Gospodarka

Nieekonomiczne strefy ekonomiczne

Specjalne Strefy Ekonomiczne nie zmniejszyły nierówności terytorialnych w Polsce, a większość inwestycji była lokowana w nieprzyszłościowych działach gospodarki. Mimo to SSE będą działać jeszcze do 2026 roku.


Głównym instrumentem wykorzystywanym w Polsce do przyciągnięcia inwestycji są od lat ulgi podatkowe. Dotyczy to zresztą wszystkich krajów naszego regionu. Kraje Grupy Wyszehradzkiej, a w szczególności Polska, Słowacja i Węgry, od lat intensywnie rywalizują o łaskę inwestorów zagranicznych, w ramach której szeroko udzielają ulg podatkowych i budują za publiczne pieniądze infrastrukturę, z której potem korzystają prywatne przedsiębiorstwa. Polska wyspecjalizowała się w tworzeniu Specjalnych Stref Ekonomicznych, które miały być panaceum na rozwarstwienie regionalne kraju i zapóźnienie gospodarcze wielu obszarów. 14 polskich SSE będzie funkcjonować aż do 2026 roku, choć pierwotnie miały istnieć jedynie do 2014. Ich funkcjonowanie przedłużano już dwukrotnie, chociaż od lat wiadomo, że ich działalność nie tyle nie przynosi pozytywnych efektów, ile przynosi szereg negatywnych. Do grona krytyków SSE pod koniec maja dołączyła Najwyższa Izba Kontroli, według której specjalne strefy na pewno nie były „ekonomiczne”.

Błędy i nieprawidłowości

Według wyników kontroli NIK z 28 maja tego roku Specjalne Strefy Ekonomiczne nie osiągnęły w pełni żadnego z celów zakładanych u ich zarania. Zarządzający SSE uznali, że ich głównym celem jest zwiększanie obszaru strefy, co prowadziło do absurdalnych sytuacji, w których włączano do SSE obszary zupełnie nieprzygotowane do działalności gospodarczej. Nie stworzono odpowiednich kryteriów udzielania zezwoleń, które zapewniłyby spełnianie założonych celów, w wyniku czego pomoc publiczna nie trafiała do przedsiębiorstw działających w przyszłościowych i zaawansowanych technologicznie działach gospodarki. Inaczej mówiąc, większość inwestycji ani nie zwiększała konkurencyjności, ani nie wspierała rozwoju technicznego Polski. W latach 2015–2017 tylko 30 procent inwestycji było lokowanych w sektorach priorytetowych.

Specjalne strefy – normalny wyzysk

czytaj także

Jakby tego było mało, pomoc publiczna była niejednokrotnie źle rozliczana, tj. niekorzystnie dla budżetu państwa. W latach 2015–2017 czterokrotnie zaakceptowano warunki, które pozwalały na odliczenie kosztów o 20 procent przewyższających dopuszczalny poziom. Zresztą same spółki zarządzające strefami nieprawidłowo rozliczały się z podatku CIT, błędnie ujmując wartość amortyzacji oraz wartość sprzedaży gruntów w kosztach uzyskania przychodów. Sześć spółek zarządzających strefami nielegalnie rozszerzyło zakres kosztów związanych z administrowaniem strefą.

Przede wszystkim jednak nie udało się zrealizować podstawowego celu, jaki przyświecał SSE, czyli zmniejszenia nierówności regionalnych Polski. Pomimo ich utworzenia najsłabsze gospodarczo regiony kraju są tak samo zapóźnione względem reszty, jak były wcześniej. „Z punktu widzenia makroekonomii działalność SSE nie zmniejszyła dysproporcji w rozwoju regionalnym kraju. Najwięcej inwestycji zagranicznych przyciągały regiony o silnej pozycji. Nowe inwestycje chętnie lokowane były w działających tam specjalnych strefach ekonomicznych” – czytamy w raporcie pokontrolnym.

Blisko z Mielca do Szczecina

Nieefektywność Specjalnych Stref Ekonomicznych można wykazać także na liczbach. Wskazywała na to Fundacja Kaleckiego już w 2015 roku. Według jej danych w latach 1998–2012 zwolnienia z podatku CIT dla firm działających w strefach wyniosły w sumie 12 mld zł. Oznaczało to, że jedno nowe miejsce pracy utworzone w SSE kosztowało polskie finanse publiczne 140 tysięcy złotych. Można więc powiedzieć, że finansowaliśmy przez prawie trzy lata wszystkich pracowników zarabiających w SSE 4 tys. zł brutto miesięcznie.

Zupełnie nie sprawdziło się także założenie, w myśl którego strefy ekonomiczne miały być centrami rozwoju polskiego kapitału. W rzeczywistości przyciągały przede wszystkim inwestorów zagranicznych. W 2013 roku zaledwie 19 procent zainwestowanego kapitału zostało ulokowane w SSE przez polskie przedsiębiorstwa. 81 procent inwestycji ulokowali tam inwestorzy zagraniczni.

SSE pierwotnie miały być lokowane w rejonach szczególnie dotkniętych gospodarczymi przemianami po 1989 roku – chociażby takich jak Wałbrzych czy tak zwana ściana wschodnia. Problem w tym, że błyskawicznie zaczęły się one rozprzestrzeniać na terenie całego kraju. Finalnie objęły niemal wszystkie miasta powyżej 100 tysięcy mieszkańców – zarówno te biedne, jak i zamożne. Sprzyjało temu dosyć nietypowe rozwiązanie, według którego poszczególne podstrefy nie musiały do siebie przylegać. W ten sposób do Mieleckiej SSE należą Szczecin i Częstochowa. Do Wałbrzyskiej SSE należy na przykład Wrocław – leżący przynajmniej w tym samym województwie, ale bez porównania bardziej zamożny.

Polska Singapurem Europy, czyli wątpliwy urok peryferii

Objęcie strefami tak dużych połaci kraju w oczywisty sposób musiało sprawić, że inwestorzy lgnęli do regionów najbardziej rozwiniętych, które i tak były dla nich najbardziej atrakcyjne. Według raportu KPMG 20 lat specjalnych stref ekonomicznych w Polsce w 2014 roku w katowickiej SSE pracowały 54 tysiące osób, w tym mieszkańcy całkiem zamożnych Tychów i Gliwic. 38 tysięcy osób pracowało w Wałbrzyskiej SSE, która, jak już zostało powiedziane, obejmuje między innymi bogaty Wrocław, a nawet leżące dużo dalej Opole. Tymczasem Warmińsko-Mazurska SSE zatrudniała zaledwie 15 tysięcy osób. Suwalska SSE dawała pracę ledwie 6 tysiącom pracowników, podobnie jak strefa w Starachowicach i okolicach.

Wielka polska SSE

W 2018 roku rząd zmienił zasady działania SSE. Dokładnie rzecz biorąc, umożliwił korzystanie z ulg na całym terytorium kraju, czyli zamienił Polskę w jedną wielką specjalną strefą ekonomiczną. Miało to wyeliminować niektóre z wad SSE – głównie przenoszenie zakładów z innych terenów do SSE tylko po to, by skorzystać z ulg podatkowych. W regionach, które są szczególnie zapóźnione pod względem rozwoju, zgodnie z unijnymi regułami można otrzymać większą ulgę podatkową. Czyli w lubelskim lub lubuskim ulga może wynosić nawet 50 procent nakładów inwestycyjnych, a w dolnośląskim lub wielkopolskim tylko 25 procent. Jednak na takiej samej zasadzie funkcjonowały Specjalne Strefy Ekonomiczne, a mimo to inwestorzy wybierali regiony lepiej rozwinięte, które oferują więcej wykształconych kadr oraz lepszą infrastrukturę. Trudno więc, żeby w obecnej sytuacji było inaczej.

Jak nie nadepnąć na odcisk hegemona. Polityka podatkowa PiS

Cała koncepcja Specjalnych Stref Ekonomicznych, jak i zamiany Polski w wielką SSE, opiera się na przekonaniu, że niższy podatek korporacyjny powinien skłonić przedsiębiorstwa do inwestycji. W SSE można otrzymać ulgę w CIT do wysokości połowy nakładów inwestycyjnych. Dodatkowo gminy mogą udzielać ulg w zakresie podatku od nieruchomości, ale to ma dużo mniejsze znaczenie. Jednak polski CIT już jest stosunkowo niski, a podczas rządów PiS już go dwukrotnie obniżono dla tak zwanych małych podatników, którzy obecnie płacą nad Wisłą stawkę zaledwie 9 procent. Mimo to polski udział inwestycji w PKB wciąż utrzymuje się na stosunkowo niskim poziomie 18,5 procent (18,2 procent w 2018 roku; 18,6 procent w 2019), choć średnia unijna wynosi 22 procent. Wiele krajów o wyraźnie wyższej stawce CIT notuje znacznie wyższy poziom inwestycji. W Austrii CIT wynosi 25 procent, a udział inwestycji w PKB 24,3 procent. W Szwecji poziom inwestycji jest podobny do Austrii, a CIT wynosi 22 procent. W Niemczech podatek korporacyjny sięga w sumie 33 procent, a tamtejszy poziom inwestycji to 22 procent.

Bardziej opłaca się wynająć Polaka niż kupić robota [rozmowa]

W gruncie rzeczy nie ma żadnego dowodu na to, że ulgi w CIT zwiększają poziom inwestycji. Ani na to, że istnienie SSE zwiększyło poziom inwestycji w Polsce. Główną zachętą do inwestowania w Polsce są nieźle wykształcone i bardzo tanie kadry, a także niskie ceny nieruchomości w porównaniu z cenami w krajach Zachodu. Spółki, które przeprowadziły się do SSE, inwestowałyby w Polsce nawet bez ulg, skuszone wyżej wymienionymi czynnikami oraz przygotowaną dla nich infrastrukturą. Jeśli mogły jeszcze uzyskać ulgę w CIT, to oczywiście z tego skorzystały. Głównym efektem istnienia SSE, a także rozszerzenia ich zasad na całą Polskę, są niższe wypływy budżetowe. Wpływy z CIT to w Polsce 2 procent PKB, przy średniej OECD o połowę wyższej. W Belgii wpływy z CIT wynoszą nawet 4,4 procent PKB (a mimo to tamtejszy udział inwestycji w PKB to aż 24 procent).

Wychodzi więc na to, że od lat obdarowujemy koncerny ulgami inwestycyjnymi, których te wcale nie potrzebują. No ale skoro im dajemy, to biorą. Trudno się dziwić.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Piotr Wójcik

| Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.