UE

Świetlik: Młotek i kowadło korporacji

Mechanizm arbitrażu między państwami i korporacjami generuje wiele problemów, a płacimy za niego wszyscy.

Że nie jest dobrze, nie musimy państwa przekonywać. Klimat zdewastowaliśmy (mamy w tym roku najwyższe temperatury w historii pomiarów), zasoby naturalne się kurczą, bioróżnorodność zanika, miliard ludzi głoduje. Nawet na bogatej globalnej Północy dzieje się coraz gorzej i poziom ubóstwa tych społeczeństw gwałtownie wzrasta. Gdybyście się teraz państwo zastanawiali, jak do tego doszło, należałoby wskazać dwóch winnych: system ekonomiczny, w którym jedynym racjonalnym (bo stosunkowo szybko premiowanym) zachowaniem jest bogacenie się kosztem ludzi/zwierząt/natury oraz dyskurs, który prawdziwe oblicze tego systemu przed nami ukrywa.

W całym tym procederze bardzo ważną rolę pełnią umowy inwestycyjne – od jakiegoś czasu także handlowo-inwestycyjne – które pozwalają korporacjom wykonać „skok na państwową kasę” i w ten sposób pomnażać, i tak gigantyczne, zyski. Porozmawiajmy sobie zatem o jednym z elementów takiej umowy – o systemie arbitrażu inwestor-przeciw-państwu (od angielskiej nazwy zwanym ISDS).

Temat ten dotąd znany tylko wąskiej grupie specjalistów trafił na pierwsze strony gazet, a nawet do programów satyrycznych (mówimy oczywiście o krajach starej Europy, a nie o Polsce, gdzie debata na ten temat dopiero raczkuje), jako najbardziej krytykowana część negocjowanej właśnie umowy handlowo-inwestycyjnej między Unią Europejską a Stanami Zjednoczonymi (Transatlantic Trade and Investment Partnership, w skrócie TTIP).

Od słodzika do ropy naftowej

Przyjrzyjmy się kilku przykładowym sprawom, które do takiego arbitrażu trafiają. Stroną pozywającą będzie tu zazwyczaj duża firma (małych nie stać na takie procesy), a pozwaną – państwo. Sprawa może zakończyć się ugodą, nieuznaniem roszczenia lub wypłatą odszkodowania. Inaczej mówiąc, państwo może – odpowiednio – zapłacić, nie zapłacić lub… zapłacić. Wbrew temu, co twierdzą lobbujący za TTIP – i co w Polsce mówi na przykład minister Rafał Trzaskowski – państwo nie może niczego wygrać, nawet jeśli pozew był bezpodstawny. Państwo też, przede wszystkim, nie może pozwać przed ten arbitraż nieuczciwej firmy.

Warto też zwrócić uwagę, że mowa tu wyłącznie o inwestorach zagranicznych, co daje im ogromną przewagę nad krajowym biznesem, który musi przestrzegać każdej nowej państwowej regulacji (to właśnie nowe państwowe regulacje są przyczyną pozwów) i żadnego odszkodowania z tego tytułu dochodzić nie może.

W ramach dostosowywania się do wymogów UE po akcesji rząd Polski zmniejszył przydział kwot na słodzik, produkowany m.in. przez firmę Cargill. Cargill pozwał Polskę, twierdząc, że ponieważ krajowa produkcja po zmniejszeniu kwot była poniżej zdolności produkcyjnych firmy, jest to forma wywłaszczenia jej działalności w Polsce. Trybunał orzekł na korzyść inwestora i przyznał mu 16,3 mln dolarów wraz z odsetkami.

W RPA nowe prawo nakazało firmom górniczym przekazanie pakietu akcji czarnej ludności tego kraju, aby zadośćuczynić krzywdom popełnionym w czasach apartheidu. Grupa obywateli Włoch i firma zarejestrowana w Luksemburgu (europejskim raju podatkowym) wniosła sprawę do arbitrażu, gdyż uznała to za przymusowe wywłaszczenie i uwaga – naruszenie zasady sprawiedliwego traktowania. Sprawę zakończyła ugoda znacznie obniżająca wymóg odstąpienia akcji na rzecz czarnej ludności RPA.

Po katastrofie w elektrowni jądrowej w Japonii rząd Niemiec zapowiedział stopniowe wycofanie się z tego sposobu produkcji energii. Natychmiast zareagowała szwedzka korporacja Vattenfall – pozwem na kwotę 3,7 mld euro. Wcześniej ta sama firma zmusiła władze Hamburga do wycofania się z planu zwiększenia ochrony wód.

Rząd Argentyny wypłacił pół miliarda dolarów inwestorom za to, że walcząc z kryzysem, zamroził ceny gazu, prądu i wody, by nie doprowadzić do kryzysu humanitarnego we własnym państwie. Tak działa arbitraż.

Władze Egiptu podniosły płace minimalną i za to zostały pozwane przez europejską firmę Veolia, która miała tam kontrakty na oczyszczanie miasta, sprawa jest jeszcze w toku.

Gdy firma Occidental Petroleum złamała przepisy krajowe, władze Ekwadoru zerwały z nią kontrakt. Teraz po przegranej sprawie w arbitrażu muszą przekazać na rzecz właścicieli tego przedsiębiorstwa 1,77 mld dolarów.

Teraz już widzą państwo, o jakie stawki toczy się tu gra – o miliony dolarów z publicznych budżetów (naszych podatków), o prawo rządów do poprawy sytuacji najbardziej pokrzywdzonych (tak, takie rządy się zdarzają, niestety nie nam), o ochronę środowiska, zdrowia, praw pracowniczych czy walkę z groźbą ubóstwa.

Tajne przez poufne

Co jeszcze wiemy o działaniu interesującego nas arbitrażu? Sprawy toczące się w arbitrażach są tajne, ujawnienie jakichkolwiek szczegółów każdej sprawy zależy od zgody obu stron – czasem dowiemy się, jaki zapadł wyrok, rzadziej już na jaką kwotę (a mówimy przecież o publicznych pieniądzach). Warto dodać, że umów zawierających klauzulę ISDS jest na całym świecie około 3 tys. Arbitrami są prawnicy z prywatnych kancelarii niezwiązani żadną zasadą bezstronności i sowicie opłacani za każdy dzień trwania sporu (4 tys. zł za godzinę pracy), a ponad połowę spraw obsługuje garstka tych samych osób. Na czele najpopularniejszej instytucji organizującej pracę trybunałów zasiada prezes Banku Światowego lub osoby przez niego mianowane. Kto mianuje szefa tego Banku? Stany Zjednoczone. Z jakiego kraju pochodziło wszystkich jego 12 prezesów? Tak, z USA. I ten właśnie kraj nigdy jeszcze nie przegrał sprawy w systemie ISDS.

Jaki zatem miałby interes jakiś kraj w pakowaniu się w umowę inwestycyjną z partnerem takim jak USA? Osoby lobbujące na rzecz tego systemu powiedziałyby, że ryzyko jest duże, ale warto je podjąć, bo w ten sposób przyciągamy amerykańskie inwestycje. Sprawdźmy zatem, czy tak rzeczywiście jest.

Czy inwestycje warte są świeczki?

Jeśli przyjrzymy się krajom naszego regionu, okaże się, że największy poziom bezpośrednich inwestycji zagranicznych (BIZ, dane za lata 2001–2011) mają Węgry, które akurat umowy ze Stanami na „ochronę inwestycji” nigdy nie miały. Mało tego, łączna wartość BIZ wszystkich 9 krajów naszego regionu, posiadających dwustronne umowy z USA, to zaledwie 1 proc. BIZ w skali europejskiej. Innymi słowy, amerykańskie firmy ponad 99 proc. swoich inwestycji kierują do krajów starej Europy, gdzie systemu ISDS dla USA nigdy nie było. I nic w tym dziwnego, bo badacze od dawna mówią, że to nie arbitraże przyciągają inwestorów. Dlatego w interesie tych państw, które umowy zawierające klauzulę ISDS ze Stanami mają, jest rozwiązanie tych umów (obowiązuje roczne wypowiedzenie), by nie ryzykować więcej pozwów.

Przy okazji należałoby też jak najszybciej wycofać się z umów inwestycyjnych z państwami Unii Europejskiej, bo są one sprzeczne z prawem wewnątrzunijnym i równie dla nas niekorzystne. Jeśli polscy politycy tego nie zrobią, jest szansa, że sama Komisja to na nas wymusi, tak jak to w zeszłym tygodniu zrobiła przeciw Austrii, Holandii, Rumunii, Słowacji i Szwecji. Można wziąć przykład z Włoch i Irlandii, które same się z umów inwestycyjnych wycofały.

I teraz zwróćcie państwo uwagę, że mamy tu jakąś przestrzeń do dyskusji z rządem, a ten z kolei ma moc decyzyjną – możemy się spierać, szukać argumentów, głosować na tych, którzy obiecają rozwiązanie takich umów. Jeśli jednak ISDS stanie się częścią umowy transatlantyckiej, podpisanej przez UE, to z arbitraży nie będziemy mogli już się wycofać. Jedyną drogą będzie wyjście z Unii. Nic dziwnego, że przeciwko ISDS protestują nie tylko partie lewicowe, ale też ultrakonserwatywne, którym taki dyktat Brukseli bardzo się nie podoba. Ale, szczerze mówiąc, ISDS nie podoba się prawie nikomu. Piotr Kuczyński, analityk finansowy, na debacie zatytułowanej „Co dalej z TTIP?“, sugerował, że umowa ta jest na rękę tylko wielkim firmom, lobbystom (których interesem jest to, żeby mieć za czym lobbować, a już mniejsza o to, w jakiej aktualnie sprawie) lub ewentualnie politykom dążącym do utworzenia jakiejś przeciwwagi gospodarczej dla Chin. Pomysł, że TTIP oraz bliźniacza umowa transpacyficzna wymuszą na Chinach przyjęcie ISDS i dzięki temu amerykańskie korporacje inwestujące tam będą mogły pozywać Państwo Środka, nie brzmi jednak zbyt prawdopodobnie.

Czy da się to ucywilizować?

W zorganizowanych przez Komisję Europejską konsultacjach dotyczących systemu ISDS wzięło udział 150 tys. podmiotów (tyle napłynęło odpowiedzi), z czego blisko 97% była zdecydowanie przeciwna temu rozwiązaniu.

Wśród krytyków ISDS można zaobserwować dwa podejścia – jedni uważają, że system przywilejów dla inwestorów należy bezwzględnie wyrugować, inni (bardziej pragmatyczni) chcą arbitraż ucywilizować. Nawet jednak ci ostatni nie są usatysfakcjonowani propozycjami reformy przedstawionymi ostatnio przez europejską komisarz ds. handlu Cecilię Malmstrom. Jak wskazują, te „reformy” nie zmieniają w istotny sposób błędów całego systemu arbitrażowego, wprowadzając do niego tylko niewielkie korekty. Na przykład Komisja twierdzi, że proponowany przez nią model ISDS zagwarantuje prawo państw do regulacji, a zatem obawy, że będzie podważał demokratyczne zasady stanowienia prawa i suwerenność, są nieuzasadnione. Jednak nie jest przypadkiem, że w umowie o wolnym handlu z Kanadą (CETA, bliźniacza do TTIP umowa o wolnym handlu UE, już opublikowana, jeszcze nieratyfikowana) to prawo nie znalazło się w rozdziale o ISDS, a jedynie w preambule (czyli niewiążącej części umowy). To będzie doskonały argument dla arbitrów, by uznać, że prawo do regulacji nie obejmuje ISDS, a więc roszczenia inwestorów będą mogły ignorować prawo państwa do wprowadzania regulacji. Takie sytuacje już miały miejsce.

Nie udało się też z umowy CETA wyeliminować przywileju inwestora do wyboru zasad, według których ma toczyć się postępowanie ISDS (tych systemów jest w tej chwili kilka, inwestor oczywiście wybierze ten najbardziej dla niego dogodny). A to oznacza, że nawet jeśli w TTIP zjawisko, znane jako forum shopping, zostanie uniemożliwione, to amerykańskie korporacje będą w dalszym ciągu mogły pozywać kraje UE do tych gorszych arbitraży za pośrednictwem swoich kanadyjskich spółek-córek.

Komisja twierdzi też, że wprowadzi „pełną, obowiązkową przejrzystość” postępowań arbitrażowych. Tu faktycznie sytuacja może się polepszyć – jednak gdy sprawa kończy się ugodą przed formalnym zarejestrowaniem sporu, przejrzystości nie będzie można wymusić. Tu trzeba dodać, że właśnie taką ugodą w kończy się znaczący odsetek spraw, w tym te, które skierowane były w ostatnich latach przeciw Polsce (np. „ugoda” z Eureko kosztowała nas ok. 9 mld zł).

Nie udało się też komisarz zlikwidować konfliktu interesów wynikającego z tego, że spory rozstrzygane są przez prywatnych prawników, a nie pracowników systemu sprawiedliwości, których bezstronność jest gwarantowana przez szereg zasad. Brak w propozycji reformy gwarancji stałego wynagrodzenia dla arbitrów (niezależnie od długości i ilości prowadzonych spraw) na wzór sądownictwa czy też egzekwowalnego zakazu pełnienia raz roli arbitra, a zaraz potem prawnika reprezentującego jedną ze stron.

KE twierdzi, że w końcu udało się wprowadzić „zasady zapewniające wczesne oddalenie nieuzasadnionych pozwów”. Ale zgadnijcie, kto ma decydować o takim oddalaniu? Ci sami prawnicy, którzy na jednej godzinie arbitrażu zarabiają minimum 1 tys. dolarów.

Malmstrom proponuje też stworzenie procedury odwoławczej. To ważny element prawa do sprawiedliwego sądu i niewątpliwie, przy reformistycznym podejściu do ISDS, o trybunały odwoławcze warto zabiegać. Nie można jednak ignorować przy tym faktu, że takie zapisy, jakie proponuje wprowadzić do TTIP komisarz, już wcześniej w umowach dwustronnych istniały, a jednak nigdy na ich podstawie nie powstało żadne ciało odwoławcze. Dlatego propozycja reformy przypomina raczej zabieg PR-owy niż faktyczną próbę zmierzenia się z jednym z najgorszych wykwitów neoliberalnego kapitalizmu, jakim są arbitraże do przyznawania odszkodowań zagranicznym inwestorom.

W przekonaniu ekspertów i w interesie publicznym Parlament Europejski – który przygotowuje właśnie rezolucję dającą Komisji Europejskiej informację, jakie rozwiązania ma do umowy TTIP wprowadzić – powinien domagać się całkowitego usunięcia rozdziału o ISDS. Celem Komisji natomiast powinno być zapewnienie krajom UE bezpieczeństwa przed narastającą presją ze strony zagranicznych inwestorów. Europa ma poza tym moralne i prawne zobowiązania wobec globalnego Południa,od lat wykańczanego roszczeniami transnarodowych korporacji.

Maria Świetlik – Instytut Globalnej Odpowiedzialności, IGO jest członkiem koalicji uwagaTTIP.pl 

Opublikowano na licencji CC BY-SA

***

CO PISALIŚMY O TTIP? CZYTAJ NASZE DOSSIER:

Trzaskowski o TTIP: Co łączy francuskie wino i polski beton?

Saskia Sassen: Dlaczego tracimy nasze prawa

Maria Świetlik: TTIP, czyli wyścig do dna

Jakub Dymek: TTIP, czyli jak przeorać Europę budowaną przez dziesięciolecia

Katarzyna Szymielewicz: Porzuceni obywatele, pragmatyczni eksperci

Danuta Hübner: Ideologiczny spór niepotrzebny, pomyślmy o polskim biznesie

Robert Reich: Najgorsza umowa handlowa, o której nic nie wiecie

Maria Świetlik: W sprawie TTIP słyszymy ciągle propagandę. Gdzie są dane?

George Monbiot, TTIP – gdzie jesteśmy po roku walki?

Owen Jones, Wielki apetyt korporacji

Michael Efler, #StopTTIP: Dlaczego Bruksela ignoruje obywateli?

Maria Świetlik, Arbitraż według TTIP? Nie, dziękuję!

Katarzyna Szymielewicz, Co kryje TTIP? I dlaczego Komisja nie chce tego ujawnić?

Jose Bove: Traktat z USA w fundamentalny sposób zmieni to, jak działa Europa

George Monbiot: Transatlantyckie partnerstwo handlowe to atak na demokrację

Panoptykon: Kto się boi nowej umowy między UE i USA

Panoptykon: Negocjacje TTIP – tango wokół prywatności

 

**Dziennik Opinii nr 182/2015 (966)

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.