Idee nie działają.
Same.
Ktoś musi stanąć za ideą.
Człowiek. Jeden lub wielu.

Idee pomagają wymyślić świat na nowo, kiedy trzeba to zrobić.
Ułatwiają zrozumienie, podtrzymują nadzieję, uwalniają od lęku.
Idee nie są odważne. Nie mają wyobraźni. Nie mają kolorów.
To człowiek, który stanął po stronie idei – jest bohaterem.

Zobaczył i pokazuje innym to, co niewidoczne.
Uwierzył, że utopia wypowiedziana dziś,
jutro może stać się barwną rzeczywistością.

Idee rodzą się z krytyki.
Powstają z myślenia.
A kiedy budzi się rozum, kończy się marazm.
Krytyczne myślenie napędza do działania.

Idee to słowa.
Które mają wartość i moc.
Nie chcemy ich tylko tworzyć ani bronić.
Zamierzamy je urzeczywistnić.

Dla Polski otwartej, zielonej i solidarnej.
Tworzonej wspólnie z wami.
Słowem i działaniem.

Przepisujemy idee na rzeczywistość.
Krytyka Polityczna

Film

Zapomnijcie o Kevinie, obejrzyjcie sobie koniec świata

"HyperNormalisation" Adama Curtisa

"HyperNormalisation" Adama Curtisa to katastroficzny esej audiowizualny o końcu świata.

Świat, jaki znamy, kończy się tak: w 1975 roku, w Nowym Jorku i Damaszku, za sprawą dwóch, gangsterskich w swej istocie, posunięć. Nowy Jork zmierza wówczas niechybnie do bankructwa, a szefowie banków przejmują kontrolę nad lokalną władzą dzięki zakulisowej zagrywce, której nie powstydziliby się bohaterowie Chłopców z ferajny. W tym samym czasie, kilka tysięcy kilometrów od Manhattanu, w Syrii, Henry Kissinger spotyka się z Hafizem al-Asadem, obiecując mu udział w globalnym podziale władzy. Zaraz po spotkaniu wyjeżdża na tour po świecie arabskim, żeby naprawdę go podzielić, skłócić i zdestabilizować, doprowadzając do furii syryjskiego przywódcę. Taki był początek końca.

Ostatni akt końca świata to ISIS, Donald Trump, Władimir Putin i Brexit. A pomiędzy wszystko, co nas do tego miejsca doprowadziło: terroryści samobójcy, Ronald Reagan w Białym Domu, Jane Fonda na telewizyjnym fitnessie, Ceaușescu rozstrzelany pod ścianą i UFO w Newadzie.

Przynajmniej tak wygląda apokalipsa według Adama Curtisa, który ulepił z tych skrawków HyperNormalisation, katastroficzny esej audiowizualny o końcu świata.

Wszystko już było

W blisko trzygodzinnym filmie Curtisa wyprodukowanym przez BBC nie ma nic nowego. I dźwięk, i obraz, i idee, które miksuje autor, gdzieś już były grane, zresztą nie raz.

Materiał wideo pochodzi z potężnych archiwów BBC – z terabajtów danych i kilometrów taśm, na których odciskają się zarówno doświadczenia banalne, produkcyjne śmieci, jak i te obrazy, które radykalnie przebudowały rzeczywistość: wielkie zamachy, inauguracje politycznych dyktatorów i ich krwawe egzekucje. Curtis surfuje po tym zapisie wideo historii najnowszej, jakby nie był reżyserem tylko swojego filmu, ale każdego z setki kawałków, którymi żongluje – tak jakby nie leżały gdzieś w brytyjskim archiwum, tylko wypalone były w jego głowie, jakby znał je wszystkie na pamięć.

The end is near

Curtis jest w HyperNormalisation nie tylko znakomitym, efekciarskim vidżejem, ale przede wszystkim eseistą. Obrazy i dźwięki podane są tu z autorską opowieścią. O czym? W skrócie, o tej katastrofie totalnej, jaką zwykliśmy nazywać „końcem świata”. Tym razem jednak katastroficzna wizja nie jest spekulacją o przyszłości, czy religijnym wezwaniem do nawrócenia, bo end is near. Esej Curtisa jest swego rodzaju proroctwem ex post. Świat, jaki znaliśmy, już praktycznie nie istnieje, ale jego koniec jest tak radykalny, że nie do końca pojęliśmy, co się stało. HyperNormalisation ma dostarczyć narzędzi do przeprowadzenia traumatycznej wiwisekcji, która pozwoli to zrozumieć.

Curtis, tak jak każdy autor wynalazku, korzysta obficie z osiągnięć innych wynalazców. Nie robi co prawda w nowych technologiach, tylko w ideach, przez co trudno wyraźnie zaznaczyć granice pomiędzy tropami myślowymi, które wykorzystuje. Ale nie sposób wyzbyć się podczas seansu poczucia swoistego déjà vu.

Intelektualna baza filmowego eseju BBC jest konstrukcją utkaną z idei dobrze już zadomowionych w filozofii, literaturze i co ambitniejszej publicystyce. Kiedy Slavoj Žižek powtarza po raz setny, gdzieś pomiędzy sprośnym żartem i podtarciem nosa, że fikcja jest bardziej rzeczywista od rzeczywistości, to nikogo już to nie rusza. Wiemy już co najmniej od 2003 roku o realności wyobrażeniowego, kiedy to Ben Wright nagrał słoweńskiego wieszcza lewicy produkującego się na tle biblioteczki. Zresztą, kogo jak kogo, ale polskich widzów nie trzeba przekonywać chyba do tezy, że formacje z gruntu literackie są w stanie znacznie silniej modelować rzeczywistość, niż cokolwiek rzeczywistego. Ciągle nic? To podpowiem: Smoleńsk.

Lewica, artyści, progresywni intelektualiści wycofali się na przełomie lat 60. i 70. w neurotyczne introspekcje, porzucili społeczne utopie na rzecz indywidualnych hedonistycznych rajdów. To kolejna diagnoza z HyperNormalisation. Curtis bezlitośnie cytuje w swoim filmie Patti Smith, która stoi gdzieś na nowojorskiej ulicy i fascynuje się miastem popadającym w ruinę z naiwnością szafiarki wizytującej fawele. Poziom odklejania godny późnego Bronisława Komorowskiego.

Ale Curtis nie jest przecież pierwszym wymierzającym razy rewolucji ’68 roku. Na długo przed HyperNormalisation robił to w porównywalnie ujmującym stylu chociażby Michel Houellebecq, najpełniej w Cząstkach elementarnych, ale po trochu wszędzie. Natomiast wypisanie się z myślenia utopijnego to błąd lewicy, którego wytykanie po protestach Occupy Wall Street stało się już po prostu banałem. Karcił za to Chomsky, karcił za to Žižek, a przed nimi Fredric Jameson. Wszystkich ich zebrał i podsumował Mark Fisher w książeczce Capitalist Realism: Is There No Alternative? sprzed dobrych kilku lat. Powinniśmy już naprawdę wiedzieć, że „kapitalistyczna bezalternatywność” to nie efekt jakiegoś wglądu w prawdę o świecie, tylko ideologiczny mechanizm rozbrajający bunt.

Houellebecq pali papierosa

Postpolityka to również termin, który czasy świetności ma już zdecydowanie za sobą. Dzisiaj nie zdobywa laurów na najmodniejsze słowo roku, tylko przypomina raczej celebrytę z lat 90. monsturalnie zdeformowanego przez operacje plastyczne, starającego się wychynąć gdzieś jeszcze siłą woli z showbizowego niebytu. Swoją drogą, czy Chantal Mouffe nie powiedziała już wszystkiego, co trzeba o polityczności i rolikonfliktu w polityce? Pewnie tak, ale Curtisa to nie obchodzi, jakby wierzył, że on zrobi to lepiej.

Micky Rourke

Ucieczka w cyberprzestrzeń, czy modna ostatnio postprawda też znalazły swoje miejsce w HyperNormalisation. Nawet tytułowa hipernormalizacja jest zapożyczona od Aleksieja Jurczaka, któremu posłużyła do opisania totalitarnego popędu w zaprowadzaniu porządku i spójności w języku rosyjskim po śmierci Stalina.

Nie będzie niczego

Czy w takim razie HyperNormalisation jest tylko przeglądem tego, co czytały lewicujące studentki przez 20 ostatnich lat? Nic bardziej mylnego. Curtis wrzuca lekko już podgniłe składniki, kroi, tnie, miksuje, podlewa ironicznym humorem, dobrym ambientem i wychodzi mu z tego niewiarygodnie świeża narracja o źródłach współczesnego kryzysu (politycznego, społecznego, finansowego). Autor nie idzie na skróty w próbach zrozumienia, dlaczego ludzie gotowi są oddać swoje głosy takim narcystycznym szaleńcom jak Trump czy Farage. Nie znajdziemy w HyperNormalisation ani lewicowej mantry o tym, że kapitalizm upodlił ludzi i teraz w jakiś koszmarny sposób starają się odzyskać godność głosując na swoich oprawców. Nie ma też pełzającego wśród rzekomo liberalnych komentatorów neokonserwatyzmu, zgodnie z którym polityka multi-kulti poniosła porażkę. Rozpoznania Curtisa są dużo bardziej subtelne, wyprowadzane z historycznego dystansu.

Uruchamiając swoją maszynerię analityczną brytyjski dokumentalista stara się wywieść współczesną historię świata z dwóch wydarzeń, które miały miejsce w Nowym Jorku i Damaszku w 1975 roku. Przejęcie kontroli nad upadającym amerykańskim miastem jest próbą generalną transferu władzy z polityki do technokratycznej finansjery. Udaną. Mechanizm okazał się skuteczny, więc powtarzany był wielokrotnie. Jego skutki najbardziej obscenicznie przypomniały o sobie w czasie bailoutu amerykańskich banków odpowiedzialnych za kryzys 2008 roku. Władza formalnie była wciąż w rękach the People, ale realnie już w siedzibie Goldman Sachs.

Spotkanie Kissingera z Asadem w Damaszku to z kolei początek fikcji, która od lat 70. rządzi relacjami amerykańskiego imperium ze światem arabskim, a przy okazji zbiorową wyobraźnią. Gdyby Curtis nie był zobowiązany utrzymywać dystyngowanych standardów BBC, powiedziałby pewnie, że woleliśmy wymyślić sobie fikcję, niż skonfrontować się ze skalą rozpierdolu zaprowadzonego przez Zachód na Bliskim Wschodzie. Przykład tej fikcji zgoła bardziej współczesny? Broń masowego rażenia w Iraku. Wcale jej tam nie było? I co z tego? W fikcyjnej układance, niczym w nieuczciwym reportażu bardziej pasowało, żeby była. Więc była.

Dzięki małym historycznym krokom, które prowadzą narrację Curtisa od 1975 roku do wyboru Trumpa dużo łatwiej jest też zrozumieć, że postprawda to nie tylko słowo roku Oxford Dictionaries, ani pretensjonalne określenie na kłamstwo. Postprawda według HyperNormalisation jest najpełniejszą formą destabilizacji związku rzeczywistości politycznej z narracją o tejże. Nie chodzi o to, że nagle kłamstwo stało się politycznie opłacalne. Zawsze takie było, tylko kiedyś trzeba było natrudzić się, żeby je ukryć. Dzisiaj władzę zdobywa ten, kto język polityki przeora do tego stopnia, że przeciwnicy nie będą już w stanie powiedzieć nic sensownego. Chcecie atakować Trumpa za narodowy szowinizm? Jak to? Przecież mówił „I love China”, „I love Latinos”. W Rosji prześladuje się opozycje? Skądże znowu. Pieniądze z Kremla płyną przecież i do antyfaszystów i do nacjonalistów. Pluralizm jak się patrzy.

Harmonia

Adam Curtis to nie tylko popisujący się erudycją wykładowca, któremu z łatwością przychodzi slalom pomiędzy najważniejszymi wydarzeniami globalnej polityki i z pozoru błahymi pierdołami. Curtis to w ogóle nie wykładowca, tylko filmowiec, więc nie operuje jedynie słowem. W HyperNormalisation nie da się oderwać obrazu od dźwięku, ani od tekstu.

Nie tylko Curtis podaje swoje eseje wykorzystując ruchome obrazy. Žižek też próbował przecież zapodawać soczyste kawałki swojej filozofii za pomocą filmowego medium, ale zawsze były to mniej lub bardziej wykłady – z tą różnicą, że w szpanerskiej formule. U Curtisa harmonia środków jest tak precyzyjna, że pozwala na całkowitą imersję (Drogie BBC, wciąż czekam na wersję VR!). Wchodzimy na te prawie trzy godziny w historię końca świata nie ze względu na dramatyczne napięcie, czy doniosłość myśli, ale właśnie z powodu formy. Dyktatorzy poprzeplatani ze scenami życia codziennego odnalezionymi w archiwum BBC i anonimowymi YouTuberami doprawieni niepokojącymi dźwiękami genialnego soundtracku tworzą rzeczywistość odurzającego tripu – podróży przez to, co musieliśmy zapamiętać (zamach na World Trade Center) i co zarejestrowaliśmy, ale wolelibyśmy wymazać z pamięci (terabajty śmieci z YouTube’a).

Szczytem montażowego kunsztu Curtisa jest upadek komunizmu, w którym główne role odgrywają Nicolae i Elena Ceaușescu oraz Jane Fonda. Kiedy ręce rumuńskiej pary prezydenckiej krępowane są przez policje, ramiona Fondy wyrzucane są ekstatycznie podczas telewizyjnego fitnessu. Ceaușescu walczący z policjantami w Bukareszcie kontra amerykańska celebrytka prowadzącą walkę z tkanką tłuszczową. Koniec politycznego sporu, którego energia przejęta zostaje przez skrajnie indywidualistyczną formę kontroli, czyli cielesny reżim ćwiczeń fizycznych.

Widowiskowość, efekciarstwo dla pokolenia YouTube’a? Jasne! Ale to właśnie jest język, który najpełniej współgra z materią, za którą zabrał się Curtis.

Zapomnijcie o Kevinie

Najprostszym sposobem zaatakowania teorii wszystkiego, a do takiej pretenduje HyperNormalisation jest oczywiście test samozwrotności. Skoro wszystko jest teorią, fikcją, która oderwała się od faktów, rzeczywistości, to jaką mamy gwarancję, że to właśnie Curtis stanął w prawdzie, a jego obnażenie ideologicznych mechanizmów współczesności samo w sobie nie jest li tylko ideologicznym kuglarstwem? Jasne, może tak być, ale w ten paranoiczny sposób rozbroić można każdą subwersywną myśl. A może tak naprawdę Curtis i jego widzowie są mózgami zamkniętymi w wielkich słojach i nie ma niczego, tylko indywidualne halucynacje?

Bardziej niż ślepe uliczki sceptycyzmu, w które zapędzić się można przy krytyce HyperNormalisation niepokoi mnie (i uwodzi jednocześnie) jak bardzo współczesna jest to opowieść. Czy rzeczywiście przed 1975 prawda była prawdą, a fikcja fikcją? Czy to na pewno dopiero Kissinger nie tylko zaczął kłamać, ale budować całą alternatywną rzeczywistość podług swoich wyobrażeń? Wreszcie, którą narrację sprzed ’75 roku o rzeczywistości autor uznaje za tę PRAWDZIWĄ? Bez odpowiedzi na te pytania, trudno bezdyskusyjnie zgodzić się, że świat naprawdę się skończył.

Można też przywalić Curtisowi, że sam jest niezłym manipulatorem wybierającym tylko to, co współgra z wyszlifowaną tezą. Świetnie robi to Jakub Bożek w swojej recenzji dla dwutygodnika, gdzie przypomina, że może Patti Smith rzeczywiście snuła się bez celu po Nowym Jorku, ale w tym samym miejscu i czasie Krzysztof Wodiczko i inni artyści uczciwie współpracowali z nowojorskimi bezdomnymi. To już pewnie trudniej znaleźć w archiwum BBC i na pewno nie jest tak widowiskowe jak anegdota o Patti Smith.

***

Kiedy skaczę między oknem edytora tekstu i kilkoma serwisami informacyjnymi z Polski i ze świata, gdzie czytam o kolejnych spinach będących reakcją Prawa i Sprawiedliwości na antyrządowe protesty, najbardziej brakuje mi chyba w HyperNormalisation zainteresowania Europą, nie mówiąc już o jej regionie środkowo-wschodnim. Curtis lata z Nowego Jorku do Damaszku i z powrotem, a u Orbana i Kaczyńskiego też mógłby znaleźć przecież dużo fikcyjnego towaru, który wyrasta powoli z wieku niemowlęcego i wybija się na niezależność, jak ten przegięty ze wszech miar potwór z Opętania Żuławskiego.

Jeśli Curtis ma rację i świat się rzeczywiście skończył, a my tylko dryfujemy łudząc się, że to nieprawda, to czy nie warto odpalić sobie na święta zamiast Kevina samego w Nowym Jorku, HyperNormalisation i pokłócić się z ciotkami i wujkami tak, jak jeszcze nigdy wcześniej? Co byście nie wybrali, i tak jesteście skazani na towarzystwo Trumpa.

Bio

Dawid Krawczyk

| Reporter Krytyki Politycznej
Autor reportaży, wywiadów, analiz i recenzji. Absolwent Filozofii i Filologii angielskiej na Uniwersytecie Wrocławskim. W Krytyce Politycznej od 2011 roku. Redaktor działu Narkopolityka poświęconego krajowej i międzynarodowej polityce narkotykowej. Publikował między innymi w Magazynie Świątecznym "Gazety Wyborczej" oraz polskiej edycji "Le Monde Diplomatique". Tłumaczenia jego tekstów ukazywały się w językach: angielskim, czeskim, rumuńskim, węgierskim i włoskim.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne