Gospodarka

Wyższa płaca minimalna. Czy jest się czego bać?

Wyższa płaca minimalna oznacza zwolnienia, bezrobocie, redukcję miejsc pracy, a w kontekście koronakryzysu to czyste szaleństwo – tak w każdym razie uważają pracodawcy. Pracodawcy jednak zawsze straszą, a 2021 ma być rokiem wzrostu. Pisze Kamil Fejfer.

Długoterminowe prognozy pogody nie mają większego sensu. Synoptycy podkreślają, że wiarygodnie można ją przewidywać na nie dłużej niż 5–7 dni. Przy dwutygodniowych prognozach niepewność wzrasta tak bardzo, że przewidywanie staje się niewiele warte. Dlaczego więc wciąż znajdujmy informacje na temat tego, jaka temperatura będzie nad morzem w połowie sierpnia? Otóż media doskonale wiedzą, że nikt nie docieka poprawności prognoz sprzed 14 dni. Zastanówcie się, czy prognoza z 17 lipca na 31 lipca się sprawdziła. Nie pamiętacie? A no właśnie.

Pracodawcy straszą

Podobnie jest z rytualnym narzekaniem pracodawców na podwyższanie płacy minimalnej. W Polsce rośnie ona z roku na rok od początku transformacji, a tak naprawdę to wcześniej też rosła, ale z uwagi na odmienność systemu gospodarczego PRL fakt ten nie ma większego znaczenia w interesującym nas kontekście. I z roku na rok słychać te same głosy o konsekwencjach w postaci wyższego bezrobocia, znikania miejsc pracy i o innych, lepiej lub gorzej sprecyzowanych zagrożeniach, jakie miałyby się wiązać z podwyższeniem minimalnego wynagrodzenia.

Jednocześnie niemal nikt nie stara się tych rytualnych kasandrycznych przepowiedni z przeszłości weryfikować. To oczywiście nie znaczy, że nie mamy czasem do czynienia ze wzrostami bezrobocia; owszem, mamy, ale następują one z innych powodów niż podwyższenie płacy minimalnej.

Strachy związane ze wzrostem najniższej krajowej budzą się rokrocznie letnią porą. Dzieje się tak, ponieważ według ustawy o płacy minimalnej do 15 czerwca rząd musi przedstawić Radzie Dialogu Społecznego propozycję wysokości minimalnego wynagrodzenia. W tym roku, z uwagi na pandemię, termin straszenia niszczącą mocą podwyżki minimalnej nieco się przesunął. Kilka dni temu Rada Ministrów zaproponowała nową kwotę minimalnego wynagrodzenia w wysokości 2800 zł brutto (wzrost o 200 zł brutto w stosunku do aktualnej kwoty).

Według GUS obecnie płacę minimalną otrzymuje około 1,5 mln osób. Według minister rodziny, pracy i polityki społecznej, Marleny Maląg na rządowej propozycji ma skorzystać 1,75 mln osób. Różnica ta wynika z faktu, że istnieje grupa osób, których pensje są tylko nieco wyższe niż obecna płaca minimalna, ale niższe niż wypłata proponowana przez rząd.

Według wyliczeń Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej w 2021 roku najniższa krajowa miałaby stanowić 53,2 proc. średniej pensji – tej liczonej rocznie, a więc także z uwzględnieniem pracowników mikroprzedsiębiorstw. Pojawiły się głosy, że jest to jedna z najwyższych wartości wśród krajów OECD. Damian Szymański w Business Insider pisze wręcz, że taki stosunek minimalnej do średniej „budzi olbrzymie kontrowersje”.

Potwierdzone info: Wzrost płacy minimalnej = zdrowsze dzieci

Po pierwsze, należy jednak wspomnieć, że te kontrowersje to nie wśród wszystkich. Po drugie, Główny Urząd Statystyczny wylicza przeciętne wynagrodzenie dla osób zatrudnionych na umowach o pracę. Tymczasem – co jest specyfiką naszego kraju – spora część pracowników ucieka przed progresją podatkową w fikcyjne samozatrudnienie. Według GUS w Polsce jest około 1,3 mln osób prowadzących działalność gospodarczą i niezatrudniających pracowników. Nie wiemy, jaka ich część to de facto etatowcy, możemy się jednak domyślać, że niemała. Wiemy za to, że osoby samozatrudnione zarabiają lepiej niż osoby zatrudnione na umowę o pracę. Część wprawdzie zarabia w okolicach płacy minimalnej (czyli tyle samo ile najgorzej zarabiający na etacie), ale kilkaset tysięcy to ludzie zamożni lub bardzo zamożni. To wszystko może powodować, że realne „średnie” zarobki Polaków mogą być wyższe niż dane, które podaje GUS. A więc i stosunek płacy minimalnej do średniej również może być niższy.

„Warszawa sobie poradzi, ale choćby na Podkarpaciu i Mazurach firmy staną przed dylematem: zwalniać czy zamknąć działalność” – cytuje Pracodawców RP Radio Zet. „Na całym świecie, również w Polsce, panuje recesja, spada zatrudnienie, rośnie bezrobocie, a tymczasem rząd przewiduje dalszy wzrost płacy minimalnej w 2021 roku. I to ponad dwukrotnie szybszy niż ogólny wzrost płac w gospodarce! To jest już bardzo niebezpieczne igranie z ogniem, które zupełnie abstrahuje od sytuacji gospodarczej i grozi redukcją wielu miejsc pracy” – stwierdza Sławomir Dudek, główny Ekonomista Pracodawców RP.

Jakie konsekwencje?

Czy więc będzie tak źle? Cóż, w normalnych okolicznościach na rytualne marudzenie strony pracodawców na podwyższanie minimalnej można było machnąć ręką, wiedząc, że po prostu bronią oni swojego ekonomicznego interesu. W okresie pierwszej od czasów transformacji recesji gospodarczej głosy te nie brzmią już tak niedorzecznie. Zanim jednak przyjrzymy się, czy te obawy są zasadne, zwróćmy uwagę na kilka rzeczy.

Na rynku ciągle ktoś traci pracę. Ciągle też upadają jakieś przedsiębiorstwa. Czasami – również w czasie najlepszej prosperity – wynika to z wprowadzania pewnych regulacji, w tym płacy minimalnej. Regulacji, z którymi pewne biznesy nie są w stanie sobie poradzić. Bo mają kiepski produkt, bo mają model biznesowy niedostosowany do realiów rynku, bo ich szefowie nie nadążyli za konkurencją. Cóż – i tu bez żadnych złośliwości – tak właśnie działa rynek.

Podobnie jest z bezrobociem. W ramach gospodarki rynkowej jakiś jego poziom jest nieunikniony. I nie musi to być zjawisko jednoznacznie negatywne. O ile, rzecz jasna, spełnionych jest kilka warunków: państwo zapewnia zabezpieczenie socjalne bezrobotnemu (w postaci godnego zasiłku), osoby niepracujące nie osuwają się w bezrobocie długotrwałe, bezrobocie nie jest masowe, a sami bezrobotni, kiedy już znajdują zatrudnienie, nie pogarszają swojej pozycji ekonomicznej względem poprzedniej pracy.

Jeżeli więc rynek jest w stanie szybko wchłonąć bezrobotnych tracących pracę wskutek wprowadzenia regulacji (a o tym przypadku mówimy), a państwo jest w stanie bezrobotnym zagwarantować godne funkcjonowanie, to działa ono jako siła „kreatywnej destrukcji”. I przy całym zrozumieniu dla prywatnego dramatu właścicieli nierentownych, nieumiejących się dostosować do nowych realiów firm, jest to proces pozytywny, podnoszący wydajność, wymywający kiepskie miejsca pracy z rynku, pchający nas ekonomicznie do przodu.

A co z koronakryzysem?

Czy jednak z takim procesem będziemy mieć do czynienia podczas koronakryzysu? Strona pracodawców uważa (oczywiście), że nie. Pracodawcy proponowali nawet zamrożenie płacy minimalnej, co byłoby precedensem w potransformacyjnej historii Polski. I choć tym razem głosów tych nie należy lekceważyć, to warto pamiętać o kilku rzeczach.

Praca pod tarczą

Po pierwsze, w czasie niepewności gospodarczej niezwykle ważne jest podtrzymanie konsumpcji. Osoby zarabiające płacę minimalną to jednocześnie osoby, które wydają największą część swoich dochodów (bo w przeciwieństwie do klasy średniej nie stać ich na oszczędzanie, zagraniczną konsumpcję luksusową ani na przykład na inwestycyjny zakup mieszkań). W przypadku rządowej propozycji podwyżka wyniosłaby 141,05 zł na rękę. Jeżeli pomnożymy to ostrożnie przez 1,5 mln pracowników, to rocznie daje to kwotę około 2,5 mld złotych. Znaczna większość tej kwoty wróci na rynek w postaci na przykład kupna towarów spożywczych (koszyk spożywczy wśród osób uboższych stanowi proporcjonalnie większy udział w koszyku ogółu wydatków niż w przypadku koszyka osób z klasy średniej).

Po drugie, należy pamiętać, że płaca minimalna jest proponowana na rok następny, a więc 2021. A bardzo wiele prognoz mówi o odbiciu gospodarczym w przyszłym roku. Płaca minimalna będzie więc regulacją innych gospodarczych okoliczności niż obecne; będzie regulacją gospodarki ponownie rosnącej.

Po trzecie, pamiętajmy, że w 2020 roku mieliśmy do czynienia z gwałtownym wzrostem płacy minimalnej względem roku poprzedniego (choć nie najwyższym, jeśli chodzi o ostatnie 20 lat). I to właśnie ten wzrost zetknął się z największym kryzysem gospodarczym, jakiego doświadczyła Polska od początku transformacji. Jednocześnie mamy do czynienia z umiarkowaną falą zwolnień jak na tej skali ekonomiczny wstrząs. Na marginesie, powiedzmy otwarcie, że zwolnienia dotknęły głównie osoby na śmieciówkach. W kontekście zachowywania miejsc pracy to więc liberalizacja rynku, a nie jego regulacje w postaci pensji minimalnej, jest o wiele bardziej szkodliwa.

Po czwarte, pracodawcy – mimo komunikatów wysyłanych na zewnątrz – doskonale zdają sobie przecież sprawę z tego, że co roku muszą liczyć się ze wzrostem najniższej wypłaty. Samo z siebie popycha ich to do zwiększania wydajności, zmian w modelach biznesowych i tworzenia nowych produktów, które będą w stanie zapewnić im utrzymanie przy jednoczesnym wzroście minimalnej. Również do proponowanej obecnie kwoty przedsiębiorstwa będą miały czas się dostosować. Nowa płaca minimalna nie zostanie przecież wprowadzona z dnia na dzień.

Po piąte w końcu, pamiętajmy, że firmy uzyskały ogromne wsparcie publiczne. Odchodząc od perspektywy ekonomicznej, po prostu wydaje się, że byłoby zupełnie nie fair – również w odbiorze społecznym – jeżeli prywatne przedsiębiorstwa ratowane za publiczne pieniądze nie byłyby skłonne zrezygnować z części zysku dla dobra ludzi, którzy w podatkach zrzucili się (i będą się nadal zrzucać) na ich utrzymanie się na powierzchni.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Kamil Fejfer
Kamil Fejfer
Publicysta ekonomiczny
Publicysta zajmujący się rynkiem pracy i tematyką ekonomiczną. Autor książek: „O kobiecie pracującej. Dlaczego mniej zarabia chociaż więcej pracuje” oraz „Zawód”.
Zamknij