Kraj

Telewizja na umowę o dzieło

Byli pracownicy zarzucają TVN-owi, że stacja od lat wypycha ludzi na umowy śmieciowe, łamiąc Kodeks pracy. Telewizja odpowiada, że zatrudnia tylko w sposób zgodny z prawem. Pracownicy założyli stowarzyszenie osób poszkodowanych przez TVN. Jedna sprawa trafiła już do sądu. Pokrzywdzonych przybywa, mówi się o blisko 2 tysiącach osób długoterminowo pozbawionych nie tylko składek zdrowotnych i emerytalnych, ale i elementarnych praw pracowniczych.

Kiedy TVN zaczął nadawać w 1997 r., Kamil Różalski stał po drugiej stronie kamery przy produkcji programów nowej stacji. Operator nagrywał materiały dla dziennikarzy Faktów, nowego, flagowego programu informacyjnego telewizji. Różalski pracował potem m.in. przy realizacji programów Mam talent! i You can dance czy serialu Na Wspólnej. Przez kilkanaście lat był zatrudniony na podstawie umowy o pracę. Aż do 2012 roku.

– Tak jak z wieloma innymi operatorami, montażystami i realizatorami dźwięku rozwiązano ze mną umowę o pracę i sugerowano założenie własnej działalności gospodarczej.

W jaki sposób duża telewizja „sugeruje” swojemu wieloletniemu pracownikowi zmianę formuły zatrudnienia na znacznie mniej korzystną? – Dyrektor produkcji mówił, że jeśli się na to nie zgodzę, to nigdzie nie będzie dla mnie zatrudnienia – tłumaczy Różalski. – Uległem temu szantażowi. Bałem się, że zostanę bez pracy.

Na umowie o dzieło, a właściwie dziesiątkach umów, przepracował dla TVN jeszcze osiem kolejnych lat. Przez cały ten czas firma co miesiąc odnawiała jego śmieciówkę.

Różalski mówi mi, że niedługo po tym, jak zgodził się rozwiązać swój etat i wymienić go na serię umów o dzieło, TVN wydłużył też czas trwania jego dyżurów. Najpierw do 10, a później nawet do 12 i 16 godzin. Honorarium nadal naliczano mu jednak dniówkami. Jeden dzień zdjęciowy nie trwał już ośmiu godzin, lecz potrafił przeciągnąć się nawet do szesnastu godzin pracy. Dwukrotnie dłużej niż na etacie. Czas pracy Różalskiego się wydłużył, ale w kieszeni zostawało mu tyle samo. Umowa o dzieło nie przewiduje nadgodzin. Różalski, formalnie już nie pracownik TVN-u, nie mógł odwołać się do odpowiednich uregulowań Kodeksu pracy ani domagać się zadośćuczynienia.

Poza tym w jego pracy zmieniło się właściwie niewiele.

– Miałem firmowy e-mail, filmowałem na sprzęcie należącym do firmy, robiłem to w godzinach określonych grafikiem, w miejscu wyznaczonym przez pracodawcę, pod nadzorem przełożonego – mówi.

Zamiast podwyższać podatek TVN, podnieśmy go wszystkim korporacjom

List do Ameryki

Umowa o dzieło oznaczała, że TVN nie opłacał już dłużej Różalskiemu składek emerytalnych. Stracił też prawo do zasiłku chorobowego. Podstawowe ubezpieczenie zdrowotne w NFZ opłacał z własnej kieszeni.

– Jak już chorowałem, to tak, żeby jak najszybciej wrócić do pracy, inaczej nie zarabiałem, bo nie przysługiwało mi chorobowe – mówi Różalski. Wspomina, że z czasem trudności w pracy tylko się piętrzyły. – Jeśli ktoś protestował przeciw takiemu trybowi pracy, to w odwecie rzadziej albo w ogóle nie pojawiał się w grafiku. To spotykało właśnie mnie. Kilkunastogodzinna praca to dla produkcji oszczędności kosztem naszego zdrowia – opowiada.

Różalski relacjonuje, że brak reakcji przełożonych i dyrekcji w warszawskiej siedzibie firmy skłonił grupę operatorów kamer i dźwięku do podjęcia działań na szczeblu Discovery Inc. – amerykańskiej korporacji, właścicielki polskiej telewizji TVN.

Operatorzy złożyli skargę zgodnie z wewnętrznymi procedurami Discovery. Lista nadużyć, jakich miała dopuszczać się TVN, trafiła do amerykańskiego nadawcy telewizyjnego w sierpniu 2019 r.

– Każda z osób podpisała się pod listem z imienia i nazwiska, ale prosiliśmy o anonimowość i podjęcie działań wyłącznie przez stronę amerykańską. Jednak Discovery przesłało nasze nazwiska do Warszawy, łamiąc tym samym zasady ochrony sygnalistów, które sami ustanowili. W reakcji została powołana wewnętrzna komisja, która miała wyjaśnić nieprawidłowości. Komisja ta nie spełniała standardów odnoszących się do rozwiązywania takich spraw. Nie zmieniło się nic – mówi Różalski.

Wyjaśnia, że w składzie tej komisji znaleźli się m.in. szefowa kadr oraz prawnik z kancelarii reprezentującej stację, nikt nie był w stanie przedstawić proceduralnych podstaw jej powołania i działania. Sygnatariuszom listu nie pozwolono nagrywać ich własnych zeznań ani też sporządzić protokołu na ich podstawie.

Zniechęcony negocjacjami z TVN, w lutym tego roku Różalski zdecydował się opublikować na Facebooku obszerny fragment skargi do Discovery. Sygnatariusze argumentowali, że ich „prawa zostały pogwałcone” przez antypracownicze praktyki TVN-u, które skwapliwie opisali.

Ich zarzuty dotyczyły forsowania niekorzystnych form zatrudnienia, zmuszania do rezygnacji z etatów na rzecz śmieciówek, a także stosowania długich, nieuregulowanych godzin pracy. Zarzucili stacji, że zmusiła ich do zrzeczenia się praw do wizerunku i głosu, pozbawiła operatorów i przedstawicieli kilku innych profesji pomieszczenia służbowego oraz że godziny pracy w grafiku były przydzielane w sposób, który nie był ani przejrzysty, ani sprawiedliwy. Stacja miała nie wypłacać diet za podróże służbowe, a także zmuszać niektórych pracowników do wykonywania obowiązków, których nie wymieniała umowa. Różalski twierdzi, że operatorzy kamery na umowie o dzieło mieli jednocześnie wykonywać pracę kierowców i realizatorów światła. Bez dodatkowego wynagrodzenia.

Pokrzywdzeni piszą w skardze, że czują się „wykorzystani i upodleni” przez TVN i chcą zwrócić uwagę na „patologie i przykłady łamania prawa” pracowniczego przez polską stację. „Ciężką pracą przyczyniliśmy się do jej [TVN – przyp. red.] obecnej wysokiej pozycji na rynku. Poświęciliśmy tu zdrowie oraz najpiękniejsze lata życia i kochamy tę firmę. Bez nas i wykonywanych przez nas zawodów nie byłoby ani tej firmy, ani żadnej innej telewizji, niezależnie, jak dobra byłaby kadra menadżerska” – czytamy we fragmentach pisma. Domagają się w nim zaprzestania przez TVN wypychania ludzi na umowy cywilnoprawne, szczególnie w sytuacjach, kiedy charakter ich pracy nosi wszelkie znamiona etatu.

Rozwadowska: Po pandemii będziemy pracować jeszcze bardziej śmieciowo, na własnym sprzęcie. I mało kogo to obejdzie

Skontaktowałem się z biurem prasowym TVN i poprosiłem o komentarz do tej sprawy. Jego przedstawicielka poinformowała mnie, że każde „zgłoszenie dotyczące potencjalnego naruszenia obowiązujących w firmie zasad” firma traktuje poważnie i dokładnie analizuje. „Wobec osób składających skargi nie są wyciągane negatywne konsekwencje, a każda osoba oceniana jest wyłącznie na podstawie swoich kompetencji i zaangażowania w wykonywaną pracę”.

A bardziej konkretnie? – dopytuję. Wewnętrzne postępowania wyjaśniające w takich sprawach objęte są poufnością, biuro nie udzieli dalszych informacji. Przedstawicielka podkreśliła, że Kamil Różalski nie jest już pracownikiem TVN-u. Dodaje jeszcze, że „warunki zatrudnienia wszystkich osób wykonujących wolne zawody w ramach współpracy z telewizją TVN, w tym operatorów kamer, są zgodne z prawem”.

Praca na dzieło, macierzyństwo na zlecenie

O swoich doświadczeniach pracy dla TVN opowiada mi Anna (imię zmienione). To dziennikarka, która przez prawie dziesięć lat pracowała na umowie śmieciowej przy produkcji największych programów stacji. Anna nie ma wątpliwości, że jej praca nosiła wszelkie znamiona pracy etatowej.

Dziennikarka funkcjonowała w firmie w przejrzystej strukturze. Miała w pracy przełożoną, ta zaś swojego szefa o stopień wyżej w hierarchii. Jej stałym miejscem pracy była redakcja, gdzie przydzielono jej stanowisko z krzesłem, biurkiem i komputerem przypisanym do jej nazwiska. Regularnie pojawiała się w tygodniowych grafikach organizujących pracę zespołu.

Umowy o pracę nikt Annie nie zaproponował przez blisko dziesięć lat. Przez niemal cały ten czas była zatrudniona na umowę o dzieło. Dlaczego? Mówi, że długo była przekonana, że na rynku medialnym w Polsce to norma. No a praca dla TVN to zawodowa szansa i prestiż.

Dopiero kiedy Anna zaszła w ciążę, przełożona zaproponowała jej zmianę warunków umowy – przejście na umowę-zlecenie, która da jej prawo do urlopu macierzyńskiego.

– Tylko dzięki temu mogłam iść na płatny urlop macierzyński, co w przeciwieństwie do umowy o dzieło umożliwia zlecenie – tłumaczy Anna. Ale po powrocie do pracy znów były tylko umowy o dzieło, potem druga ciąża i kolejne zlecenie. – Były dni, kiedy nie wiedziałam, o której godzinie wyjdę z pracy. Dzieci zostawały wtedy bez zapowiedzi dłużej w żłobku. Nie obowiązywał mnie ośmiogodzinny dzień pracy, ale robota musiała być zrobiona – wspomina.

Jaka jest właściwie różnica między umową o dzieło i o pracę? Kiedy należy je stosować i jakie niosą konsekwencje dla pracowników? Spytałem o to Grzegorza Ilnickiego, prawnika, który specjalizuje się w prawie pracy i zagadnieniach zatrudnienia cywilnego.

– Istotą umowy o dzieło jest to, że jego wykonawca ma doprowadzić do powstania określonego rezultatu, materialnego lub niematerialnego, który wcześniej nie istniał. Odbywa się to bez ingerencji zamawiającego. Ten odbiera tylko efekty pracy. Natomiast o umowie o pracę mówimy wtedy, kiedy wykonywanie zadań odbywa się w ramach szerszego procesu pracy, w którym istnieje struktura organizacyjna, a w niej szef lub przełożony, który na bieżąco może wydawać polecenia i decydować, gdzie i w jakim czasie dana osoba ma pracować – wyjaśnia Ilnicki.

Ilnicki tłumaczy, że to warunki pracy decydują faktycznie o rodzaju zawartego stosunku pracy, nie taki czy inny nagłówek w umowie. – Rodzaj dokumentu nie ma znaczenia. Jeśli pracownik uzna, że jest pozbawioną praw pracowniczych ofiarą wyzysku, to może iść do sądu pracy z powództwem o ustalenie stosunku pracy – tłumaczy prawnik. – Jeśli sąd uzna, że taki stosunek zachodził, to może nakazać pracodawcy uiszczenie zaległych składek zdrowotnych i emerytalnych, wypłatę wynagrodzenia za godziny nadliczbowe i wszystkich innych uprawnień charakterystycznych dla stosunku pracy.

Zgodnie z przepisami zamiana umowy o pracę na umowę o dzieło przy zachowaniu tej samej charakterystyki zatrudnienia jest nielegalna. Prawo łamie też pracodawca, który na wykonywanie takich samych obowiązków kontraktuje osoby na podstawie różnych umów. – Nie może być tak, że obok siebie siedzą dwie osoby, które robią to samo, jedna z nich ma umowę o pracę, a druga o dzieło. Jest to bezprawne – podkreśla Ilnicki.

Dlaczego firmy mimo to uciekają się do takich rozwiązań? Bo umowy śmieciowe są tańsze. Ilnicki: – Firmy nie przejmują się przepisami BHP, nie prowadzą ewidencji czasu pracy, nie płacą za nadgodziny oraz mogą szybciej i prościej zwalniać. Przerzucają ryzyko prowadzenia biznesu na inny podmiot, a efektem tego są ogromne oszczędności.

Tym podmiotem są pracownicy i pracowniczki.

Zwolnienie? Wystarczy krótka informacja

Umówiłem się na rozmowę z Piotrem Zielińskim, wieloletnim wydawcą programu Dzień Dobry TVN. Zieliński współpracę z TVN zakończył w sierpniu 2019 r.

– Rozliczaliśmy się na podstawie umowy o dzieło, podczas gdy moja praca cały czas miała charakter etatowy – mówi Zieliński. I precyzuje: – Od poniedziałku do piątku pojawiałem się w redakcji o wyznaczonych godzinach. Jeśli grafik wskazywał, że program mam akurat w weekend, pracowałem także w soboty i niedziele. Miałem służbowy stacjonarny komputer, służbowy telefon, wizytówki, identyfikator, legitymację prasową. Uczestniczyłem w obowiązkowych kolegiach redakcyjnych, spotkaniach czy szkoleniach. Gdy zdarzały się sytuacje wyjątkowe, np. choroba czy jakieś problemy prywatne, informowałem przełożonych o tym, że nie mogę przyjść do pracy. – Podobnie jak Różalski chorował na swój koszt, nie przysługiwało mu zwolnienie.

Dotyczyło to nie tylko jego, ale także wielu innych osób. Zieliński relacjonuje, że jako wydawca DD TVN koordynował pracę zespołu redaktorskiego, a do jego obowiązków należało m.in. opracowywanie scenariusza, poszukiwanie tematów do programu, kontakt z gośćmi, zlecanie materiałów reporterom czy odbieranie reportaży. A na samym końcu – wydawanie programu, czyli praca w reżyserce podczas audycji na żywo.

– Miałem szefowe, które rozliczały mnie z mojej pracy i u których musiałem uzyskiwać akceptacje planów. Do redakcji przychodziłem jak do klasycznej pełnoetatowej pracy. Nie czułem, żeby była tu jakaś istotna różnica w pełnieniu obowiązków pomiędzy umową o pracę a umową cywilnoprawną.

Nikogo nie interesuje, czy mam z czego żyć

czytaj także

Po spotkaniu z Zielińskim swoją umowę ze spółką TVN S.A. pokazuje mi jeszcze inny były dziennikarz i wieloletni współpracownik stacji, Tomasz (imię zmienione). W nagłówku dokumentu datowanego na 2017 r. stoi „Umowa o stworzenie dzieła”. Pierwszy paragraf wyjaśnia, że owym dziełem są „utwory i/lub artystyczne wykonania do różnych audycji”, do których w szczególności należą m.in.: reportaże, felietony, sprawozdania i komentarze dziennikarskie. W ośmiostronicowym dokumencie nie ma jednak ani słowa o tym, że osoba tak zatrudniona ma mimo wszystko obowiązek przebywać w miejscu wyznaczonym przez pracodawcę i w czasie ustalonym z przełożonymi.

– Nikt z tym nie walczył, traktowaliśmy to jako oczywistość. Wymagano od nas intensywnej pracy, nierzadko po godzinach, na planach zdjęciowych, które czasami trwały po kilkanaście dni. Czuliśmy, że nie ma się jak temu przeciwstawiać. Umowy były konstruowane tak, że pracownicy mogli zostać zwolnieni ze skutkiem natychmiastowym: wystarczyła krótka informacja, że nie przedłużają umowy, i tyle. Wiedzieliśmy, że pracownik może wnieść sprawę do sądu o ustalenie stosunku pracy, ale niemal nikt się na to nie zdecydował – wspomina Tomasz.

Zdecydowała się jedna producentka.

Prawo do umowy jako żywotny interes

Jolanta Hofer była zatrudniana na kolejne umowy o dzieło przez 12 lat. W krakowskiej redakcji TVN-u przez trzy lata była szefową dokumentalistów, a przez pozostały czas producentką. Wcześniej Hofer pracowała w rozgłośni radiowej na umowę o pracę i było to dla niej oczywistością.

Dlaczego przeniosła się do stacji, dla której etaty dla pracowniczek oczywistością nie są? Jolanta mówi, że tuż po przejściu do TVN obiecywano jej stałą umowę, od umowy o dzieło miała tylko zacząć. Mówi mi, że tej obietnicy nigdy nie dotrzymano, a w międzyczasie zorientowała się, że na takim samym stanowisku jak ona część osób pracowała na podstawie umowy o pracę.

– Z jednej strony dawało mi to nadzieję, że i ja trafię w końcu na etat, z drugiej zaś pokazywało dyskryminacyjną politykę zatrudnieniową. Osoby wykonujące te same obowiązki miały zupełnie inne kontrakty – tłumaczy była producentka.

Kontrakt, który Hofer odnawiała z TVN co miesiąc, skutkował m.in. tym, że ubezpieczenie zdrowotne w ZUS-ie opłacała sama. Składki emerytalnej nie opłacał jej nikt. Producentka tłumaczy, że kiedy brała urlop, stacja wypłacała jej pensję, ale wypoczynek producentka mogła zaplanować tylko w przerwach między kręceniem kolejnych programów. Wspomina, że z taką formą zatrudnienia wiązał się permanentny brak poczucia bezpieczeństwa. W końcu została poinformowana, że kolejnej umowy już nie podpisze. Z dnia na dzień została bez pracy.

Hofer uważa, że to, że TVN nie podpisał z nią kolejnego dzieła, było skutkiem jej konfliktu z dyrekcją telewizji. Mniej więcej w tym samym czasie pracę stracił też Konrad Świder, który w TVN-ie również zaczynał na umowie o dzieło, żeby później przejść na własną działalność gospodarczą. I tak przez 11 lat pracował jako kierownik produkcji. Oboje założyli stowarzyszenie People First, którego statutowym celem jest niesienie pomocy psychologicznej, psychiatrycznej i prawnej osobom, które zostały dotknięte „zachowaniami niepożądanymi w TVN”.

– Wiemy, z jakimi problemami borykają się pracownicy i współpracownicy, dlatego bezpłatnie organizujemy wsparcie psychologa. Doradzamy też w kwestiach związanych z umowami i współpracujemy z kancelariami prawniczymi, które pomagają dochodzić odszkodowań za wyrządzone szkody – tłumaczy Świder, który jest prezesem stowarzyszenia.

People First powstało w 2018 r. Od tego czasu do stowarzyszenia zgłosiło się ponad 30 osób przekonanych, że TVN łamie prawo, zatrudniając je na umowy cywilnoprawne i pozbawiając tym samym szeregu praw pracowniczych. Świder tłumaczy, że rezultatem zawierania umów nieprzystających do rzeczywistości jest dyskryminacja w formie zatrudnienia. – To nie jest tak, że wszyscy w stacji są zatrudnieni na śmieciówkach. Wiele osób pracuje na podstawie umowy o pracę. Ale tuż obok nich na tych samych stanowiskach pracują ludzie z umową o dzieło. Powstają dwie grupy: uprzywilejowana i poszkodowana – wyjaśnia Świder.

W 2019 r. Jolanta Hofer podała TVN do sądu. W pozwie domaga się ustalenia stosunku pracy, czyli uznania, że w stacji przez cały czas wykonywała pracę etatową. – Raportowałam do przełożonego, miałam swój gabinet, kartę wejściową czy wizytówki, raz w tygodniu jeździłam na kolegia do Warszawy – wylicza kobieta. Jeśli sąd uzna jej rację i ustali, że między nią a TVN-em miał miejsce stosunek pracy, to stacja będzie musiała zapłacić za nią zaległe składki emerytalne ZUS-owi, a ubezpieczalnia doliczy jej 12 lat do emerytury.

Hofer: – To mój żywotny interes, żeby mieć te lata uznane za przepracowane, tak jak było w rzeczywistości, czyli na podstawie umowy o pracę.

W „narodowej demokracji” Kaczyńskiego nie ma miejsca na niezależne media

Moje źródła, które zastrzegły anonimowość w tym tekście, szacują, że w sytuacji podobnej do tej, w której znalazła się Hofer, może być łącznie nawet około 2 tysięcy osób. Jeśli sąd przyzna Hofer rację, wyrok może stać się precedensem również dla pozostałych wypchniętych przez TVN na śmieciówki, choć charakter ich zatrudnienia nosił znamiona pracy etatowej. Taki scenariusz byłby prawdziwą bombą, bo lata zaległych składek i podatków mogłyby kosztować stację nawet setki milionów złotych.

Przedstawiciele stowarzyszenia People First również skontaktowali się z Discovery w sprawie polityki zatrudnieniowej w polskiej stacji telewizyjnej. – Niestety naszymi propozycjami właściciele TVN nie byli w ogóle zainteresowani – tłumaczy Świder.

Upublicznienie sprawy na swoim Facebooku tak samo uzasadnia Różalski: – Wierzyliśmy, że wszystko da się naprawić wewnątrz Discovery. Kiedy okazało się, że firma tylko maskuje nieprawidłowości i pozwala dalej dyskryminować pracowników, zdecydowaliśmy się działać poza nią i poinformować o tym opinię publiczną.

Żaba się ugotowała

Nadużyciom nie są winni wyłącznie pracodawcy, którzy dla osiągnięcia korzyści zatrudniają ludzi na umowach śmieciowych. Nie pomaga też… państwo polskie.

– Dlaczego państwo zezwala na to, żeby ktoś latami pracował na umowach o dzieło i miał nieopłacane składki? Przecież to są oczywiste zachęty fiskalne i podatkowe dla pracodawców, żeby tak właśnie ludzi zatrudniać – pyta Grzegorz Ilnicki. – Dla dobra pracowników państwo powinno te zachęty zlikwidować, ale zamiast tego toleruje zawieranie tego typu kontraktów w oderwaniu od pracowniczej rzeczywistości. Dopóki państwo będzie przymykać na to oko, to zjawisko będzie istnieć.

Nie wiadomo, jaka jest skala nadużywania tego rodzaju zatrudnienia w sektorze medialnym w Polsce. Nie jest natomiast tajemnicą, że w ciągu ostatniej dekady umowy cywilnoprawne intensywnie zaczęły stosować niemal wszystkie media w kraju. – Dziennikarstwo jest przykładem jednej z najbardziej patologicznych branż, jeśli chodzi o omijanie umów etatowych – mówi mi Piotr Szumlewicz, dziennikarz, przewodniczący Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa. – Obecnie tradycyjne etaty stanowią mniejszościową formę zatrudnienia. Dotyczy to zarówno mediów prywatnych, jak i publicznych – mówi.

Szumlewicz opowiada, że sam zna współpracowników zarówno TVN, jak i TVP, którzy od kilkunastu lat są zatrudniani w ramach umów nieetatowych. – To rozczarowujące, że umowa na etat w mediach jest rzadkością, mimo że spełnione są wszystkie jej kryteria. TVN promuje się dziś jako stacja broniąca praworządności. Ale czy ta nie obowiązuje także podczas zawierania umów z pracownikami? – pyta dziennikarz.

Raz jeszcze zapytałem TVN, jak odnosi się do wszystkich tych zarzutów. Poprosiłem o komentarz do informacji, jakoby stacja zachęcała pracowników do zastępowania umów o pracę śmieciówkami, powierzając im potem dodatkowe obowiązki, nie płaciła im za nadgodziny, nie wypłacała diet podczas podróży służbowych. Zapytałem, w jakim świetle stawiają stację zarzuty o to, że jej byli pracownicy czują się skrzywdzeni i poniżeni, ponieważ utracili prawa do zasiłków oraz lata składek emerytalnych. Odpowiedź stacji przytaczam w całości:

„Jak większość firm medialnych część zadań realizujemy przy pomocy zasobów zewnętrznych. Warunki wszystkich kontraktów i umów z pracownikami są zgodne z przepisami polskiego prawa pracy. Jednocześnie dążymy do stworzenia wszystkim osobom w naszej firmie najlepszych warunków do rozwoju i współpracy. Dlatego od momentu połączenia sił Discovery i TVN konsekwentnie weryfikujemy podstawy pracy i współpracy stosowane w naszej firmie. W rezultacie, w ciągu ostatnich kilku lat umowy o pracę otrzymało ponad 400 osób. W tym roku kontynuujemy ten proces”.

Liberalne fantazje o pandemii i nieróbstwie

Kamil Różalski swoją ostatnią umowę o dzieło z TVN podpisał w marcu ubiegłego roku. W firmie zlecano mu coraz mniej zadań, aż w końcu nie było dla niego żadnej pracy – pomimo wieloletniego doświadczenia i kwalifikacji zawodowych. Twierdzi, że to odwet za to, że odważył się zgłosić nieprawidłowości w TVN do właściciela stacji.

Dlaczego przepracował w TVN tyle lat na tak złych warunkach?

– Moja samoocena była tak zaniżona przez pracodawcę, że nie rozumiałem, co się dookoła mnie dzieje. Byłem jak żaba, której podgrzewano wodę. Nie zauważyłem, że się gotuję.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Mateusz Kowalik
Mateusz Kowalik
Dziennikarz Krytyki Politycznej
Dziennikarz, stały współpracownik Krytyki Politycznej. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i europeistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, publikował m.in. w „Dużym Formacie” i „Magazynie Świątecznym”.
Zamknij