Świat

Czasy chudych krów w Caracas

Po pięciu latach kryzysu gospodarczego co trzeci Wenezuelczyk nie ma czego włożyć do garnka. W szpitalach brakuje nie tylko maseczek i rękawiczek, ale również mydła, wody i prądu. Koronawirus i historyczny spadek cen ropy spotęgowały kryzys. 4 maja w Wenezueli odbył się nieudany zamach stanu.

Koniec lutego. Siedzę w ogródku restauracji, zimne piwo bez goryczki rymuje się z upałem. Stukam na telefonie propozycję artykułu, nawet nie domyślając się jeszcze, że i nad Wenezuelę nadciąga ciemna chmura COVID-19:

To reportaż z Wenezueli w pierwszej osobie. Starcie wspomnień i obserwacji, wynik rozmów z ekspertami, z przyjaciółmi, z dziennikarzami, z kierowcami, z przedstawicielami organizacji pozarządowych i ludźmi na państwowych posadach.

Wyjechałam z Wenezueli 12 lat temu, w momencie, gdy kraj pod rządami Hugo Cháveza wprowadzał „socjalizm XXI wieku”. Byłam m.in. doradczynią w MSZ, gdy Nicolás Maduro, dziś prezydent, był ministrem spraw zagranicznych.


Co dziś zostało z projektu Cháveza? Czy to koniec „rewolucji”? Jak jest dziś w Wenezueli, o której słyszymy w mediach wyłącznie w kontekście kryzysu i rekordowej migracji? Dolaryzacja de facto i sankcje uczyniły z niej przedziwną hybrydę, gdzie biedni zbiednieli i kładą się spać głodni, a bogaci wydają dolary na SUV-y, jachty, ostrygi i wymyślne drinki. Tymczasem nowa komisja do restrukturyzacji sektora energetycznego rozważa prywatyzację wydobycia ropy. O tym nie śniłby nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy.

Miejscowi wchodzą do środka restauracji, do raju klimatyzacji. Ja sycę się upałem na zewnątrz. Caracas to dla mnie nie tylko zmagania ideologii w tropikach. To dochodzące do 40 metrów wysokości palmy chaguaramos. To świeży sok z marakui, tak kwaśny, że działa jak wirówka na kubki smakowe. To ogłuszający reggaeton ze sklepu z butami na deptaku Wielka Sawanna i sprzedawca tańczący przed wejściem: „Pa-pa-pa!”. To zapach benzyny z busów, o trasach kreślonych na bieżąco według życzeń pasażerów.

Krowy tłuste, krowy chude

Mapę Caracas mam wytatuowaną w pamięci: nazwy dzielnic, ulic, stacji metra, slumsów, barów i kultowych salsotek. Wytatuowane zaraz obok mam ksywki asystentów ministra spraw zagranicznych, dziś prezydenta kraju Nicolása Maduro. Bywałam w Wenezueli sporo w 2004 i 2005 roku, a następne trzy lata mieszkałam w Caracas.

Tam, gdzie książki nie płoną

– A więc widziała pani Wenezuelę za czasów tłustych krów. Teraz mamy czasy krów chudych – powiedział mi doradca ministra edukacji na parę dni przed moim wyjazdem z Wenezueli. Za czasów tłustych krów ceny ropy sięgały stu dolarów za baryłkę. W 2004 roku ruszyła największa w historii kraju dystrybucja dochodów z ropy – programy społeczne Cháveza. Wydatki socjalne per capita potroiły się między 1998 a 2006 rokiem, i to po uwzględnieniu inflacji, która i wtedy bywała spora. Ogromne nierówności społeczne zaczęły maleć.

Między rokiem 1999, kiedy to Chávez został prezydentem po raz pierwszy, a 2007 liczba lekarzy w państwowej służbie zdrowia wzrosła dwunastokrotnie. Miliony Wenezuelczyków mogły po raz pierwszy iść do lekarza, i to za darmo. Za darmo były też leki wydawane bezpośrednio przez lekarzy. W tym samym okresie podwoiła się liczba studentów, uczelnie przestały być domeną elit. Ruszyły programy alfabetyzacji, szkoły maturalne dla dorosłych. W 2005 roku UNESCO ogłosiło Wenezuelę krajem wolnym od analfabetyzmu. Chávez dawał nawet subsydia na ogrzewanie dla biednych na Bronksie, tego nigdy nie zapomną mu lewicowi hiphopowcy z Nowego Jorku.

Głód

W 2013 roku FAO przyznała Wenezueli odznaczenie za zmniejszenie o połowę liczby głodujących. Dziś na murach bogatej dzielnicy, w której zatrzymują się wysłannicy organizacji pozarządowych i pracownicy ONZ, powtarza się napis „Głód”. Boli.

Między rokiem 1999 a 2007 liczba lekarzy w państwowej służbie zdrowia wzrosła dwunastokrotnie. Miliony Wenezuelczyków mogły po raz pierwszy iść do lekarza, i to za darmo.

Dzisiaj co trzeci Wenezuelczyk nie ma zapewnionego bezpieczeństwa żywieniowego. Płaca minimalna to cztery dolary na miesiąc, do tego bony na jedzenie na następne cztery dolary i dodatki socjalne na tzw. kartę patrioty, które sięgają 10-11 dolarów na miesiąc. Koleżanka z miejscowego MSZ opowiada mi, że utrzymuje się z oszczędności z poprzedniej pracy w ONZ i dawnej pensji dyplomatycznej z czasów tłustych krów. Koleżanka w państwowej firmie naftowej PDVSA zarabia 40 dolarów na miesiąc. Inny znajomy w PDVSA, analityk z dyplomem Sorbony, zaledwie 25 dolarów. A ceny są tu podobne jak w Polsce. Jeśli pieniędzy nie wysyła rodzina na emigracji, trzeba po pracy w banku, szkole czy ministerstwie wieczorem jeździć taksówką lub obsługiwać stoliki w restauracji.

78 procent ludności dostaje też paczkę subsydiowanej żywności od państwa – w Caracas co miesiąc, a czym dalej od stolicy, tym rzadziej. Do lekarza nadal można iść na darmo, ale brakuje leków. Nie płaci się za prąd ani wodę, ale przerwy w dostawie prądu zdarzają się co drugi dzień, a woda czasem jest, czasem jej nie ma. Napuszczanie do wanny i garnków, kiedy akurat leci z kranu, to rytuał, któremu przewodzą babcie i opiekunki. Papier toaletowy i mydło są pod kluczem nawet w eleganckim wieżowcu, gdzie moja organizacja pozarządowa prowadzi biuro. Mycie rąk w czasach koronawirusa jest wyzwaniem.

Meksykańskie gangi rozdają jedzenie, brazylijskie zamykają fawele, a najlepiej z koronawirusem radzi sobie… Kuba

Jeden z ekspertów powiedział mi, że jego żona zarabia w prywatnej firmie w Caracas 10 tysięcy dolarów na miesiąc. Pewnie niechcący wytrzeszczyłam oczy, bo zaczął tłumaczyć, że prywatne ubezpieczenie zdrowotne jest drogie, a sektor prywatny musi przecież być konkurencyjny, żeby najlepsi specjaliści nie wyemigrowali.

Od 2015 roku Wenezuelę opuściło prawie pięć milionów ludzi, chociaż w ubiegłym roku około miliona wróciło do kraju – ksenofobiczne ataki na Wenezuelczyków w Kolumbii, Peru i Brazylii zrobiły swoje. Wenezuela daje też darmowe bilety na powroty, burmistrzowie niektórych kolumbijskich miast podstawiają darmowe autobusy do Wenezueli, ale miejsc są setki, a chętnych – tysiące. Od marca powroty przyspieszył bowiem koronawirus. Trzy czwarte Wenezuelczyków w Kolumbii i 90 procent w Peru pracowało do tej pory na czarno, często jako uliczni sprzedawcy. Kiedy wybuchła epidemia i wprowadzono obostrzenia i kwarantanny, byli jednymi z pierwszych, którzy stracili dochody, a zaraz potem dach nad głową. W kierunku Wenezueli ruszyły piesze karawany wracających do domu.

Błogosławiona dolaryzacja

W ubiegłym roku rząd pogodził się z największym prywatnym producentem i dystrybutorem żywności, koncernem Polar. Zniesiono też tymczasowo cło na importowaną żywność. W efekcie w sklepach widziałam słoiki nutelli z etykietkami po turecku, makaron z Włoch, a nawet łososia w norweskim opakowaniu. Ożywiła też gospodarkę dolaryzacja de facto, na którą Maduro najpierw przymknął oko, a pod koniec 2019 roku publicznie pobłogosławił (dosłownie: „Gracias a Dios por la dolarización”). Coraz więcej operacji przeprowadza się legalnie w dolarach. Ponad 80 procent prywatnych firm przynajmniej część pensji wypłaca w zielonych banknotach imperium z północy.

Wenezuela: Bankructwo rewolucji

Za wszystko nadal można płacić w rodzimych boliwarach, chociaż właściwie tylko kartą, bo gotówki jest coraz mniej. Brakuje papieru, więc i banknotów. Z bankomatu można jednorazowo wypłacić maksymalnie równowartość trzech dolarów. Płaci się wobec tego kartą zawsze i wszędzie, nawet u staruszki, która sprzedaje popcorn na rogu. Połączenie terminalu często szwankuje, więc to sprzedawca wstukuje PIN. PIN dyktuje się sprzedawcy głośno i wyraźnie.

– Nie boi się pan tak dyktować PIN-u na głos? – pytam mojego stałego taksiarza po kolejnej zadziwiającej wizycie w supermarkecie. – E tam, ile ja tam mam na tej karcie, odpowiada.

Dolaryzacja pogłębiła też różnice społeczne: przepaść między tymi, którzy mają dostęp do dolarów, i tymi, którzy go nie mają. Małe piwo w barze naprzeciwko mojego hotelu kosztowało w marcu dolara (lub 75 tysięcy boliwarów). Wszystkie stoliki były zajęte. Widocznie bywalcy nie pracują na państwowych posadach. W bardziej ekskluzywnym barze w mojej dzielnicy piwo kosztowało już sześć dolarów, a mojito na bazie marakui aż dziesięć. Tam raczej nie chodziłam, za bardzo odstawałam przez brak szpilek i botoksowych ust „oponek”.

To już nie moja rewolucja

W 2007 roku byłam doradczynią w wieżowcu wenezuelskiego MSZ, na drugim piętrze – piętrze władzy, które pachniało kubańskimi cygarami Madura. Zwolniono mnie pod koniec roku. Wyleciało wtedy wielu Francuzów, Amerykanów, Hiszpanów, Brytyjczyków. No i ja, a ze mną mój chłopak z Norwegii. W grudniu 2007 roku Chávez przegrał referendum w sprawie zmian konstytucji, była to jedyna w jego karierze porażka przy urnach. Jedną z proponowanych zmian do konstytucji było zniesienie limitu kadencji prezydenckich.

Co trzeci Wenezuelczyk nie ma zapewnionego bezpieczeństwa żywieniowego. Płaca minimalna to cztery dolary na miesiąc.

W 2013 roku Chávez umarł na raka. Z wyjątkiem wspomnianego referendum wygrał od 1999 roku wszystkie wybory, zawsze pod okiem międzynarodowych obserwatorów. Przed śmiercią poprosił swoich zwolenników, by w kolejnych wyborach głosowali na Madura. Namaszczony wygrał z poparciem nieco powyżej 50 procent, kandydat opozycji Henrique Capriles Radonski, o polskich korzeniach, dostał 49,1 procent głosów. W 2015 roku rozgorzał kryzys gospodarczy, wielogodzinne kolejki wiły się przez Caracas. Kolejne wybory prezydenckie ponownie wygrał Maduro, ale tym razem obserwatorzy byli już tylko ze sprzyjających rządowi instytucji latynoamerykańskich (ONZ odrzuciła zaproszenie Madura). Niektórzy kandydaci opozycji nie mogli startować, a duża część opozycji zachęcała do bojkotu wyborów.

Maduro stara się naśladować tembr głosu i styl przemawiania Cháveza. Ale dyskurs rewolucyjny stwardniał, zesztywniał. Organiczne przemowy Cháveza go niosły, a z nim słuchaczy. Maduro mówi sztywno i po wojskowemu. Bo skoro się nie jest wojskowym (Chávez był), to trzeba nadrabiać. I utrzymywać jak najlepsze kontakty z numerem dwa, Diosdadem Cabellem, który ma władzę nad wojskiem i resztą sektora bezpieczeństwa. Linia dzisiejszego rządu, a zwłaszcza Cabello właśnie, odgięła się w stronę autorytarną. Kilkadziesiąt osób zginęło w demonstracjach ostatnich lat, wielu osadzonych uważa się za więźniów politycznych. Służby specjalne FAES zastrzeliły tysiące ludzi, oficjalnie w walce z przestępczością. ONZ uważa, że przynajmniej niektóre przypadki mogą stanowić egzekucje pozasądowe.

„Niech gospodarka zawyje”

Jeszcze Barack Obama nałożył na Wenezuelę pierwsze sankcje gospodarcze na wybrane osoby ze świty Maduro. Ale to Trump przykręcił śrubę i nie kryje swoich intencji: celem sankcji jest pozbycie się Madura. W 2017 roku Trump nałożył na Wenezuelę embargo finansowe, które odcięło kraj od większości kredytów. Miało to ogromny wpływ na produkcję ropy, która i tak już spadała. Już wtedy Wenezuela pogrążona była w głębokiej recesji i zmagała się z bilansem płatniczym, które wymagały restrukturyzacji zadłużenia. Aby zrestrukturyzować dług, rząd musi emitować nowe obligacje, ale sankcje to uniemożliwiły.

W styczniu ubiegłego roku Trump mianował specjalnym wysłannikiem do spraw Wenezueli Elliotta Abramsa, skazanego za aferę Iran-Contras. Jednocześnie rząd USA nałożył kolejne sankcje – tym razem na sektor naftowy Wenezueli. Tymczasem sprzedaży ropy stanowi ponad 90 procent dochodów z eksportu. Już te sankcje okazały się tak surowe, że amerykański Departament Skarbu musiał wydać specjalną licencję, by umożliwić Amerykanom mieszkającym w Wenezueli tankowanie benzyny na państwowych stacjach benzynowych. A potem ruszyła lawina nowych sankcji.

USA muszą znieść sankcje na Iran i Wenezuelę

W sierpniu 2019 ich kolejna dawka sparaliżowała gospodarkę do takiego stopnia, że ONZ zaczęła bić na alarm: sankcje najbardziej narażają najbiedniejszych i pogłębiają kryzys humanitarny. „Financial Times” nazwał je „niemal całkowitym embargiem, pierwszym od 30 lat na zachodniej półkuli”. Posypały się porównania z Chile w 1970, kiedy wybory wygrał Salvador Allende. „Niech gospodarka zawyje” – brzmiał tajny rozkaz Nixona dla CIA i kluczowa część planu obalenia lewicowego prezydenta.

Tylko podczas mojego pobytu w Caracas między lutym a marcem tego roku USA aż trzykrotnie nałożyły nowe sankcje na Wenezuelę, a także rosyjską firmę utrzymującą z PDVSA kontakty handlowe. To m.in. dlatego nowa komisja do restrukturyzacji sektora energetycznego rozważa prywatyzację wydobycia ropy. Wbrew konstytucji przyjętej za Cháveza, ale co robić, kiedy skarbiec zieje pustkami.

Pandemia koronawirusa skłoniła ONZ do ponownego apelu o zniesienie sankcji, które godzą w funkcjonowanie służby zdrowia. Wysoka Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Praw Człowieka Michelle Bachelet odwołała się do tragicznej sytuacji szpitali w Wenezueli, którą polepszyłoby natychmiastowe zniesienie sankcji.

Tak daleko od Boga i tak blisko Stanów Zjednoczonych

Tak mawiał o Meksyku wielokrotny prezydent kraju, a w końcu dyktator Porfirio Díaz. Ale powiedzenie to równie dobrze opisuje geopolityczne położenie Wenezueli. O roli Stanów Zjednoczonych w zamachu stanu przeciw Chávezowi w 2002 roku napisano książki (według „The Guardian” zielone światło dał wówczas zamachowcom Elliott Abrams). Od stycznia 2019 roku Stany wspierają opozycyjnego kandydata do przejęcia władzy w Wenezueli, Juana Guaidó. Dlaczego akurat jego? – pytam koleżankę z MSZ.  – Jest podobny do Obamy i urodził się tego samego dnia co Chávez – mówi i puszcza do mnie oko. Z pierwszym się zgadzam, drugie googluję, zgadza się.

Guaidó był marszałkiem parlamentu, gdzie opozycja ma większość. W styczniu ubiegłego roku, powołując się na „próżnię władzy po nieuczciwych wyborach prezydenckich”, Guaidó ogłosił się prezydentem Wenezueli. Piętnaście minut później Trump uznał go w tej roli i przedstawił światu na Twitterze. Tymczasem doradca ds. bezpieczeństwa narodowego John Bolton zaprosił Madura „na jakąś plażę daleko od Wenezueli”.

Uniknąć wojny w Wenezueli

czytaj także

Dzięki dyplomatycznej ofensywie USA prawie 60 krajów, w tym Polska, uznało Guaidó za prezydenta Wenezueli. Rok temu popularność Guaidó wynosiła 61 procent, dziś spadła do 40, „bo niczego nie udało mu się zrobić”, jak powiedział mi założyciel poważanego przez opozycję centrum badania opinii publicznej Datanalisis. „Maduro ma tylko 15 procent poparcia, ale pozytywna ocena rządów Cháveza nadal utrzymuje się na poziomie 57 procent. I z tego piedestału nikt go nie ściągnie”.

W marcu 2019 roku Trump ostrzegł, że jego doradcy sugerują mu wojnę z Wenezuelą, by obalić Madura. Miesiąc później Guaidó próbował puczu wojskowego, ale wojskowych gotowych się do niego przyłączyć było niewielu. Potem reprezentował opozycję w negocjacjach z Nicolásem Maduro, które zaszły dość daleko, by lec w gruzach po wprowadzeniu kolejnych amerykańskich sankcji w sierpniu. Rozpisanie nowych wyborów, o które stara się opozycja, negocjowano tam w zamian za zniesienie sankcji.

W marcu Trump ostrzegł, że doradcy sugerują mu wojnę z Wenezuelą. Miesiąc później Guaidó próbował puczu wojskowego.

Ostatnio negocjacje ożyły. Strony były bliskie zgody co do tego, jak odnowić państwową komisję wyborczą, by przywrócić jej wiarygodność. Wtedy na scenę ponowne wkroczyły Stany Zjednoczone i ogłosiły własny program demokratycznych przemian w Wenezueli. Był on konsultowany z Guaidó, wyjaśniono. Zaraz potem USA oskarżyło Madura o narkoterroryzm i wyznaczyło nagrodę w wysokości 15 milionów dolarów za informacje prowadzące do jego aresztowania.

4 maja wojsko i policja udaremniły próbę zamachu stanu. Zatrzymano 13 osób, w tym dwóch amerykańskich weteranów, sześć osób zginęło. Do zamachu przyznała się zarejestrowana na Florydzie prywatna agencja ochrony prowadzona przez weterana amerykańskiej armii, który ochraniał m.in. wiec wyborczy Trumpa. Celem akcji według jej organizatorów było „aresztowanie Madura i oswobodzenie Wenezueli”. W mediach krąży kopia umowy między zamachowcami a opozycją z podpisem Guaidó. Jej autentyczność nie jest jeszcze potwierdzona, ale nie rokuje to niestety najlepiej na przyszłość negocjacji politycznych.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Ewa Sapieżyńska

| Iberystka i socjolożka
W latach 2006-2008 doradczyni kancelarii prezydenta i MSZ Wenezueli. Tytuł doktora nauk społecznych zdobyła na Universidad de Chile. Wykładała w Chile i w Polsce. Autorka szeregu publikacji naukowych o wolności słowa, a także z zakresu gender studies. W latach 2015-2018 doradczyni OBWE ds. praw człowieka i gender. Obecnie mieszka w Oslo i zajmuje prawami kobiet w Gwatemali.