Gospodarka

Czy z ekonomistami można się dogadać?

Ekonomiści mają powody do dumy ze swoich metod statystycznych i analitycznych, ale muszą też zdawać sobie sprawę z ich ograniczeń. Szczególnie gdy stosują je do badania zagadnień wykraczających poza samą ekonomię.

CAMBRIDGE – Ekonomiści nie mają oporów przed braniem na warsztat wielkich zagadnień, które za swoje poletko uważają przedstawiciele innych nauk – historycy, socjologowie albo politolodzy. Jakie długofalowe konsekwencje dla współczesnego amerykańskiego społeczeństwa ma niewolnictwo? Dlaczego niektóre wspólnoty cechują się wyższym poziomem zaufania społecznego niż inne? Jak wyjaśnić wzrost prawicowego populizmu w ostatnich latach?

Odnosząc się do tych i innych, zgoła nieekonomicznych zagadnień, ekonomiści wyszli daleko poza zakres tematów, którymi zwykle się zajmują, czyli poza kwestie popytu i podaży. Takie naruszanie granic między dyscyplinami nauki nie zawsze jest mile widziane. Inni badacze protestują (często słusznie), że ekonomiści nie zadają sobie trudu zaznajomienia się z aktualnym stanem badań w tych pozaekonomicznych dziedzinach. Skarżą się (znów słusznie) na niegościnną kulturę akademicką ekonomii. Seminaria ekonomistów, gdzie co chwila ktoś przerywa lub agresywnie kwestionuje zdanie innych, mogą kojarzyć się osobom z zewnątrz raczej z inkwizycją niż forum, na którym badacze pracujący wspólnie nad jakimś zagadnieniem mogą dzielić się wynikami i rozważać nowe koncepcje.

Warufakis: Ekonomia to podróbka nauki w służbie postprawdy

Jednak być może największym źródłem napięć są metody, jakie ekonomiści przenoszą na grunt innych dziedzin. Opierając się na narzędziach statystycznych, ekonomiści próbują dowieść, że dany czynnik miał związek „przyczynowy” z wynikiem, który ich interesuje. Ta metoda jest często opacznie rozumiana i może być powodem niekończących się, a bezproduktywnych konfliktów z przedstawicielami innych dyscyplin.

Dopiero pojmując korzyści (i ograniczenia) tej metody, można w pełni zrozumieć, co analizy ekonomistów wnoszą do badania zagadnień pozaekonomicznych. Można także – co równie ważne – uzmysłowić sobie, w jaki sposób podejście ekonomiczne pozwala uzupełnić (ale nigdy: zastąpić) inne, zazwyczaj jakościowe metody badawcze wykorzystywane w innych dziedzinach.

Najlepiej zacząć od samej koncepcji przyczynowości. Nauka ma dwa sposoby zdobywania wiedzy na ten temat. Można wyjść albo od przyczyny i próbować zidentyfikować jej skutki, albo od skutków i starać się wskazać przyczyny. Tę pierwszą metodę, czyli przechodzenie od przyczyny do możliwych skutków, profesor statystyki z uniwersytetu Columbia Andrew Gelman nazywa wnioskowaniem przyczynowym do przodu (forward causal inference), a drugą, czyli przechodzenie od skutków do możliwych przyczyn – określa mianem wnioskowania przyczynowego wstecznego (reverse causual inference).

Ekonomiści mają obsesję na punkcie pierwszego podejścia, czyli wnioskowania „do przodu”. W ekonomii najbardziej cenione są te badania empiryczne, które dowodzą, że pewna egzogenna (pochodząca z zewnątrz) zmiana czynnika X ma dający się przewidzieć i statystycznie istotny wpływ na wynik Y, będący przedmiotem zainteresowania badaczy.

W naukach przyrodniczych efekty przyczynowe mierzy się w eksperymentach laboratoryjnych, które pozwalają uniknąć wpływu fluktuacji warunków fizycznych na badane zjawisko. Ekonomiści niekiedy naśladują tę metodę, prowadząc eksperymenty społeczne na próbie losowej. Mogą na przykład rozdzielić pewną gotówkę między losowo wybrane gospodarstwa domowe w taki sposób, żeby niektórym przypadło więcej pieniędzy, a innym mniej, w celu zbadania, jakie konsekwencje przyniosą dodatkowe dochody.

Najczęściej jednak historia i życie społeczne nie pozwalają stworzyć laboratoryjnych warunków, w których można by precyzyjnie ocenić i zmierzyć zmiany sytuacji bytowej ludzi. Zamiast tego ekonomiści uciekają się do pomysłowych technik statystycznych.

Ekonomia to magia białego człowieka

Mogą na przykład udokumentować istnienie związku statystycznego między jakimś czynnikiem egzogennym, takim jak ilość opadów deszczu, a częstością występowania konfliktów wewnętrznych, żeby wysnuć z tego wniosek, że zmiany poziomu dochodów (wynikające z fluktuacji wielkości zbiorów) są jedną z przyczyn wojen domowych. Zwróćmy uwagę na najbardziej przemyślny zabieg: ponieważ wojny domowe nie mogą wpływać na pogodę, korelacja między tymi dwoma zjawiskami musi występować z powodu jednokierunkowej przyczynowości.

Kiedy badania tego rodzaju są przeprowadzone dobrze, to aż miło na nie patrzeć. Stanowią znaczące osiągnięcia i dowodzą występowania związku przyczynowego w sposób tak rzetelny, jak to tylko możliwe w naukach społecznych. A jednak bywa, że historycy lub politolodzy zbywają takie prace wzruszeniem ramion.

Ów brak entuzjazmu wynika z tego, że metoda stosowana przez ekonomistów nie daje odpowiedzi na pytanie „co powoduje wojny domowe” (pytanie związane z wnioskowaniem wstecznym). Podaje tylko dowody przemawiające za jedną z możliwych przyczyn (fluktuacje dochodów), która być może nie należy nawet do przyczyn najważniejszych. Co gorsza, ponieważ ekonomiści są wyszkoleni tylko w rozumowaniu indukcyjnym „do przodu” (od przyczyn do skutków), często prezentują wyniki swoich badań w sposób sprawiający wrażenie uogólnienia częściowej odpowiedzi, co ściąga na nich jeszcze większe gromy ze strony badaczy z innych dyscyplin.

To niejedyny trik ekonomistów, przez który wpadają w tarapaty. Starając się „zidentyfikować” jakiś efekt przyczynowy przy użyciu statystyki, często uciekają się do technik, które odpowiadają na węższe lub nieco inne pytanie niż to, które postawili na początku badań.

7 tajemnic kapitalizmu, które obnażył 2020 rok

Kiedy przeprowadza się eksperymenty społeczne z udziałem grup losowych w pewnych konkretnych krajach lub regionach – na przykład w Indiach lub Kenii – to wyniki takiego badania nie muszą stosować się do innych miejsc świata. Badanie zaprojektowane pod kątem zmian na pewnej przestrzeni może nie dać właściwej odpowiedzi na pytanie, które w gruncie rzeczy dotyczy zmian w czasie: co się dzieje, kiedy dany region doświadcza złych zbiorów. A egzogenny wstrząs wykorzystany w badaniu może wcale nie być reprezentatywny: spadek dochodów mieszkańców, który nie jest spowodowany niedoborami wody, może wpływać na konflikty w inny sposób niż wstrząsy związane z brakiem opadów.

Z tych powodów badania ekonomistów niemal nigdy nie mogą zastępować bardziej kompleksowych prac opartych na syntezie, które biorą pod uwagę ogrom przyczyn, przywiązują różną wagę do możliwych skutków i uwzględniają zmienność mechanizmów przyczynowych w czasie i przestrzeni. Takie prace są już raczej domeną historyków i przedstawicieli innych nauk społecznych, mniej skupionych na badaniach ilościowych.

W takich dociekaniach z konieczności większą rolę odgrywa osąd badacza, a to z kolei pozostawia więcej przestrzeni na dyskusję na temat zasadności wniosków. A gdyby nawet dałoby się dokładnie ocenić relatywną wagę poszczególnych przyczyn, to żadna synteza nie pozwala na stworzenie ich wyczerpującej listy.

Niemniej prace tego rodzaju są niezbędne. Bez dokonań historyków, etnografów i innych przedstawicieli nauk społecznych, którzy zapewniają bogaty opis badanych zjawisk, a także stawiają hipotezy na temat możliwych przyczyn bez roszczenia sobie pretensji do całkowitej pewności, ekonomiści nie wiedzieliby nawet, od czego mają zacząć.

W gospodarce nie chodzi o pieniądze. Chodzi o to, żeby było co jeść

Ekonomiści mają prawo do dumy ze swoich metod statystycznych i analitycznych. Jednak muszą też lepiej zdawać sobie sprawę z ograniczeń tych narzędzi. W ostatecznym rozrachunku oba podejścia wzbogacają nasze rozumienie świata społecznego. Ekonomiści i inni badacze powinni pogodzić się i korzystać z mnogości podejść, zamiast bagatelizować badania kolegów z sąsiedniej dyscypliny albo psuć sobie z ich powodu krew.

**
Copyright: Project Syndicate, 2021. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Dani Rodrik
Dani Rodrik
Uniwersytet Harvarda
Profesor Międzynarodowej Ekonomii Politycznej w John F. Kennedy School of Government na Uniwersytecie Harvarda, jest autorem książki „Straight Talk on Trade: Ideas for a Sane World Economy”.
Zamknij