pracowników. Coraz więcej z nas zmienia pracę i rozwiązanie, zgodnie z którym pełnych praw pracowniczych nabieramy dopiero po trzech latach zatrudnienia u danego pracodawcy, oznaczałoby znaczne pogorszenie sytuacji pracowników.

Znaczną część pracowników znacznie łatwiej byłoby zwolnić z pracy, niż przewidywały obowiązujące przepisy, a tak pojmowany kontrakt oznaczałby równanie w dół praw standardów pracy, a na dodatek osłabienie związków zawodowych. Niewygodnych działaczy o krótkim stażu pracy można byłoby bowiem bardzo łatwo zwolnić, nie podając nawet uzasadnienia.

Kolejną próbą wprowadzenia rozwiązań idących w kierunku jednolitego kontraktu była wizja Kodeksu pracy sformułowana przez Komisję Kodyfikacyjną Prawa Pracy powołaną już przez rząd Zjednoczonej Prawicy. W tamtym dokumencie również pojawił się pomysł radykalnego ograniczenia umów cywilnoprawnych, ale, podobnie jak w propozycjach Platformy Obywatelskiej, zaproponowane rozwiązania osłabiały prawa pracownicze i wielu pracownikom odbierały prawa wynikające z klasycznej umowy na etat na czas nieokreślony.

Komisja zaproponowała m.in. nowe formy umów: umowę na czas wykonywania pracy dorywczej, na czas wykonywania pracy sezonowej oraz na czas wykonywania pracy na podstawie nieetatowej umowy o pracę. Pojawiły się też nowe kategorie pracowników, w tym pracownicy autonomiczni, czyli osoby, których czas pracy trudno weryfikować, a których nie obowiązywałby 11-godzinny odpoczynek dobowy zawarty w obowiązującym Kodeksie pracy.

Dyskusja nad tymi propozycjami skończyła się fiaskiem, a rząd się z nich wycofał i odrzucił prace Komisji. Była to kolejna próba ograniczenia umów cywilnoprawnych kosztem znacznego uelastycznienia umów etatowych. Wkrótce potem ten kierunek zmian został zarzucony i wrócił dopiero kilka dni temu w Polskim Ładzie. Czy i teraz skończy się porażką?

Neoliberalne zniewolenie

Szanse

Idea jednolitego kontraktu pojawia się w kontekście dyskusji o zmianie systemu podatkowego. Pomysły Platformy Obywatelskiej z 2015 r. nie przeszły, ale proponowany wtedy kierunek zmian w systemie podatkowo-składkowym wydaje się godny zainteresowania.

Obecnie polski system podatkowo-składkowy jest dość skomplikowany i degresywny. Łącznie osoby o najniższych dochodach są bardziej obciążone niż osoby bogate. Zgodnie z danymi przytaczanymi przez Polski Instytut Ekonomiczny w 2017 r. obciążenia podatkowo-składkowe brutto Polaków zarabiających mniej niż 30 tysięcy złotych rocznie wynosiły 24 proc. Dla zarabiających między 30 a 50 tysięcy wskaźnik ten wyniósł 29,9 proc. Osoby o dochodach między 50 a 100 tysięcy złotych musiały oddać państwu 32,9 proc. zarobionych pieniędzy.

Sprawdźmy tę drabinę dalej: zarabiający między 100 tysięcy a pół miliona złotych rocznie rozliczyli z fiskusem już 31,7 proc., a ci najbogatsi, którzy zainkasowali więcej niż pół miliona złotych rocznie, oddali w podatkach i składkach zaledwie 21,7 proc.

A zatem najbogatsi byli najmniej obciążeni!

Najbogatsi dalej bogacą się waszym kosztem

Te szokujące dane biorą się m.in. z podatku liniowego dla przedsiębiorców, który wynosi 19 proc., a z którego korzysta wiele osób o bardzo wysokich dochodach. Inną przyczyną jest tzw. zasada 30-krotności, zgodnie z którą po przekroczeniu 30-krotności średniego wynagrodzenia podatnicy przestają płacić składki emerytalno-rentowe.

System jest więc na tym obszarze skrajnie degresywny – im się jest bogatszym, tym się płaci niższe składki. Stąd milionerzy są najmniej obciążeni. Warto zwrócić uwagę, że tego elementu systemu składkowo-podatkowego ostatecznie Zjednoczona Prawica nie zmieniła, bo swoje veto zgłosiło Porozumienia Jarosława Gowina. Nie ma też nic na ten temat w Polskim Ładzie.

Tymczasem wydaje się atrakcyjna idea, by ujednolicić system podatkowy i wszystkie obciążenia składkowe i podatkowe stały się częścią podatku PIT. Co to oznacza? Że nie byłoby wtedy wyodrębnionego ZUS-u czy składki zdrowotnej, a wszystkie obciążenia byłyby zintegrowaną częścią jednolitego systemu. Składki podatkowe byłyby jedynym obciążeniem liczonym od dochodu brutto.

W takim systemie podatek w wysokości np. 25 proc. oznaczałby, że od danej kwoty państwo odprowadzałoby 25 proc. – nie byłoby żadnych innych funduszy czy odrębnych składek. Dzięki temu też system mógłby stać się realnie progresywny. We wspomnianym programie Platformy Obywatelskiej z 2015 r. znalazł się postulat, by łączne realne opodatkowanie pracowników w zależności od dochodu wynosiło od 10 do 39,5 proc. Progi podatkowe byłyby bowiem równocześnie progami dla składek. Nie byłoby liniowej składki zdrowotnej czy degresywnych składek emerytalnych. Szczegółowych wyliczeń tej propozycji wtedy nie przedstawiono, ale z całą pewnością byłby to krok w dobrym kierunku, który wprowadziłby realną progresję podatkową.

Drugi element pozytywnie pojmowanego kontraktu to eliminacja wielu form śmieciowego zatrudnienia. Taki zabieg dla pracowników miałby jednak sens tylko wtedy, gdyby docelową formą zatrudnienia była umowa etatowa, a nie, tak jak to było w propozycjach PO czy Komisji Weryfikacyjnej, forma zatrudnienia sytuująca się pomiędzy etatem i śmieciówką.

W tym ujęciu jednolity kontrakt mógłby oznaczać eliminację umów-zleceń i znacznej części samozatrudnienia. Najbardziej niestabilne i tymczasowe formy zatrudnienia, np. związane z pracą sezonową, musiałyby w tym modelu stać się umową etatową na czas określony. Znikłyby też patologiczne formy samozatrudnienia, gdy pracownicy zakładają firmy jednoosobowe tylko po to, aby świadczyć usługi dla firmy matki.

Z umów niestandardowych pozostałyby jedynie umowy o dzieło. Dzięki temu prawie wszystkich pracowników chroniłby Kodeks pracy, a zarazem wszyscy byliby objęci jednolitym, prostym i progresywnym systemem podatkowym. To model prosty, sprawiedliwy i chroniący przed nadużyciami. I pewnie dlatego jeszcze wiele lat nie wejdzie w życie.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Szumlewicz
Piotr Szumlewicz
Lider związku zawodowego Związkowa Alternatywa
Lider związku zawodowego Związkowa Alternatywa, redaktor naczelny magazynu gospodarczego „Fakty”, redaktor kwartalnika „Bez Dogmatu” i portalu lewica.pl, felietonista portalu strajk.eu, komentator spraw związkowych i pracowniczych w Krytyce Politycznej.
Zamknij