Czytaj dalej, Gospodarka

Raworth: Czy musimy rosnąć bez końca?

Mimo że jesteśmy znacznie bogatsi niż niegdysiejsi królowie, zbyt łatwo dajemy się przykuć do kołowrotu konsumpcjonizmu, ciągle szukając tożsamości, więzi i osobistej przemiany w rzeczach, które kupujemy. Fragment książki Kate Raworth „Ekonomia obwarzanka. Siedem sposobów myślenia o ekonomii XXI wieku”, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej.

Ludzie są pomysłowi: świetnie potrafimy wyciągać jak najwięcej z tego, co mamy, albo wyciągać tyle samo z czegoś mniejszego. Kiedy Henry Ford wprowadził ruchomą linię produkcyjną do swojej fabryki w Michigan w 1913 roku, produkcja samochodów niemal z dnia na dzień wzrosła pięciokrotnie. Gdyby popyt na jego model T cały czas nie rósł, Ford potrzebowałby znacznie mniejszej liczby robotników. W rosnącej gospodarce pracownicy zwolnieni przez jedną firmę mogą oczekiwać, że znajdą pracę gdzie indziej. Jednak kiedy popyt w tej gospodarce nie nadąża za wzrostem produktywności, zaczyna się szerzyć bezrobocie. A jak uczy historia, to może szybko doprowadzić do ksenofobii, nietolerancji i faszyzmu.

To niekończące się kolejki po pracę okresu wielkiego kryzysu przekonały Johna Maynarda Keynesa do tego, żeby w latach 30. skupić się na osiągnięciu pełnego zatrudnienia jako celu gospodarki – a stosownym narzędziem był jego zdaniem nieustanny wzrost gospodarczy. W sto lat po rewolucji fordyzmu roboty przejęły znacznie więcej niż tylko produkcję samochodów. Dziś to już niewykonalne, żeby tempo wzrostu PKB nadążyło za prognozowaną skalą zwolnień z powodu automatyzacji. Jest to mocny argument za wprowadzeniem dochodu podstawowego dla wszystkich. Inne zmiany mogą jednak poprawić dystrybucję płatnej pracy w ekonomii agnostycznie podchodzącej do wzrostu.

Keynes spodziewał się, że podniesienie wydajności pracy przez nowoczesną technikę skróci typowy tydzień pracy. Jego znana prognoza głosiła, że w XXI wieku nie trzeba będzie pracować dłużej niż piętnaście godzin w tygodniu, a społeczeństwo będzie dążyć do tego, by „rozdzielić tę pracę, która pozostanie jeszcze do wykonania, między tylu ludzi, ile tylko będzie możliwe”.

Tutaj się mylił, przynajmniej w pewnym stopniu, ale czas jeszcze może zadecydować o jego racji. Z pewnością jako jeden z pierwszych poparłby propozycję brytyjskiej New Economics Foundation, by skrócić standardowy tydzień pracy w krajach o wysokim dochodzie z ponad trzydziestu pięciu godzin do zaledwie dwudziestu jeden, zwalczając zarówno bezrobocie, jak i przepracowanie.

Przejście byłoby oczywiście niełatwe i nie dojdzie do niego bez przemiany ekonomii zatrudnienia. „Będziemy musieli pozbyć się wypaczonych zachęt zawartych w systemie podatkowym i ubezpieczeniowym – wyjaśnia Anna Coote, ekspertka w dziedzinie polityki społecznej i współautorka propozycji – tak aby zachęcać pracodawców do zatrudniania większej liczby pracowników, a nie ich za to karać”.

Tego typu inicjatywy na rzecz krótszego tygodnia pracy mają większe szanse powodzenia, jeśli pracodawcy sami będą pracownikami. Okazało się, że od wielkiego kryzysu do kryzysu finansowego 2008 roku spółdzielnie w rękach pracowników skuteczniej zapobiegały zwolnieniom. Zamiast zwolnień spółdzielnie rozdzielają zmniejszony wymiar godzin pracy pomiędzy wszystkich członków, co jest doskonałym przykładem adaptacyjnej reakcji pracodawcy w obliczu wahań popytu.

Kostera: „Załóż firmę”, mówi system. To je zakładam. Zupełnie inne

W tradycyjnych firmach również znajdą się sposoby na przekształcenie zatrudnienia. Często zalecane przejście z opodatkowania pracy na opodatkowanie zużycia zasobów jednocześnie odciągnęłoby ludzką pomysłowość od zastanawiania się, jak mniej ludzi może robić więcej rzeczy, a przyciągnęłoby ją do zastanawiania się, jak przy pomocy mniejszej ilości rzeczy więcej naprawiać i przekształcać, jednocześnie zatrudniając więcej ludzi.

Bez wątpienia dzięki takiej polityce gospodarki stałyby się bardziej dystrybucyjne i regeneracyjne, ale czy mogłaby ona również pomóc im agnostycznie podejść do wzrostu w kontekście osiągnięcia odpowiedniego wskaźnika zatrudnienia? Jakie inne przemiany mogą okazać się konieczne? Tu właśnie będzie potrzeba więcej innowacyjnego eksperymentowania i badań. […]

W jaki jeszcze sposób jesteśmy społecznie zaklinowani we wzroście PKB, uzależnieni od niego i na nim zawieszeni? Poprzez kulturę konsumpcjonizmu i napięcia tworzone przez nierówności, które z kolei biorą się z potrzeby czegoś, do czego można aspirować.

W 2008 uratowaliśmy banki. W 2021 czas uratować planetę

Mimo tego, że jesteśmy znacznie bogatsi niż niegdysiejsi królowie, zbyt łatwo dajemy się przykuć do kołowrotu konsumpcjonizmu, ciągle szukając tożsamości, więzi i osobistej przemiany w rzeczach, które kupujemy. Żeby nie być gorsi od Iksińskich, wciąż gonimy za obietnicą, którą daje ten następny zakup.

Jak pisałam w rozdziale trzecim, siostrzeniec Freuda Edward Bernays zrozumiał, że psychoanaliza wymyślona przez wuja otwiera furtkę do świata bardzo dochodowej terapii zakupowej. Jego metoda perswazji – gustownie nazwana public relations – przekształciła marketing na całym świecie i z biegiem XX wieku uczyniła z kultury konsumpcjonizmu sposób życia.

Jak pisał w swojej książce Sposoby widzenia teoretyk mediów John Berger: „Reklama nie jest po prostu zbiorem konkurujących ze sobą przekazów. Stanowi samodzielny, odrębny język, po który sięga się, by złożyć zawsze tę samą generalną propozycję. […] Proponuje mianowicie każdemu z nas, byśmy przekształcili siebie samych albo swoje życie, kupując coś więcej”.

Raworth: Światowy kryzys to doskonała pora na wielką transformację

Czy mamy szansę pozbyć się tego dziedzictwa XX wieku? W tym celu niektóre rządy, na przykład w Szwecji, Norwegii i Quebecu, zakazały reklam adresowanych do dzieci poniżej dwunastego roku życia (ale w podświadomość dorosłych dalej pozwalają celować), podczas gdy miasta Grenoble i São Paulo zabroniły „wizualnych zanieczyszczeń” w postaci billboardów.

Tymczasem rozkwit reklam internetowych kierowanych do konkretnych grup i popartych najnowocześniejszymi technikami badań konsumenckich nadał spersonalizowanemu marketingowi postać znacznie bardziej wyrafinowaną i inwazyjną. Jednocześnie reklama utwierdziła swoją rolę na ulicy, w szkole, w mediach społecznościowych i środkach masowego przekazu – jako ważne źródło dochodu samorządów lokalnych, darmowych serwisów internetowych i redakcji. Spowodowała tym samym niezręczną zależność finansową państwa i cyfrowych dóbr wspólnych od nieskończonych pokus rynku.

Zniesienie finansowej i kulturowej dominacji konsumpcjonizmu w życiu publicznym i prywatnym stanie się jednym z najbardziej wciągających dramatów psychologicznych XXI wieku.

Mówi się też, że społeczeństwo uzależniło się od wzrostu PKB, ponieważ zmniejsza on napięcie powodowane przez pogłębiające się nierówności społeczne. Wciąż rosnący PKB ma być rzekomo konieczny, ponieważ tworzy „gospodarkę o sumie dodatniej”, w której sytuacja finansowa każdego może się polepszyć. Argument ten głosi, że kiedy gospodarczy tort wyrasta, bogaci chętniej akceptują redystrybucyjne podatki, które pójdą na inwestycje w dobra publiczne, ponieważ można je pobierać bez nadmiernego wgryzania się w czyjś dochód netto.

Inni jednak sądzą, że ciągły wzrost PKB jest niezbędny z dokładnie przeciwnego powodu: ponieważ służy do permanentnego oddalenia potrzeby redystrybucji. Jak napisał Henry Wallich, gubernator amerykańskiej Rezerwy Federalnej w latach 70.: „Wzrost jest substytutem równości dochodów. Tak długo, jak jest wzrost, jest też nadzieja, a dzięki temu znaczne różnice dochodów stają się znośne”.

Niezależnie od tego, czy ktoś postrzega wzrost jako klucz do redystrybucji, czy do jej wiecznego unikania, jego społeczna waga zakorzeniona jest w pewnym podstawowym przekonaniu. Uczestniczyłam kiedyś w warsztacie o nowym myśleniu ekonomicznym z ważną postacią w dziedzinie ekonomii złożoności. Człowiek ten mówił o pobudzaniu wzrostu PKB w krajach o wysokim dochodzie, jak gdyby była to oczywista konieczność. Kiedy zaczęłam go na ten temat indagować, dał mi bardzo prostą odpowiedź. Mamy głęboko zakorzenione pragnienie wzrostu – powiedział. – Ludzie potrzebują do czegoś aspirować.

Zgadzam się: ludzie potrzebują do czegoś aspirować. Ale czy wciąż rosnący dochód to naprawdę najlepsza aspiracja do wyboru? To Alfred Marshall nadał racjonalnemu człowiekowi ekonomicznemu nienasycone potrzeby i pragnienia, jak pisałam w rozdziale trzecim. Dzięki Edwardowi Bernaysowi dziś sprawdza się to konkretnie w przypadku ludzi DZIWN-ych – mieszkających w krajach demokratycznych, zachodnich, industrialnych, wykształconych i niebiednych, które stanowią obecnie ojczyznę społeczeństwa konsumpcyjnego.

A po pandemii chodziliśmy na pączki. Amsterdam już wie, jak ugryźć kryzys

Antropolodzy jednak potrafią podać historyczne i współczesne przykłady społeczeństw tradycyjnych żyjących według zasady wystarczalności, takich jak lud Cree w północnej Manitobie w XIX wieku, którego kontakty z europejskimi handlarzami przeczyły oczekiwaniom ekonomistów. Chcąc zakupić więcej futer, Europejczycy zaproponowali wyższe ceny. Wtedy Cree przynieśli do faktorii mniej futer, ponieważ już tylko tylu potrzebowali do zdobycia dóbr, na które chcieli się wymienić .

Gdyby Bernays żył do dziś i wykazał chęć pomocy w stworzeniu albo odzyskaniu podobnego poczucia materialnej wystarczalności w społeczeństwach DZIWN-ych, jakie głębokie ludzkie wartości próbowałby wzbudzić? Do czego innego moglibyśmy aspirować, jeśli nie do posiadania?

„Gdziekolwiek i kiedykolwiek nie znamy w życiu umiaru, to znak nieznanego jeszcze braku” – dowodzi psychoanalityk Adam Phillips. „Nasze nieumiarkowanie jest najlepszą wskazówką naszego niedostatku i najlepszym sposobem, żeby go przed sobą ukryć”. W przypadku konsumpcjonizmu niedostatek, który chcemy ukryć, to być może zaniedbanie relacji ze sobą nawzajem i ze światem życia. Tak myśli psychoterapeutka Sue Gerhardt. „Choć cieszymy się względnym dostatkiem materialnym, nie mamy jednak dostatku emocjonalnego” – pisze w swojej książce The Selfish Society [Samolubne społeczeństwo]. „Wielu ludzi pozbawionych jest tego, co naprawdę ma znaczenie”.

Jest wiele opinii na temat tego, co naprawdę ma dla nas znaczenie w życiu – od realizowania swoich talentów i pomagania innym po stawanie w obronie tego, w co wierzymy. New Economics Foundation przeanalizowała zbiór badań z dziedziny psychologii i sprowadziła wnioski do pięciu prostych, sprawdzonych sposobów na poprawę ludzkiego dobrostanu: nawiązywanie relacji z ludźmi wokół nas, aktywność fizyczna, dostrzeganie otaczającego nas świata, uczenie się nowych umiejętności oraz dawanie innym.

Odkryto pigułkę szczęścia. Koncerny farmaceutyczne jej nienawidzą

Być może to są pierwsze kroki do takiego rodzaju moralnego i społecznego postępu, jaki wyobrażał sobie Mill, gdy oczekiwał czasów, w których ludzie przestaliby być pochłonięci sztuką pomnażania, a zaczęliby aspirować do sztuki życia.

*
Fragment książki Kate Raworth Ekonomia obwarzanka. Siedem sposobów myślenia o ekonomii XXI wieku, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Krytyki Politycznej. Z angielskiego przełożyła Aleksandra Paszkowska.

**
Kate Raworth – angielska ekonomistka związana z uniwersytetami oksfordzkim i Cambridge. Autorka jednego z najgłośniejszych w ostatnich latach konceptów ekonomicznych: „ekonomii obwarzanka”, w którym pokazuje, jak należy zaspokajać ludzkie potrzeby z uwzględnieniem możliwości naszej planety.

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij