Świat

Mason: Atak Kaczyńskiego na rządy prawa trzeba powstrzymać

KALINSKI-KACZYNSKI-JAROSLAW

Gdy tym razem powróci autorytaryzm, nie będzie żadnej konwencji genewskiej.

Zacznę od dobrej rady, jakiej udzielił kiedyś George Orwell. W 1940 roku, w trakcie kryzysu gabinetowego, jaki nastąpił po porażce aliantów w Dunkierce, gdy brytyjskie elity próbowały naprawić jeden błąd innym, napisał w swoim dzienniku, że od jakichś 10 lat lewicowi intelektualiści znacznie trafniej przewidują nadchodzące wydarzenia niż ministrowie w rządzie.

Zdaniem Orwella sztuka polega nie na tym, by umieć przepowiadać przyszłość, ale na tym, by „rozumieć, w jakim świecie żyjemy”.

W czasach, gdy prawicowy populizm rośnie w siłę i gdy kwestionuje się prawomocność wielostronnych instytucji międzynarodowych, jednym z najcenniejszych instynktów politycznych jest świadomość nadciągających kryzysów i zdolność wyobrażenia sobie formy, jaką mogą przybrać.

Problem z liberałami, z technokratyczną elitą, z całym politycznym centrum i częścią lewicy polega na tym, że brakuje im tego instynktu.

Juruś: Orwell wiecznie żywy?

Przeciwnie. Nadal pytają: co się stało ze światem? Co się dzieje z gospodarką? Dlaczego nastawienie społeczeństwa aż tak się zmieniło? Dlaczego świat przestał odpowiadać naszym oczekiwaniom?

Neoliberalna elita

Nie używam pojęcia „liberalnej elity”, istnieje natomiast elita neoliberalna, a problem z nią polega na tym, że przestała „rozumieć, na jakim świecie żyjemy”. W rezultacie zaczęła przejawiać nieracjonalną skłonność do politycznego ryzyka.

Tej elicie, podobnie jak brytyjskiej arystokracji z lat 30. ubiegłego wieku, bieżące wydarzenia jawią się szereg niezrozumiałych i niepowiązanych ze sobą wstrząsów. Szkocja o mało co nie zagłosowała za odłączeniem się od Zjednoczonego Królestwa. Grecja idzie na udry z Europejskim Bankiem Centralnym. Brytyjczycy wybierają Brexit. Ameryka wybiera Trumpa.

Na Węgrzech Viktor Orban rozpętał groteskową antysemicką kampanię przeciwko George’owi Sorosowi, a teraz, gdy projekt Brexitu zaczyna się chwiać, do ataku na Sorosa przyłącza się brytyjska gazeta Daily Telegraph i powiela te same antysemickie podteksty.

W Niemczech prawe skrzydło rządzącej CSU wzywa do „burżuazyjnej rewolucji”, która miałaby przekreślić wszystkie zdobycze socjaldemokracji po 1968 roku.

A tu, w Polsce, rząd pogrąża się w głębokim kryzysie, choć sam jeszcze o tym nie wie.

Sprowokowanie Komisji Europejskiej do uruchomienia Artykułu 7 to nie lada osiągnięcie, bo teraz Komisja nie może się już wycofać. Kaczyńskiemu i jego partii może się zdawać, że jadą bezpiecznie na fali sondażowej popularności  – ale są jak dzieci bawiące się zapałkami.

Mason: Najpierw demokracja, potem socjalizm

Bo – jak może zauważyliście – Europa wolna i liberalna leży w zachodniej części kontynentu. A tę drugą Europę, autorytarną, gdzie rządzi zorganizowana przestępczość, gdzie morduje się dziennikarzy i polityków opozycji, macie u progu.

Między tymi dwiema Europami nie ma trzeciej drogi. Wes Anderson nakręcił film Grand Budapest Hotel jako satyrę, nie jako instruktaż.

Spróbujmy zatem nauczyć się czegoś od Orwella i powiedzmy sobie jasno, w jakim świecie żyjemy. Musimy sobie uświadomić, w jaką całość układają się wszystkie te pojedyncze wstrząsy i kryzysy.

Załamanie systemu

Po pierwsze: światowy model gospodarczy załamał się. Na lewicy nazywamy ten model neoliberalizmem, ale używam tego pojęcia na określenie całego, globalnego systemu: Chiny są częścią systemu neoliberalnego tak samo, jak są nią Stany Zjednoczone. Polska, nawet z socjalnym programem „Rodzina 500 plus” i rosnącymi płacami, również gra swoją rolę w globalnym neoliberalnym systemie.

Te same czynniki, które przed 2008 rokiem pozwalały temu systemowi funkcjonować, dziś go podminowują. Pobudzaliśmy wzrost gospodarczy niskimi płacami i wysokim zadłużeniem. Ale niskich płac, offshoringu produkcji i rosnącego zadłużenia nie da się na dłuższą metę pogodzić. Po wzroście przychodzi spadek. Bank centralny interweniuje, drukuje pieniądze, i koniunktura wraca – ale taki wzrost gospodarczy jest okupiony rosnącymi nierównościami. Wzrost wydajności nie nadążą za rosnącym długiem.

Najważniejsze pytanie na dziś brzmi: „Dlaczego kryzys neoliberalnej gospodarki wywołał tę falę prawicowego populizmu, ksenofobii, rasizmu, antysemityzmu i innych resentymentów?”

Otóż dlatego, że neoliberalizm mógł trwać tak długo, jak długo pokładaliśmy wiarę w pewien mit.

Ten mit brzmiał tak: jeśli wprowadzimy bezwzględną konkurencję każdego z każdym, jeśli wywrócimy do góry nogami nasze społeczności, tradycje i dotychczasowe instytucje, jeśli ludzie przestaną uważać się za wielowymiarowe istoty, mające swoją duchowość, etniczność i seksualność, a zamiast tego będą się kierować wyłącznie względami ekonomicznymi — wówczas zapanuje dobrobyt.

Zbadano nierówności dochodowe i majątkowe w blisko 60 krajach świata. Wnioski nie są optymistyczne

Dopóki ten mit działał, pociągał za sobą w polityce i biznesie zjawisko, które nazywam neoliberalizmem performatywnym. Każdy odgrywa swoją rolę, jak aktor na scenie. Dopóki dział, w którym pracujesz, zatrudnia co najmniej tyle kobiet albo tyle osób z mniejszości etnicznych, ile wymaga prawo, nikogo nie interesuje, co sobie naprawdę myślisz. Możesz na przykład wierzyć, jak wielu młodych Amerykanów, że wyzwolone seksualnie kobiety są współsprawczyniami szykanowania tak zwanych samców beta.

Ale gdy cały system gospodarczy zaczyna się rozlatywać, wtedy odgrywanie tych ról traci sens.

Koniec bajki

Chcę podkreślić, że w Polsce, tak jak we Francji, ten kryzys nie musi oznaczać zubożenia. Jak wskazuje Maciej Gdula: zarobki mogą nawet rosnąć. Ale mit o tym, że wszystkim będzie się żyć coraz lepiej, a moje dzieci czeka przyszłość lepsza od mojej – ten mit upadł.

Niebezpieczeństwo, które sobie zgotowaliśmy, można dostrzec w barze szybkiej obsługi, gdy się popatrzy, jak zachowują się ludzie kierujący się wyłącznie względami ekonomicznymi – i zestawi te obserwacje z zachowaniem pokolenia naszych rodziców.

Gdyby mojemu ojcu ktoś kazał przykleić sobie w miejscu pracy ten fałszywy uśmiech zadowolenia, ojciec nigdy by się na to nie zgodził. Miejsce pracy było dla niego przestrzenią demokracji. Tam wolno było być sobą. Wolność mowy i czynu w miejscu pracy miała swoją cenę: trzeba było być autentycznym: tą samą osobą w domu, w pubie i na zebraniu związkowym.

Neoliberalna ekonomia premiuje tworzenie sobie wielu fałszywych osobowości, przez co nasze prawdziwe poglądy nigdy nie są kwestionowane ani poddawane próbie wytrzymałości w dyskusji. Dopóki praktyki kadrowe w mojej firmie spełniają kryteria niedyskryminacji, mogę po cichu nienawidzić każdego, kogo zatrudniam.

Gdula: Czy Kaczyńskiego popierają wyłącznie „przegrani”?

Minęło 30 lat. Neoliberalizm się sypie, a do głosu dochodzą wszystkie stare uprzedzenia – wzmocnione panicznym strachem przed odpowiedzią na dwa pytania: kim jestem i co mnie czeka? Jeśli nie jestem już czysto ekonomiczną jednostką i nie mam przed sobą jasnej ścieżki życiowego awansu, co zostało z mojej tożsamości? I po co dłużej udawać?

W Wielkiej Brytanii neoliberalizm doszczętnie rozbił samoorganizację ludzi pracy, rozsadził społeczności, pozrywał więzi między ludźmi. Została im religia, przynależność etniczna i resztki małomiasteczkowej tożsamości. Na tym tle wyrósł Brexit i ksenofobiczna, rasistowska i nacjonalistyczna partia UKIP.

Od czasu, gdy do władzy zaczęli dochodzić Trump, Erdogan, Putin i Orban, wczytuję się w pisma ludzi, którzy badali, jak Hitler dochodził do władzy. Nie dlatego, że ci współcześni przywódcy są faszystowskimi dyktatorami, ale dlatego, że podobnie jak on wywołują lawinę fałszywych newsów, by rozpowszechnić przekonanie, że prawda obiektywna nie istnieje.

Ten numer nie odpowiada

Niemiecki psychiatra Erich Fromm twierdził, że do powstania nazizmu przyczyniły się dwie rzeczy. Jedną było wyczerpanie i izolacja – powszechnie odczuwane doświadczenie nowoczesności. Drugą był fakt, że ówczesna lewica nie umiała przedstawić konkurencyjnych recept. Te zjawiska, w połączeniu z rozpowszechnieniem się modelu drobnego biurokraty, który nie myśli za siebie i niczego nie kwestionuje – pisała o tym Hannah Arendt na początku lat 50. – pozwoliły nazistom zdobyć pełnię władzy.

Dziś wystarczy poczytać reportaże o warunkach pracy w magazynach Amazona, by zrozumieć, jak bardzo jesteśmy zmęczeni i wyczerpani.

Dowody na niedowład liberałów widać na każdym kroku: w Stanach demokraci wystawili Hillary Clinton. Brytyjscy liberałowie nie potrafili zapobiec Brexitowi. W Polsce Platforma Obywatelska okazała się równie bezradna.

A biurokratyczna klasa menedżerska, której szeregi zwielokrotniły się pod rządami neoliberalizmu, jest wciąż gotowa posłusznie wykonywać rozkazy.

Jak obraz świata wyłania się z tych konstatacji?

Zdyskredytowany system gospodarczy. Zdyskredytowana narracja, która ten system wspierała. Zbiór narzuconych z zewnątrz, udawanych zachowań, które okazały się bezsensowne. Elita polityczna, która nie przyznaje się do błędów i nie uczy się na błędach.

Wiemy, jak to wygląda, bo pamiętamy, jak upadał Związek Radziecki: przychodzi taki moment, w którym wszyscy już wiedzą, że system długo nie pociągnie. „Wszystko było wieczne, dopóki się nie skończyło”, tytuł książki Aleksieja Jurczaka o czasach Michaiła Gorbaczowa, doskonale oddaje aktualny stan neoliberalizmu.

Zapomnijcie o Kevinie, obejrzyjcie sobie koniec świata

Kryzys gospodarczy grozi przeobrażeniem się w kryzys społeczny, a kolejnym etapem będzie fragmentacja geopolityczna. Klasa menedżerska, która dziś sumiennie odhacza kwoty etnicznej i genderowej inkluzywności, jutro z równą sumiennością będzie odhaczać kwoty masowej wywózki imigrantów.

Liberałowie sądzili z początku, że wystarczy rzucić w stronę prawicowego elektoratu kilka reform gospodarczych. Dokonania Dudy i Kaczyńskiego jednak pokazują,  że prawica również potrafi poszerzać państwo opiekuńcze i rozdawać pieniądze po to, by zaskarbić sobie masowe poparcie.

Autorytaryzm a rządy prawa

Od centrowych i postępowych polityków potrzebujemy radykalnego, jednoznacznego zerwania z systemem wolnorynkowym, a od elit „jednego procenta” potrzebujemy, aby zobowiązały się ocalić rządy prawa, demokrację i globalny system wielostronnych powiązań.

Tym, co nam grozi, nie jest faszyzm. Faszyzm był potrzebny w latach 30. po to, żeby zdławić ruch robotniczy. Dziś w zupełności wystarcza standardowa forma, jaka przybiera ten schyłkowy system: autorytarny rząd, który ręcznie steruje sądami, ogranicza wolność słowa i zastrasza media. Właśnie w tej chwili w Polsce wszystkie te elementy zaczynają się układać w całość.

Warto zdać sobie sprawę, jak zbieżne są interesy Władimira Putina i, dajmy na to, Ruperta Murdocha czy Donalda Trumpa. Murdoch i Trump zyskują, gdy skrajna destabilizacja, nieustanne napięcie i zalew fałszywych newsów wywołują znużenie demokracją: wyborcy oddają urząd prezydenta kleptokracie, a prezydent wysługuje się Murdochowi. Co ma z tego Putin? Po pierwsze – Zachód traci moralne prawo do pouczania Rosji. Po drugie, zachodnie finanse otwierają się na rosyjskich kleptokratów.

Putin wyznał Oliverowi Stone’owi, że nie jest kobietą

Co da się zrobić?

Przede wszystkim zrozumieć, że mierzymy się z międzynarodową ofensywą ultra-prawicy, koordynowaną przez prawicowe rządy kilku państw, w których należące do największych magnatów media nagłaśniają fałszywe newsy i faszystowski przekaz.

Ich celem, jak mówiłem, jest nie tyle zaprowadzenie faszyzmu, co zarażenie społeczeństwa lękiem, nieufnością i nienawiścią do ludzi o postępowych poglądach. Od dołu koordynują tę strategię mniejsze media, takie jak Breitbart, a ich działania propagują medialni giganci, tacy jak telewizja Fox. Potrzeba więc odpowiednich regulacji prawnych, by media nie mogły wykorzystywać tępych algorytmów sieci społecznościowych do szerzenia nienawiści.

Po drugie, musimy wiedzieć, że w wojnie kulturowej uprzedzenia rozprzestrzeniają się w postępie wykładniczym, a rozsądek – w liniowym.

W kilka tygodni, odkąd wybuchł publiczny konflikt między Białym Domem a FBI, Trump i sprzyjające mu media przekonały 73% republikańskich wyborców, że FBI usiłuje podważyć demokrację. Erupcja antysemityzmu w polskich mediach społecznościowych jest podobnym przykładem wykładniczego rozprzestrzeniania się nastrojów w reakcji na zatarg między rządem Prawa i Sprawiedliwości a Unią Europejską.

Nowa prawica działa w ten sposób, że zajmuje w jakiejś sprawie oburzające stanowisko, broni go bezwstydnymi kłamstwami, powołując się przy tym na wolność słowa – a fałsz idzie w świat i zatacza coraz szersze kręgi.

Z tym nie da się walczyć na ich terenie. Nie mamy już do czynienia z „wojną kulturową”, ale z wojną przeciwko kulturze.

Prawica ma własny język nienawiści, często nieprzenikniony dla osób z zewnątrz. W Wielkiej Brytanii, gdy stronnicy UKIP i neonazistów chcą stygmatyzować zjadaczy mięsa koszernego i halal, zaczynają opowiadać o „prawach zwierząt”. Takie sygnały nie docierają do uszu większości brytyjskich działaczy antyrasistowskich. Jak mają zwalczać propagandę, z istnienia której nie zdają sobie nawet sprawy?

Potrzeba nam radykalnej nadziej, jaką daje postępowe rozwiązanie – nie dalekosiężne obietnice, ale konkretne reformy tu i teraz, które można wprowadzić w krótkiej perspektywie, by poprawić warunki życia: wyższe płace, lepsze i dostępniejsze usługi publiczne, dobrze płatne miejsca pracy i powszechna, darmowa edukacja.

W brytyjskiej Partii Pracy postanowiliśmy zerwać z salonową grą w centrową politykę. Powiedzieliśmy: „System nie działa. Naszym wrogiem są bogaci, którzy uchylają się od płacenia podatków, prywatne koncerny, które nas wyzyskują, oraz banki – a nie imigranci ani muzułmanie ani osoby pobierające świadczenia społeczne”.

On może jeszcze powstrzymać Brexit

czytaj także

Manifest Partii Pracy opublikowany w czerwcu 2017 roku podziałał jak wstrząs elektryczny w robotniczych społecznościach, gdzie UKIP i Brexit miały liczne grono zwolenników. Wywołał podziały – w małych miastach, gdzie poparcie dla UKIP wynosiło przeciętnie 20%, połowa tych wyborców przeszła do konserwatystów, a druga połowa – do Partii Pracy.

Polska i Holocaust

Na koniec chcę powiedzieć kilka słów o nowej ustawie, która usiłuje zablokować debatę o roli Polski w Holocauście. Dzisiejszą konferencję sponsoruje niemieckie Ministerstwo Spraw Zagranicznych, dlatego najpierw wyraźnie podkreślę – jak Sigmar Gabriel przede mną – że wyłączną odpowiedzialność za Holocaust ponoszą Niemcy.

Jednak historia jest przecież od tego, żeby dogłębnie badać złożone procesy dziejowe, a nie by decydować, które narody są dobre, a które złe. Gdy dokonuje się olbrzymia zbrodnia, obwinianie za nią całego narodu i wybielanie innego to bardzo zły sposób uprawiania historii.

Zarówno w Niemczech, jak i w Polsce, wydarzeń z czasów drugiej wojny światowej używa się dziś jako broni politycznej. To bardzo groźna tendencja. Wciąż zabieramy dzieci do Auschwitz, bo tego nie da się nazwać „fałszywym newsem”. Auschwitz istnieje. Każdy może przejść przez bramę obozu.

W 1945 roku, gdy świat poznał przeraźliwą prawdę o Holocauście, wielu ludzi w wielu krajach zadawało pytanie, czy ludzkość jest skazana na zagładę. Filozofowie moralności i ludzie głęboko religijni pytali: czy w naturze ludzkiej leży jakieś nieusuwalne zło?

Muzeum Polokaustu to świetny pomysł!

By móc odpowiedzieć „nie” na to pytanie, zbudowali instytucje, które gwarantowały, że taki horror nie wydarzy się powtórnie. Jedną z tych instytucji jest Powszechna Deklaracja Praw Człowieka. Inną jest demokracja liberalna – dziś to ją atakuje Kaczyński i wspierające go media.

Holocaust nadal ma tę moc, która każdego człowieka popycha do głębokiego moralnego rachunku sumienia. Straci ją wtedy, kiedy stanie się po prostu jedną z wielu historycznych zaszłości.

Czy umiecie sobie wyobrazić polski rząd równie antysemicki jak te, które w latach 30. wprowadzały getto ławkowe na uniwersytetach? Czy potraficie sobie wyobrazić, że rząd Niemiec mógłby masowo deportować imigrantów?

Jeśli nie umiecie sobie tego wyobrazić, to bierzecie na siebie poważne ryzyko.

Bo gdy tym razem powróci autorytaryzm, nie będzie żadnej konwencji genewskiej. Siły policyjne są znacznie bardziej zmilitaryzowane niż kiedyś, a inwigilacja obywateli o wiele bardziej rozległa.

Co więcej, dziś nie ma takiego proletariatu, jaki walczył z faszyzmem w latach 30. Nie mamy takich ruchów pracowniczych jak te, które w Hiszpanii stawiały opór siłom generała Franco, a w Holandii ogłosiły strajk powszechny na wieść o planach deportacji Żydów w lutym 1941 roku albo o powstaniu w getcie warszawskim.

W takim świecie żyjemy.

***

Tekst wystąpienia wygłoszonego 12 lutego 2018 r. w Warszawie na konferencji #EuropeanTownHall Meeting, zorganizowanej przez Das Progressive Zentrum

Transkrypcja wystąpienia została pierwotnie opublikowana na blogu autora.

Przeł. Marek Jedliński

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.