Kraj

Neoliberalne zniewolenie

Marks też był liberałem, piewcą wolności. Twierdził, że „Królestwo wolności zaczyna się faktycznie dopiero tam, gdzie kończy się praca, którą dyktuje nędza”. Liberałowie bywają różni.

W Chile liberałowie twardej ręki, przygotowując grunt pod neoliberalny eksperyment gospodarczy Miltona Friedmana, wymordowali kilkadziesiąt tysięcy ludzi, wprowadzając dyktaturę wojskową i zakazując działalności związków zawodowych. Inny liberał Balcerowicz uważa, że ludzie powinni jak najwięcej pracować i jak najmniej zarabiać, bo to jest dobre dla gospodarki. Dziś broni banków, które udzieliły oszukańczych kredytów „frankowych” przed słusznymi roszczeniami oszukanych klientów. Jednak inny autorytet należący niewątpliwie do liberalnego establishmentu, była Rzeczniczka Praw Obywatelskich, profesor Ewa Łętowska ma w tej sprawie pogląd zgoła odmienny: uważa, że „banki złamały prawo, a teraz robią z siebie ofiary”.

Łętowska: Oszczędzajmy przymiotniki na określenie władzy, żeby nam się za szybko nie skończyły

Współczesny polski liberał jest wrogo nastawiony do wszelkiej pomocy społecznej, uważa bowiem, że ona rozleniwia, co utrudnia pracodawcom pozyskiwanie taniej i zdyscyplinowanej siły roboczej. Wiadomo, głodny nie stawia warunków. Godzi się na wyzysk, bo nie ma wyjścia. Zresztą od czasów Marksa jedno się z pewnością nie zmieniło. Pracownicy dostają zapłatę jedynie za część przepracowanego czasu, a większość pracy wykonują nieodpłatnie. Z tej ich darmowej pracy powstaje zysk. Ta darmowa praca ma zresztą długą tradycję. W czasach feudalnych nazywano to pańszczyzną. Nieodrobienie pańszczyzny uważane było za jeden z najpoważniejszych grzechów, za który księża zadawali dotkliwą pokutę i który potępiali z ambon. Wtedy panująca ideologia chrześcijańska uzasadniała tę niesprawiedliwość wolą Bożą. Dziś liberałowie zmuszanie do nieodpłatnej pracy motywują wymogami rynku, które zresztą wynikają również jakby z „woli Bożej”, bo ni mniej, ni więcej, tylko z „prawa naturalnego”.

Wielkie fortuny zgromadzone dzięki temu przez nielicznych dały tej garstce wygranych wielką władzę. Władzę, która pozwala utrzymywać dość powszechne przekonanie, że dla obecnego systemu, w którym wciąż bogaci się bogacą, a biedni, którzy na nich pracują, biednieją jeszcze bardziej, nie ma alternatywy.

Kiedyś „leniwych chłopów”, którzy wymigiwali się od pańszczyzny, batożono, nierzadko na śmierć. Dziś buntowników zwalnia się z pracy za działalność związkową. W ogóle wystarczy być nie dość dyspozycyjnym, gorliwym, skłonnym do darmowych czy półdarmowych nadgodzin, aby wylecieć z pracy. Wtedy kara jest dotkliwa i bezosobowa. To bieda, niedostatek, poniewierka.

To nie jest przypadek, że w Polsce nie ma praktycznie możliwości przeżycia bez pracy. Nie ma bowiem zasiłków dla bezrobotnych, bo prawie nikomu się one nie należą (kilkanaście procent) i nie można za nie przeżyć. Chodzi o to, żeby ludzie byli zmuszeni podejmować pracę na beznadziejnych warunkach, na umowach cywilnoprawnych, bez umów, na fikcyjnych cząstkach etatów w pełnym wymiarze godzin itd. Im bardziej skąpa jest pomoc społeczna, tym większy wyzysk pracowników. Stąd furia, którą u liberałów wciąż wywołuje zasiłek na dzieci 500+. Zanim go wprowadzono, człowiek zwolniony z pracy po prostu nie miał za co kupować nawet jedzenia. Teraz, jeżeli pracownik ma dzieci, jest jakiś bufor pozwalający nie zdychać z głodu. Dzięki temu ludzie pracy trochę mniej się boją, a może stają się odrobine bardziej hardzi? Chociaż nie przesadzajmy. Wciąż strajki płacowe to rzadkość, a zwalnianie związkowców jest na porządku dziennym.

System neoliberalny, czyli niewolniczy, istnieje dzięki temu, że neoliberalizm jest ideologią panującą. I władza, i opozycja podtrzymują mit, że to pracodawcy są solą ziemi, i np. w pandemii tylko o nich się troszczono. Wszystkie media, które zwykle spierają się ze sobą, co do tego były zgodne. Trzeba ratować pracodawców. O ratowaniu pracowników czy bezrobotnych nie zdarzało im się nawet zająknąć. Umysły 16 milionów ludzi pracy najemnej udało się ideologom „wolnego rynku” tak zniewolić, że uwierzyli oni, że są zaledwie nędznym dodatkiem do pana przedsiębiorcy, który tworzy dochód narodowy i zapewnia im miejsca pracy.

Wszyscy jesteśmy neoliberałami

O tym, ile warta jest nasza praca, dowiadujemy się nie przy wypłacie – bo otrzymujemy tylko ochłap, niewielką cząstkę wartości, którą wytwarzamy – ale gdy przerywamy pracę, gdy strajkujemy. Wtedy okazuje się, jak wielkie przynosi to straty, a więc jak wielkie dajemy firmie zyski, gdy pracujemy. Ponieważ jednak zbyt rzadko strajkujemy, coraz trudniej nam się dowiedzieć, ile jesteśmy warci, i przestajemy w siebie wierzyć. Ulegamy ideologicznej indoktrynacji liberałów.

Mamy poważny problem językowy. Ideologię, która prowadzi do zniewolenia, która uzasadnia zniewolenie, zmuszanie do darmowej pracy, nazywa się liberalną, tak jakby miała coś wspólnego z wolnością, poza tym, że ją tłumi.

Liberalizm przedstawia „Wielką Teorię Upadku Etosu Pracy”

W internecie młodzi radykalni lewicowcy określają liberałów pogardliwym określeniem „libki”. To jednak niczego nie załatwia. Bo to oni, a nie lewica, wciąż dzierżą rząd dusz. To oni niepodzielnie panują nad zbiorową wyobraźnią. Przypomnę, że wśród wyborców lewicy przeważają przeciwnicy zasiłków z pomocy społecznej. Żeby przełamać hegemonię ideologiczną neoliberalnego establishmentu, potrzebna jest pozytywna wizja świata po kapitalizmie, w którym owoce naszej pracy przypadają nam, a nie poganiaczom niewolników i ich panom. Inaczej świat pracy będzie wiecznie dyscyplinowany perspektywą bezrobocia i nędzy. Mamiony mitem self-made mana, w ramach którego każdy może odnieść sukces, ale większość jakoś go nie odnosi. To pewnie ci leniwi chłopi, których gromili księża z ambon.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Ikonowicz
Piotr Ikonowicz
Działacz społeczny, polityk
Działacz społeczny, polityk, dziennikarz, poseł na Sejm II i III kadencji. Przewodniczący Ruchu Sprawiedliwości Społecznej.
Zamknij