Świat

Nie dajcie sobie wmówić, że za kryzys klimatyczny odpowiada „natura ludzka”

Alex Randall

Niektórzy próbują obarczyć winą za zmiany klimatyczne całą ludzkość. Podobno tacy już jesteśmy – my, ludzie – zbyt skupieni na doraźnych korzyściach, niezdolni wybiegać myślą w przyszłość. Jednak doszukując się winy w rzekomej „naturze ludzkiej”, tracimy z oczu prawdziwych sprawców.

W wielu ogrodach zoologicznych świata można trafić na eksponat w postaci otworu w murze zakrytego klapką, pod którym widnieje podpis „Czy chcą państwo zobaczyć najgroźniejsze zwierzę na świecie”. Pewnie, że chcemy! Co może być za klapką – Lew? Krokodyl? Po odsłonięciu klapki okazuje się, że po drugiej stronie jest lustro i człowiek patrzy sobie sam w twarz. To ty jesteś najgroźniejszym zwierzęciem na świecie.

To oczywiście bzdura. Nie każdy, kto odsłoni klapkę i spojrzy sobie w oczy, jest równie groźny dla otoczenia. Nie wszyscy i nie w równym stopniu odpowiadamy za dewastację światowych ekosystemów. Niektórzy ludzie uchylający klapkę są winni wielu szkód. Inni nie. Wielu ponosi konsekwencje zniszczeń wywołanych przez innych.

Zmiana klimatu na wokandzie. Jak prawnicy pomagają w walce z kryzysem klimatycznym

Argument, że cała ludzkość ponosi zbiorową, równą odpowiedzialność za zmiany klimatyczne (albo inne społeczne i ekologiczne problemy), jest łatwy do obalenia. Na najbardziej podstawowym poziomie wymiernych danych zauważamy od razu, że przecież nie wszyscy produkują równą ilość gazów cieplarnianych. Ludność najbiedniejszych państw świata wytwarza mniej więcej jedną setną emisji, które produkują mieszkańcy krajów najbogatszych. Przypadek – czyli to, gdzie się urodziliśmy – oraz wybór stylu życia sprawiają, że nie wszyscy tak samo odpowiadamy za klimatyczny kryzys.

Również na bardziej fundamentalnym poziomie różnimy się odpowiedzialnością. Niektórzy, ze względu na władzę, którą dysponują, od dłuższego czasu blokują próby zatrzymania zmian klimatycznych. Ich postawa nie wynika z niekompetencji, uporu czy niezdolności do uzmysłowienia sobie powagi sytuacji – a raczej z tego, że w latach 70. i 80. ubiegłego wieku ludzie ci doprowadzili do fundamentalnej reorganizacji naszych systemów gospodarczych. Sednem tego przewrotu był sprzeciw wobec interwencji państwa w gospodarkę i wobec właśnie takich posunięć politycznych państwa, które mogły zatrzymać – a przynajmniej spowolnić – zmianę klimatu.

Bendyk: Klimat, środowisko i kapitalizm, czyli tania natura się kończy

Właśnie tego brakuje w ogromnym, liczącym 30 tysięcy słów artykule „New York Timesa” o zmianach klimatu pt. Losing Earth. NYT zastanawia się, dlaczego amerykańskie władze nie podjęły stosownych działań w sprawie zmiany klimatycznej w między 1979 a 1989 rokiem. Już wtedy wiedzieliśmy o problemie wystarczająco dużo, by się nim zająć – ale tego nie zrobiliśmy. Dziennikarze nowojorskiej gazety próbują to wyjaśnić.

„New York Times” przedstawia to zaniechanie jako polityczną tragedię: politycy i decydenci po prostu nie mogli się dogadać. A nie znaleźli porozumienia nie przez  zmasowany nacisk potężnych lobbystów, ale dlatego, że jako ludzie i jako politycy nie potrafili spojrzeć wystarczająco daleko w przyszłość. Nie byli gotowi podjąć politycznego ryzyka, które w długiej perspektywie zapewniłoby planecie bezpieczeństwo.

Ludzka ułomność polega na tym, że nie umiemy podejść z odpowiednim zaangażowaniem do złożonych, długofalowych problemów. Wolimy poczucie bezpieczeństwa tu i teraz od pewności, że w dłuższym okresie nic nam nie zagrozi (nawet jeśli to nielogiczne). Nasze systemy polityczne są tak urządzone, że faworyzują krótkofalowe zwycięstwa. Politycy wybiegają w przyszłość jedynie do kolejnych wyborów. Porażka wobec zmiany klimatycznej nie jest więc niczyją winą – przekonuje „New York Times” w Losing Earth. Do klęski doszło, ponieważ jesteśmy tylko ludźmi, a nasze systemy wyborcze nie radzą sobie z problemami tej miary.

Czy rzeczywiście? Czy taki jest prawdziwy powód, dla którego Ameryka w latach 80. przyglądała się zmianom klimatycznym bezczynnie?

Końcówka lat 70. i lata 80. były w większości państw rozwiniętych okresem głębokiej restrukturyzacji gospodarek. Od końca II wojny światowej gospodarki w Europie i Ameryce przeżywały stały wzrost. Z tego rozwoju w coraz większym stopniu korzystali przeciętni obywatele. Pracownicy w USA, za pośrednictwem związków zawodowych, skutecznie negocjowali coraz lepsze płace i warunki pracy. Mieszkańcy Europy także zaczęli odczuwać korzyści z upaństwowionej systemu opieki zdrowotnej i mieszkalnictwa.

Wraz ze wzrostem gospodarczym w państwach rozwiniętych bogacili się też najbogatsi. Jednak część zysków, jaka im przypadała, stopniowo się kurczyła. W 1940 roku 0,1 procent najbogatszych obywateli w USA zatrzymywało dla siebie ok. 20 procent zysków – podobnie było z najbiedniejszymi 90 procentami społeczeństwa (czyli niemal całą resztą). W połowie lat 70. wycinek trafiający do kieszeni 0,1 procenta najbogatszych zmniejszył się do ok. 7 procent, podczas gdy dla 90 procent osób o najniższych dochodach wzrósł do ponad 30 procent. W amerykańskiej gospodarce nadal panowały ogromne nierówności, ale różnice się zmniejszały. Zarobki wielu pracowników rosły; najbogatsi zyskiwali coraz mniej.

Zmiany nierówności majątkowych w USA. Źródło danych: Saez i Zucman, Quarterly Journal of Economics, 2016, 131(2): 519-578. Grafika przedrukowana za openDemocracy.net.

Nie łudźmy się, swoją drogą, że te zyski były rozdzielane równo między wszystkich pracujących. Powyższy wykres przedstawiający zmiany nierówności w USA maskuje okrutne nierówności występujące wśród 90 procent najuboższych w zależności od rasy, religii, płci i miejsca zamieszkania.

W połowie lat 70. dla najbogatszych stało się jasne, że coś musi się zmienić. Coraz więcej profitów ze wzrostu gospodarczego trafiało do kieszeni zwykłych ludzi. W całym zachodnim świecie rządy nakładały podatki na rosnące zyski i przeznaczały je na mieszkania, opiekę zdrowotną i edukację, z czego korzystali głównie przeciętni obywatele.

Twój dom płonie. Czy stać cię na strażaków?

Trzeba więc było wstrząsnąć gospodarką i oczekiwaniami obywateli. Co bardzo ważne, musiał to być wstrząs, który odwróciłby coraz silniejszy trend ku ekonomicznej równości. Wstrząs, dzięki któremu najbogatszy promil Amerykanów odzyskałby pozycję z lat 30. i 40., gdy zatrzymywał dla siebie znacznie większą część zarabianych pieniędzy.

Aby to osiągnąć, sięgnięto po zestaw koncepcji politycznych, które narodziły się w latach 20., ale od tamtego czasu były przeważnie ignorowane. Idee oraz gospodarki ukształtowane pod ich wpływem zyskały miano neoliberalizmu.

Według tych koncepcji państwo powinno odgrywać coraz mniejszą rolę w gospodarce. Rząd, jak uważali neoliberałowie, jest przeszkodą na drodze do dobrobytu. Aparat państwowy należy zredukować; zatrudnienie w budżetówce powinno spadać. Państwo ma się wycofać z obszarów takich jak służba zdrowia, budowa mieszkań, transport czy energetyka, które do tej pory były jego domeną. W te miejsca powinna wkroczyć prywatna przedsiębiorczość.

O tym, gdzie trafiają inwestycje, miały decydować rynki. Jeśli na przykład rośnie popyt na energię, to cena prądu powinna być sygnałem dla prywatnych koncernów, by budować nowe bloki energetyczne i czerpać z nich zyski. Państwo powinno zrobić krok w tył i pozwolić, by rynek sam decydował, co dzieje się w gospodarce.

Poza tym należało zlikwidować całą masę przepisów i podatków od działalności biznesowej. Miało to, twierdzili neoliberałowie, pobudzić inwestycje. Przepisy o ochronie środowiska, które ograniczały zanieczyszczenia, utrudniały produkcję taniej energii. Podobnie z podatkami od substancji zanieczyszczających środowisko. Jeśli się tego wszystkiego pozbędziemy – perswadowali – ludzie dostaną wszystko, czego chcą. Regulacje powinny zostać zastąpione przez decyzje konsumentów. Jeśli ludzie życzą sobie produktów, które wyprodukowano bez zanieczyszczania środowiska, i jeśli jest to dla nich ważne, to zapłacą za takie artykuły więcej. A przedsiębiorstwa odpowiedzą na popyt i dostarczają na rynek takie produkty, jakich konsumenci pragną.

Praktyka neoliberalizmu nie zawsze szła w parze z ideologią. Chociaż neoliberałowie żądali, by państwo trzymało się jak najdalej od gospodarki, wiele prywatnych przedsiębiorstw wciąż domagało się gigantycznych państwowych subsydiów (i je otrzymywało). W latach 80. rząd USA dopłacał miliardy dolarów do badań nad zasobami i metodami wydobycia paliw kopalnych.

Dochód podstawowy – dla klimatu i dla prekariatu

Ludzie proponujący powyższe zmiany doskonale rozumieli, jakie przyniosą skutki dla całej gospodarki. Gdy odpowiedzialność za infrastrukturę, energetykę, mieszkalnictwo i wiele innych sektorów będących zwykle w gestii państwa przesunęła się w stronę sektora prywatnego, w ślad za nią poszły pieniądze. Te nowe obszary stały się przestrzenią, gdzie można było zrobić wielkie pieniądze. Brak regulacji, dopłaty państwowe i niższe podatki sprawiły, że zysk przychodził tu łatwo.

Nie wszyscy i nie w równym stopniu odpowiadamy za kryzys klimatyczny. A wielu ponosi konsekwencje zniszczeń wywołanych przez innych.

0,1 procent najbardziej majętnych osób zaczęło przechwytywać coraz większą część bogactwa całego społeczeństwa. Około 1974 roku dotychczasowy trend w gospodarce odwrócił się na korzyść najbogatszych. Ich wycinek tortu rósł, a część przypadająca na 90 procent społeczeństwa zaczęła się kurczyć – i tak jest do dziś. W USA poziom nierówności wrócił do stanu sprzed II wojny światowej. O to właśnie chodziło w całej gigantycznej reorganizacji. Plan się sprawdził, zadanie wykonane.

Transformacja amerykańskiej gospodarki dokonała się w tym samym okresie, którego dotyczy artykuł Losing Earth. Neoliberalizm wszedł do politycznego mainstreamu właśnie w dekadzie 1979-89.

Aby zmierzyć się z problemem zmiany klimatycznej, Stany Zjednoczone (i inne państwa) musiałyby podjąć działania, które w tym momencie nie były już politycznie wykonalne. Trzeba było obłożyć paliwa kopalne podatkami, by zmniejszyć ich zużycie. Trzeba było opodatkować emisje dwutlenku węgla albo wprowadzić system limitów. Państwo powinno było inwestować duże środki w odnawialne źródła energii albo zmusić do tego firmy energetyczne, uchwalając nowe przepisy.

Czas, by prawo zaczęło ścigać ekobójstwo

W latach poprzedzających dekadę 1979-89 tego rodzaju rozwiązania być może dałoby się jeszcze wprowadzić, bo rządzący traktowali takie inwestycje i regulacje jako naturalną część obowiązków państwa. Jednak w nowej epoce neoliberalizmu interwencje państwowe stały się niemożliwe do przeprowadzenia, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych.

Tak więc niezdolność do podjęcia działań, którą wykazały amerykańskie władze, nie była wypadkiem wynikającym z „natury ludzkiej” ani z natury systemu politycznego, jak utrzymują autorzy artykułu Losing Earth. Gospodarka USA została celowo przekształcona. Przebudowano ją, by przywrócić uprzywilejowaną pozycję ekonomiczną grupie najbogatszych, którzy tracili ją od kilku dziesięcioleci. Jednak przy okazji rząd USA pozbawił się narzędzi potrzebnych do powstrzymania lub spowolnienia zmian klimatycznych, takich jak uregulowanie szkodliwej dla środowiska działalności gospodarczej, opodatkowanie emisji dwutlenku węgla oraz inwestycje państwa w alternatywne źródła energii.

Naomi Klein: Zderzyliśmy się ze ścianą. Z tej planety nie da się więcej wycisnąć

W latach 80. nie przegraliśmy walki o Ziemię – przegraliśmy tylko walkę z właścicielami kapitału. A rządy zostały pozbawione narzędzi niezbędnych, by móc cokolwiek zrobić w sprawie zmiany klimatu.

**
Alex Randall jest koordynatorem sieci Climate and Migration Coalition – koalicji organizacji pozarządowych zajmujących się problemami uchodźców i migrantów klimatycznych.

Artykuł ukazał się w serwisie openDemocracy na licencji Creative Commons Attribution-NonCommercial 4.0 International. Z angielskiego przełożył Maciej Domagała.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.