Unia Europejska

Majmurek: Polska znów w oślej ławce w Europie

Robert Biedroń

W środę Polska stała się tematem aż dwóch debat w PE. Pierwsza dotyczyła zagrożenia dla wolności mediów w krajach „nowej Europy”, druga ogłoszenia Unii Europejską Strefą Wolną dla LGBTQI.

To stało się już nową świecką tradycją: odkąd PiS przejął władzę w Polsce, co jakiś czas Parlament Europejski bierze na tapet sytuację w naszym kraju. Eurodeputowani z wszystkich krajów Unii i niemal wszystkich zasiadających w PE frakcji wyrażają swoje głębokie zaniepokojenie sytuacją w Polsce: stanem praworządności, prawami człowieka itd. Posłowie PiS reagują na to za każdym razem podobnie: krzyczą, że to wszystko nieprawda, że to czysta złośliwość i hipokryzja Unii, próba ingerencji w polską suwerenność oraz narzucenia Polakom obcych kulturowo wzorców. Tradycyjnie tego typu tyrady nie robią w Europie na nikim wrażenia, poza skrajną prawicą, od której PiS we własnym interesie trzymać się powinien jak najdalej.

Kolejną odsłonę tej nowej świeckiej tradycji zobaczyliśmy w środę, i to w podwójnej dawce. Polska stała się bowiem tematem aż dwóch debat w PE. Pierwsza dotyczyła zagrożenia dla wolności mediów w krajach „nowej Europy”, druga ogłoszenia Unii Europejską Strefą Wolną dla LGBTQI.

Medialna oś zła

W pierwszej debacie Polska wprost wymieniona była jako temat dyskusji: wspólnie z Węgrami i Słowenią. Dwoma państwami, które wespół z Polską, jak nazwał to niedawno filozof Slavoj Žižek, tworzą dziś swoistą europejską „oś zła”, stanowiącą zagrożenie dla „podstawowego emancypacyjnego dziedzictwa Europy”. Dla praw mniejszości, świeckiego państwa, pluralizmu politycznego, rządów prawa i podobnych wynalazków „lewackiej cywilizacji śmierci”. W tym dla wolności mediów.

Wszystkie te trzy państwa rządzone są przez prawicowo-populistycznych przywódców: Janeza Janšę w Słowenii, Viktora Orbána na Węgrzech oraz Jarosława Kaczyńskiego w Polsce. Każdy z nich ma wielki problem z wolnymi mediami. Janša zasłynął werbalnymi atakami na dziennikarzy państwowej agencji prasowej. Orbán w walce z wolnymi mediami posunął się najdalej – w zasadzie na Węgrzech nie ma dziś dużych nadawców, którzy nie byliby kontrolowani przez państwo lub zaprzyjaźnieni z rządzącym układem oligarchów.

Cała nadzieja w… totalnej opozycji

W Polsce jest ciągle lepiej niż na Węgrzech, choć Kaczyński posunął się dalej niż Janša. To, że przedstawiciele władzy, pełniący najwyższe funkcje państwowe, atakują dziennikarzy i wolne media, stało się w Polsce nową, niezdrową normalnością. Media publiczne zostały całkowicie podporządkowane partii rządzącej i zmienione w narzędzia jej propagandy. Bliskie władzy media karmi szeroki strumień środków płynący ze spółek skarbu państwa. Niedawno cały pakiet prasy lokalnej – dający praktycznie monopolistyczną pozycję na rynku – wykupił Orlen – paliwowy gigant kierowany przez osławionego, bynajmniej nie ze względu na biznesowe talenty, Daniela Obajtka. Pewnie by przekonać tych właścicieli, którzy wahają się, czy się sprzedać, układ rządowy pracuje nad podatkiem od przychodów z reklamy, który uderzy w osłabioną przez covidowy kryzys branżę.

W „narodowej demokracji” Kaczyńskiego nie ma miejsca na niezależne media

Debata w PE pokazuje, że Unia Europejska to wszystko widzi i nie uznaje za normalne. Że rozumie, iż zakup mediów lokalnych przez Orlen to nie transakcja biznesowa jak każda inna, ale zagrożenie dla wolności słowa w Polsce – na co zwracała uwagę niemiecka socjaldemokratka Birgit Sippel. Wiceprzewodnicząca UE Věra Jourová wyrażała zaniepokojenie podatkiem od reklam. Europoseł chadeków, Holender Jeroen Lenaers wprost zarzucił rządowi PiS chęć zniszczenia wolnych mediów i podkopanie praworządności w kraju.

Na te wszystkie argumenty przedstawiciele PiS reagowali dość bezradnie. Powtarzali stare, zużyte, obłudne argumenty, że podobne rozwiązania występują w innych krajach europejskich, że z wolnością słowa w Polsce jest świetnie. Nie przekonywało to nikogo. Nie liczą się bowiem wyrwane z kontekstu porównania do sytuacji w innych krajach, ale miejsce danego rozwiązania w prawnym, społecznym i gospodarczym porządku Polski. I każdy, kto ma oczy, wie, o co chodzi PiS z nową daniną: o dalsze podporządkowanie sobie rynku medialnego.

„Karmicie dzieci genderami”

Podobnie wyglądała debata o Europie jako sferze wolności dla LGBTQI. Tu Polska nie była wprost przedmiotem debaty, jednak wiele z tego, co mówiono w trakcie dyskusji, odnosiło się do sytuacji nad Wisłą. Trudno się dziwić – Polska jest krajem, gdzie z prawami mniejszości seksualnych jest dziś chyba najgorzej w Europie (według raportu ILGA jest najgorzej w UE). Prawo nie daje możliwości zawarcia choćby związków partnerskich – co wprowadzono nawet na Węgrzech, politycy piastujący najwyższe stanowiska w państwie regularnie atakują społeczność LGBT+, podobnie jak kościelna hierarchia i prorządowe media. Samorządy przyjęły szereg uchwał wykluczających i dyskryminujących mniejszości.

O ile w sprawie mediów europosłowie PiS byli tylko nieprzekonujący, o tyle w kwestii rezolucji o osobach LGBTQI wręcz się ośmieszali. „Wam nie chodzi o tolerancję. Chodzi o ekspansję lewicowych działaczy. Znów widać tu zakusy kolonialne, uważacie, że wasza kultura jest lepsza niż polska” – grzmiał Patryk Jaki.

Przyznam szczerze, że ta wypowiedź obraża mnie jako Polaka – wynika z niej bowiem, że homofobia jest naszą narodową tradycją.

Jaki przekonywał też, że w Polsce osobom homoseksualnym jest świetnie, bo jest na nie mniej ataków niż w Holandii. To bardzo słaba manipulacja. W Polsce nie ma po prostu przepisów dotyczących przestępstw motywowanych homo- lub transofobią. Sytuacja jest więc zupełnie nieporównywalna. Nawet gdyby w prawie były odpowiednie paragrafy, trzeba by się jeszcze zastanowić, w jakim stopniu niska liczba przestępstw wynika z braku wiary ofiar w system.

Podobna manipulacja pojawiła się w mowie Ryszarda Legutki. Krakowski filozof mówił m.in.: „Ta izba stała się ideologiczną machiną, która chce w Unii stworzyć nowego człowieka, za wszelką cenę – nawet łamiąc prawa. […] Od żłobka karmicie dzieci genderami, wprowadzacie cenzurę, zatruwacie umysły polityczną poprawnością. Dajcie ludziom żyć! Zróbcie UE strefą wolną dla zdrowego rozsądku!”. Niestety w Europie taki język umieszcza europosła z Polski w przegródce z napisem „oszalała prawica”. Przykro słuchać, gdy takie słowa mówi osoba kiedyś będąca jednym z intelektualnych filarów polskiej prawicy.

Debata w PE raz jeszcze pokazała, na jakim marginesie w Europie znajduje się PiS ze swoją homofobią. Bo normalna europejska prawica mówi takim językiem jak Roberta Metsola z Europejskiej Partii Ludowej, reprezentująca uchodzącą za bardzo konserwatywną Maltę: „Jestem tutaj, by powiedzieć wszystkim osobom LGBT, że jesteśmy z nimi. Chcę powiedzieć każdemu chłopcu i każdej dziewczynce, że może być, kim chce. A wszystkim tym, którzy walczą z nękaniem, którzy nie godzą się na niesprawiedliwość, szczególnie w Polsce, chcę powiedzieć, że słyszymy wasz głos”.

Co to właściwie zmienia?

No dobrze, można zapytać, ale co to właściwie zmienia? Poza tym, że liberalna i lewicowa opinia publiczna w Polsce poczuje się przez chwilę lepiej – bo UE się z nami zgadza? Czy takie debaty nie służą politycznie PiS? Konsolidując wokół niego eurosceptyczny elektorat, niechętny wtrącaniu się Unii w polskie sprawy? Przykład Węgier nie nastraja optymizmem, Europa okazała się całkowicie bezradna wobec Orbána budującego za jej pieniądze państwo mafijne.

Jednak nawet jeśli PiS zbija jakieś punkty na tyradach profesora Legutki i doktora Jakiego, to na dłuższą metę takie debaty mu nie służą. Nie może sobie w nieskończoność palić mostów w Europie, zniechęcać do siebie przywódców i opinię publiczną.

Europa przespała osuwanie się Węgier w autorytaryzm, nie może zrobić tego samego w odniesieniu do Polski. Jeśli nawet UE ma mało realnych narzędzi, to nie może marnować okazji, by wyraźnie opowiedzieć się po stronie formujących dziś Unię wartości – którym PiS przeciwstawia swoją rewolucję narodowego nihilizmu.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jakub Majmurek
Jakub Majmurek
Publicysta, krytyk filmowy
Filmoznawca, eseista, publicysta. Aktywny jako krytyk filmowy, pisuje także o literaturze i sztukach wizualnych. Absolwent krakowskiego filmoznawstwa, Instytutu Studiów Politycznych i Międzynarodowych UJ, studiował też w Szkole Nauk Społecznych przy IFiS PAN w Warszawie. Publikuje m. in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Gazecie Wyborczej”, Oko.press, „Aspen Review”. Współautor i redaktor wielu książek filmowych, ostatnio (wspólnie z Łukaszem Rondudą) "Kino-sztuka. Zwrot kinematograficzny w polskiej sztuce współczesnej".
Zamknij