Gospodarka

Góralskie veto. Dlaczego przedsiębiorcy się buntują

Przedsiębiorcy z inicjatywy „Góralskie veto” zapowiedzieli otwarcie swoich biznesów od 18 stycznia. Branża hotelarsko-gastronomiczna straciła w listopadzie połowę przychodów, a bezrobocie wśród młodych wynosi już 13 proc. Tymczasem Tarcza Antykryzysowa 6.0 jest uboga i pełna dziur.

W poniedziałek 11 stycznia górale w Zakopanem zapalili pochodnie pod Wielką Krokwią. Zrobili to na znak protestu wobec rządowych restrykcji. Zamrożenie życia społecznego w okresie świąteczno-noworocznym i zimowym to dla górali dramat, więc na pochodniach się nie skończy. Zapowiadają otwarcie biznesów i stoków narciarskich od 18 stycznia, chociaż rząd przedłużył właśnie lockdown co najmniej do końca stycznia – i zapowiedział już, że w lutym też nie ma co liczyć na duże złagodzenie restrykcji. „Góralskie veto” rozlewa się także na inne regiony związane z zimową turystyką. Mieszkańcy Karpacza rozpoczęli inicjatywę referendalną dotyczącą przestrzegania rządowych obostrzeń. Do inicjatywy przychylił się burmistrz tej położonej w Sudetach miejscowości. Otwarcie działalności od poniedziałku zapowiedzieli również przedsiębiorcy z Krynicy-Zdroju, której gospodarka jest w większości oparta na turystyce.

Niepokorni górale wsparli również lokalny protest w Cieszynie. Miejscowa restauracja U Trzech Braci zwyczajnie się otworzyła, co poskutkowało najpierw kontrolami sanepidu, a następnie wkroczeniem policji. Jak informuje lokalne pismo z Cieszyna, na miejscu pojawili się nie tylko górale, ale też wzburzeni przedsiębiorcy z Zamościa. „Postanowiliśmy podobnie jak inni wesprzeć cieszyńskich restauratorów w obronie przed nielegalnymi przepisami, które wpływają negatywnie na gospodarkę” – powiedzieli „Gazecie Codziennej”. Dlaczego nielegalnymi? Protestujący powołują się na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Opolu, który uchylił karę nałożoną przez sanepid na miejscową fryzjerkę. Sąd stwierdził, że rozporządzeniem można jedynie regulować działalność, ale nie można jej zupełnie zakazać. By tak głęboko ograniczać wolności obywatelskie, należy najpierw wprowadzić stan klęski żywiołowej, przed którym rząd wzbrania się, jak może, od samego początku pandemii.

Tonące hotele

Z punktu widzenia dużych miast takie protesty mogą się wydawać nieodpowiedzialne, jednak dla ludzi żyjących z turystyki, pracujących w branży rozrywkowej lub gastronomicznej ostatnie miesiące były pasmem koszmarów. Najbardziej dochodowe okresy w ich biznesach zostały wycięte z kalendarza, co w skali roku będzie oznaczać ogromne spadki przychodów. Branżowa Tarcza Antykryzysowa 6.0 zapewnia jedynie częściowe pokrycie tych strat, a wielu kontrahentów zamrożonych branż w ogóle jest z niej wyłączonych. Coraz gorsza jest też sytuacja młodych pracowników, którzy najczęściej pracują właśnie w turystyce i gastronomii. O ile na wiosnę rządowa pomoc rozlała się szeroko po gospodarce, obejmując nawet firmy, które jej specjalnie nie potrzebowały, to zimą jest już ona szczątkowa i silnie selektywna.

Płonąca Polska to zasługa PiS, a nie dopust Boży

Jedną z branż, które znalazły się w ostatnim czasie na dnie, jest hotelarstwo. W listopadzie Izba Gospodarcza Hotelarstwa Polskiego przeprowadziła ankietę wśród należących do niej przedsiębiorców. Po wprowadzeniu jesiennych restrykcji dziewięć na dziesięć hoteli zanotowało obłożenie mniejsze niż 20 proc., a sześć na dziesięć – poniżej 10 proc. Tylko co siedemnasty hotel zanotował frekwencję powyżej 30 proc. By przyciągnąć klientów, dwie trzecie hoteli już wcześniej obniżyło ceny o co najmniej 10 proc., więc spadek frekwencji zabolał je podwójnie. Drastycznie spadły też przychody hoteli z organizacji spotkań. Według branży do przetrwania do wiosny potrzebuje ona 2,2 mld zł rządowego wsparcia.

W fatalnej sytuacji są również poszczególne segmenty przemysłu rozrywkowego. Według PwC cała branża rozrywki straciła w zeszłym roku jedynie 5,4 proc. przychodów, czyli 560 mln zł, co w sumie nie jest porażającą kwotą. Jednak za dwie trzecie przychodów w branży odpowiadała część „digital”, czyli usługi cyfrowe. Tymczasem przychody kin spadły o prawie 60 proc.

Młodzi bezrobotni

W dramatycznej sytuacji są również restauratorzy. Ciekawe dane o branży gastronomicznej udostępniła firma Dotykačka, która zapewnia restauratorom systemy kasowe on-line. Podczas wiosennego lockdownu przychody jej klientów z branży gastro spadły o 59 proc., natomiast w listopadzie – o 30 proc. Wiosną całkowicie zamknęła się połowa lokali gastronomicznych obsługiwanych przez Dotykačkę, natomiast jesienią już „jedynie” jedna czwarta. Co może oznaczać, że wielu restauratorów dostosowało się do sytuacji, przechodząc na sprzedaż on-line. To jednak wiąże się ze znacznym spadkiem marży, która zaczęła wędrować do dostawców jedzenia, takich jak Uber Eats czy Pyszne.pl. Prowizja dla dostawców, wynosząca około 30 proc. ceny posiłku, rujnuje wielu mniejszych restauratorów. Ci jednak nie mają wyboru, gdyż rynek jest zdominowany przez kilku największych graczy, mających najszerszą ofertę, a więc też przyciągających największą klientelę. Wracając do danych z systemów kasowych Dotykački – cała branża HoReCa (hotele, restauracje i catering) straciła w marcu 80 proc. przychodów, a w listopadzie prawie połowę.

Zamawiamy więcej jedzenia z dowozem, a knajpy i tak ledwo zipią. To kto zgarnia zyski?

Ogromne kłopoty branży HoReCa dotykają w największym stopniu młodych pracowników, dopiero wchodzących na rynek pracy lub łączących pracę ze studiami czy nauką w ogóle. Raport Deloitte’a Pokolenie lockdown wskazuje, że wszędzie na świecie zamrożone branże są zdominowane przez pracowników poniżej 25. roku życia. W Grecji odpowiadają oni za połowę zatrudnionych w gastronomii, hotelarstwie i handlu, natomiast w Polsce – za prawie jedną trzecią.

Według GUS między drugim a trzecim kwartałem tego roku stopa bezrobocia w najmłodszej grupie pracowników wzrosła z 9,5 do 13 proc. W pozostałych grupach wiekowych właściwie się nie zmieniła, więc to młodzi pracownicy odpowiadają za niemal cały wzrost bezrobocia odnotowany w ostatnim czasie w Polsce. Które oficjalnie wzrosło bardzo niewiele – z 3 do 3,5 proc. w październiku, licząc rok do roku według metody BAEL. Warto jednak zaznaczyć, że między czerwcem a wrześniem „zniknęło” 11 tys. długotrwale bezrobotnych (tj. pozostających bez pracy od ponad roku), a także 6 tys. bezrobotnych od siedmiu miesięcy lub dłużej. Wzrosła jedynie liczba bezrobotnych szukających pracy sześć miesięcy lub krócej – czyli właśnie tych „covidowych”. Trudno przypuszczać, żeby długotrwale bezrobotni zaczęli nagle masowo znajdować pracę w czasie pandemii. Większość z nich najpewniej zasiliła grupę biernych zawodowo, być może zniechęcona niemożnością znalezienia pracy w warunkach pandemii.

Tarcza przez małe „t”

W związku z kolejnym lockdownem rządzący przygotowali Tarczę Antykryzysową 6.0, którą bardzo celnie nazywają branżową – a więc skierowaną jedynie do tych branż, które zostały bezpośrednio zamrożone rozporządzeniami. Problem w tym, że nowa tarcza nie powala na kolana. Można z niej uzyskać między innymi zwolnienie ze składek ZUS za listopad, pod warunkiem że prowadzi się działalność pod odpowiednim numerem PKD (Polska Klasyfikacja Działalności) i odnotowało się spadek obrotów o co najmniej 40 proc. w stosunku do listopada roku poprzedniego. Wciąż nie wiadomo, co ze składkami za grudzień, w którym przecież restrykcje zostały zaostrzone. Zwolnienie to obejmuje m.in. restauracje, sklepy z odzieżą i obuwiem oraz firmy cateringowe (początkowo były one wykluczone). Branża hotelarska do 15 stycznia mogła też składać wnioski o zwolnienie ze składek za lipiec, sierpień i wrzesień pod warunkiem spadku przychodów aż o 75 proc. za pierwszy miesiąc objęty wnioskiem.

Jednoosobowe działalności gospodarcze mogą też otrzymać jednorazowe świadczenie postojowe wysokości 2080 zł, jeśli, analogicznie, ich przychody spadły o co najmniej 40 proc. Jednorazowe świadczenie postojowe mogą otrzymać również osoby zatrudnione na umowach-zlecenie. Trzykrotne świadczenie postojowe zostało zarezerwowane jedynie dla samozatrudnionych pracujących w branży przedstawień artystycznych. Jednym z najważniejszych instrumentów pomocy jest też możliwość otrzymania dofinansowania wynagrodzeń wysokości 2 tys. zł na pracownika, przez trzy miesiące. Mikro i mali przedsiębiorcy mogą ponadto otrzymać dotację wysokości 5 tys. zł, oczywiście jeśli wykażą spadek obrotów.

Rząd więc niemal zupełnie zamroził hotelarstwo, gastronomię i część handlu, a w zamian zaoferował pokrycie jedynie części kosztów pracowniczych. Zwolnienie ze składek ZUS dla większości beneficjentów dotyczy tylko listopada. Zamrożeni pracownicy otrzymają właściwie tylko po 2 tys. zł miesięcznie, a pracujący na umowach-zlecenie odbiorą świadczenie tylko raz. Tymczasem w gastronomii takich pracowników, głównie młodych, jest mnóstwo. A przecież koszty stałe to nie tylko wynagrodzenia, ale przede wszystkim utrzymanie lokali i budynków. Szczególnie w branży hotelowej, w której koszty stałe za utrzymanie nieruchomości zjadają co miesiąc znaczną część przychodów. W jaki sposób utrzymać hotel, będąc odciętym od klientów? Jak płacić za czynsz w restauracji, mając o połowę mniejsze przychody i płacąc wyższe marże dostawcom?

Dyskryminacja z tarczą

Najbardziej kontrowersyjna jest jednak chyba selekcja beneficjentów nowej tarczy. Żeby ją otrzymać, trzeba prowadzić działalność pod odpowiednim numerem PKD. To doprowadziło do wykluczenia części przedsiębiorców, którzy ani nie mogą prowadzić działalności, ani nie są objęci rządowym wsparciem. 7 stycznia Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców skierował do premiera pismo obrazujące luki w przyjętym systemie selekcji beneficjentów. Mowa o przedsiębiorcach, którzy formalnie nie są zamrożeni, ale faktycznie nie mają jak prowadzić działalności – to np. sklepiki szkolne, sprzedawcy pamiątek turystycznych albo agencje reklamowe wyspecjalizowane w organizacji targów i kongresów. W galeriach zamknięto część sklepów, których nie objęto tarczą – to sklepy z grami, elektroniką albo perfumami. W galeriach nie mogą prowadzić działalności np. sprzedawcy akcesoriów do telefonów. „Wyznaczanie pomocy na podstawie kodu PKD jest czymś abstrakcyjnym. To służy do opisu statystycznego, a nie jest odzwierciedleniem straty czy kondycji firmy” – powiedział portalowi Business Insider Dawid Laibach z firmy Świat GSM, której obroty spadły o 70 proc., ale nie kwalifikuje się ona do pomocy.

Rzecznik postuluje więc, by z rządowej pomocy mogli korzystać także przedsiębiorcy formalnie niezamrożeni, ale wykazujący drastyczny spadek obrotów – np. o 70 proc. „Przy ustaleniu kryterium tak dużego spadku istniałaby gwarancja, że środki otrzymaliby ci przedsiębiorcy, których działalność została niemal całkowicie wyłączona na skutek obostrzeń” – pisze rzecznik w swoim piśmie do premiera.

Rozwadowska: Po pandemii będziemy pracować jeszcze bardziej śmieciowo, na własnym sprzęcie. I mało kogo to obejdzie

Swoistym gamechangerem może być Tarcza Finansowa PFR 2.0. Podczas wiosennego lockdownu to właśnie ona uratowała większość miejsc pracy, zalewając rynek pieniędzmi. Podczas pierwszej edycji skierowała ona do firm 60 mld zł, których większość mogła być bezzwrotna pod warunkiem utrzymania zatrudnienia. Druga edycja ma opiewać na 35 mld zł i być skierowana do 38 branż. Pieniądze z tarczy PFR nie są wliczane do długu publicznego, więc tutaj wsparcie będzie znacznie bardziej okazałe. Problem w tym, że nabór wniosków rusza dopiero w połowie stycznia, czyli prawie trzy miesiące po wprowadzeniu jesiennych restrykcji. Ta zwłoka może dużo kosztować wielu restauratorów czy mniejszych hotelarzy, którzy pomocy z PFR mogą zwyczajnie nie doczekać.

 

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Piotr Wójcik
Piotr Wójcik
Publicysta ekonomiczny
Publicysta ekonomiczny. Komentator i współpracownik Krytyki Politycznej. Stale współpracuje z „Nowym Obywatelem”, „Przewodnikiem Katolickim” i REO.pl. Publikuje lub publikował m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, magazynie „Dziennika Gazety Prawnej”, dziale opinii Gazety.pl i „Gazecie Polskiej Codziennie”.
Zamknij