Kraj

Zamawiamy więcej jedzenia z dowozem, a knajpy i tak ledwo zipią. To kto zgarnia zyski?

Ponowne zamknięcie restauracji dla gości doprowadziło wiele lokali do funkcjonowania na skraju opłacalności. Sporo z nich oferuje zamówienia na wynos, ale przewoźnicy, którzy zdominowali dowozy, pobierają nawet jedną trzecią wartości zamówienia. Lewica proponowała wprowadzenie regulacji prowizji, ale projekt przepadł i w Sejmie, i w Senacie. Sprawę bada UOKiK, ale efekty mogą pojawić się dopiero latem.

W październiku rząd ponownie zamknął restauracje dla gości. Od tego czasu, tak jak w pierwszym lockdownie, lokale mogą wydawać dania tylko na wynos. A te, wraz z dostawą pod drzwi, klienci zamawiają przez aplikacje, m.in. Glovo, Pyszne.pl, Uber Eats czy Wolt. Taka możliwość oznacza jednak dla restauratorów spore koszty, bo platformy obsługujące zamówienia pobierają od nich znaczną część wartości zamówienia.

– Każdy operator pobiera prowizję w innej wysokości. Stawki wahają się między 15 a 30 procent – tłumaczy Hubert Karsz, dyrektor operacyjny i wspólnik w Grupie Warszawa, do której należy kilka stołecznych lokali.

Karsz zaznacza, że dzięki przewoźnikom wiele zamówień trafia do klientów, ale stawki pobierane od lokali dokładają się do tego, że działają one na granicy opłacalności.

– Po odjęciu kosztów produktów, wynagrodzenia pracowników, podatku VAT i marży operatorów platform często okazuje się, że nie wygenerowaliśmy nawet minimalnego zysku – tłumaczy.

Między majem a październikiem, kiedy dozwolona była konsumpcja na miejscu, obroty wyniosły poniżej 40 proc. tego co w tym samym okresie przed rokiem. Obroty z końca zeszłego roku, to tylko ułamek tego co zazwyczaj.

– Jedyna korzyść z działalności opierającej się na dowozach jest taka, że możemy utrzymać chociaż minimalną część stanowisk, a także ruch w zamówieniach z naszymi dostawcami – dodaje Karsz.

Spółdzielnie przegrywają z korporacjami

Na działkę, jaką pobierają przewoźnicy, narzekają też restauratorzy z Poznania. – Docierały do mnie sygnały o zatorach w płatnościach. Nie dość, że platformy pobierają wysoką marżę, to zdarza się, że zwlekają z przekazaniem kwot należnych restauracjom – opowiada Jakub Pindych, specjalista ds. turystyki kulinarnej z Poznańskiej Lokalnej Organizacji Turystycznej. Dodaje, że najlepiej radzą sobie te lokale, które sprzedaż na wynos oferowały jeszcze przed wybuchem pandemii.

– Pierwszy lockdown był największym wyzwaniem dla tych lokali, które nigdy czegoś takiego nie robiły. Pośród pandemicznych trudności musiały zmienić lub dostosować menu i dotrzeć do klientów. W nowych warunkach wiele odbiło się od muru współpracy z platformami przez wysokość marży, jaką te narzucały – podkreśla Pindych.

Pandemia to dla nas wszystkich wielka szansa! Nas, miliarderów

Poznańscy restauratorzy zaczęli dyskusję nad utworzeniem własnej, lokalnej platformy do zamówień, ale pomysł nie doczekał się realizacji. Jakub Pindych: – Właściciele lokali deklarowali chęć podjęcia współpracy, lokalne firmy informatyczne były gotowe przygotować aplikację w kilka dni, ale zabrakło przedsiębiorcy, który zatrudniłby ludzi i zarejestrował wszystko na siebie, czyli tak naprawdę przyjął na siebie ryzyko finansowe całego przedsięwzięcia.

W kwietniu w Warszawie powstała spółdzielnia kurierów Zentrale, będąca częścią CoopCycle, europejskiej federacji kooperatyw kurierskich dostarczających przesyłki rowerami. Jak informowała „Gazeta Wyborcza”, marża od każdego zamówienia wynosiła tam zaledwie 10 proc., a korzystanie z oprogramowania typu open source pozwalało restauratorom unikać wysokich prowizji. Taki model przetrwał jedynie kilka miesięcy. We wrześniu spółdzielnia zawiesiła działalność. „Niestety, rynek zamawiania jedzenia online jest zdominowany przez wielkich graczy, którzy mają w zasadzie nieograniczone środki na inwestycje i promocje, a w dodatku ich model biznesowy opiera się na ciągłym wyzysku zarówno restauracji, jak i kurierów” – wyjaśniali na swojej stronie kurierzy.

Inne oddolne inicjatywy cieszą się umiarkowanym powodzeniem wśród mieszkańców.

– Nie ma w nich tylu pracowników, żeby na bieżąco obsługiwać zamówienia, i często kończy się to trzygodzinnym oczekiwaniem na dostawę. Niestety, kurierzy największych platform są bezkonkurencyjni – mówi pracownik jednej z małych knajp w śródmieściu Warszawy.

PiS i PO murem za rynkiem dla dostawców

Przedstawicielka biura prasowego Uber Eats zaznacza, że rozpoczęcie współpracy z platformą jest zawsze efektem niezależnej decyzji restauratora, który z firmą podpisuje umowę. Stawki pobierane przez tę firmę wahają się między 25 a 30 proc. wartości dostarczanych zamówień. Platforma prowizji nie pobiera, jeśli restauracja ma własnego kuriera. A także kiedy klient sam odbiera zamówione danie. Biuro wyjaśnia, że platformy takie jak Uber Eats muszą finansować swoją działalność za pośrednictwem prowizji, aby „utrzymać konkurencyjną ofertę oraz dostarczać technologię, która wzbudza zainteresowanie restauracji, klientów oraz dostawców”.

Dominujący gracze w pandemii notują coraz większe zyski. „Odnotowujemy zdecydowane zwyżki i zwiększamy obroty mocniej niż rok temu w tym okresie. […] W sumie mówimy o wzroście sprzedaży o kilkadziesiąt procent” mówił „Rzeczpospolitej” Nicolas Jędraszek, były już dyrektor generalny Wolt Polska.

W tym samym tekście pojawiła się też wypowiedź dyrektora generalnego Glovo Polska, Carlosa Silvana: „Polska jest niezwykle dynamicznym, chłonnym, a przede wszystkim ciekawym rynkiem, który daje ogromne możliwości rozwojowe na wielu płaszczyznach” – mówił szef polskiego oddziału hiszpańskiego startupu, który umożliwia zakupy online w ponad dwudziestu krajach.

O to, by atrakcyjność polskiego rynku dla firm oferujących kursy z restauracji nie zmalała, zatroszczyli się niedawno parlamentarzyści Prawa i Sprawiedliwości oraz Platformy Obywatelskiej. W grudniu Lewica zgłosiła poprawkę do Tarczy 6.0, która zakładała uregulowanie prowizji narzucanych przez te firmy. Wzorem dla Lewicy były amerykańskie miasta, które ograniczają maksymalną marżę: np. Los Angeles ustawiło górny próg na poziomie 15 proc. Głosami posłów PiS-u projekt został odrzucony w Sejmie. W Senacie do oporu rządzącej koalicji przyłączyli się także przedstawiciele Platformy Obywatelskiej.

Sprawę w wywiadzie dla Krytyki Politycznej komentował Adrian Zandberg, poseł Lewicy, współzałożyciel partii Razem. – Złożyliśmy propozycję mającą chronić drobnych przedsiębiorców z branży gastronomicznej przed obscenicznymi marżami narzucanymi przez kilka wielkich korporacji. […] Okazało się, że dogmaty są ważniejsze od ochrony drobnych przedsiębiorców. Trudno, dziesiątki pizzerii czy burgerowni mogą paść, byle tylko paliły się świeczki na ołtarzu Wolnego Rynku. Nawet prosta regulacja platform cyfrowych, wzorowana na rozwiązaniach amerykańskich, nie mieści się wielu w głowie – mówił Zandberg. Na koniec dodał, że efekty tego głosowania to przykład tego, że w Sejmie ciągle silny jest rynkowy dogmatyzm.

Zandberg: Nawet jak PiS się skończy, w Brukseli nie przywitają nas torcikiem i szampanem Piccolo

 

Wyłom w solidarności

Głównym założeniem projektu Lewicy była pomoc małej gastronomii. – Ci drobni restauratorzy potrzebują dziś pomocy od państwa. A ta oznacza nie tylko bezpośredni przepływ pieniędzy, ale także konstruowanie prawa, które ich ochroni przed wyzyskiem i uniemożliwi korporacyjnym platformom tuczenie się na kryzysowej sytuacji słabszych – komentuje Agnieszka Dziemianowicz-Bąk, posłanka Lewicy.

Parlamentarzystka skrytykowała posłów i senatorów głosujących przeciwko proponowanej poprawce. – Opublikowanie w mediach społecznościowych zdjęcia z dostawą z lokalnej pizzerii to dobra forma wsparcia ze strony obywateli, ale to zdecydowanie za mało jak na posłów. Podczas debaty w parlamencie przeciwko propozycji Lewicy był nie tylko PiS, ale i PO. Zdaniem liberałów wprowadzenie ograniczenia dopuszczalnej prowizji i ochrona gastronomii przed korporacyjnym wyzyskiem to nadmierna ingerencja w wolny rynek. Ten sam rynek, który dziś wykańcza restauratorów i ich pracowników. Szkoda, że prawica ma ich w nosie.

Rozwadowska: Po pandemii będziemy pracować jeszcze bardziej śmieciowo, na własnym sprzęcie. I mało kogo to obejdzie

Jakub Pindych nie komentuje motywów ekonomicznych działania platform, ale zwraca uwagę na inne zjawisko. – Branża gastronomiczna bardzo ucierpiała w pandemii, a jest ona naszym wspólnym dobrem. Dlatego wiele osób solidaryzuje się z restauratorami, kelnerkami czy pracownikami na zmywaku i im pomaga. A platformy, które mają teraz najsilniejszą pozycję na rynku, z solidarności tej się wyłamały.

W maju w sprawie wysokości marż pobieranych przez firmy pośredniczące między lokalami gastronomicznymi a klientami interweniowała Urszula Zielińska, posłanka Koalicji Obywatelski z ramienia Partii Zieloni. Zielińska o sytuacji powiadomiła Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Ten ma zbadać, czy tak wysokie stawki nie niszczą polskiej gastronomii podczas pandemicznego kryzysu. UOKiK kontrole zaczął jeszcze w maju, ale zapowiada, że ich efekty opublikuje być może dopiero za kilka miesięcy.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Mateusz Kowalik
Mateusz Kowalik
Dziennikarz Krytyki Politycznej
Dziennikarz, stały współpracownik Krytyki Politycznej. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i europeistyki na Uniwersytecie Warszawskim. Były dziennikarz „Gazety Wyborczej”, publikował m.in. w „Dużym Formacie” i „Magazynie Świątecznym”.
Zamknij