UE

„Winston Churchill był rasistą”

Fot. ČTK. Edycja KP.

Postawienie pomnika Churchilla zaproponował prawicowy rząd, sfinansował bank, a ceremonię odsłonięcia uświetniła (a jakże!) sama Margaret Thatcher. Na wypisanie na nim hasła: „Był rasistą. Black Lives Matter” nasze demokratycznie wybrane elity zareagowały: „dewastacja”, „własność” oraz „obrzydliwe”. Ci sami politycy całkiem niedawno przyklasnęli ściągnięciu z cokołu radzieckiego marszałka.


W tak zwanym świecie Zachodu czerwiec upłynął pod znakiem walki z wszechobecnym systemowym rasizmem i wyciągania na światło dzienne wydarzeń z przeszłości, które dla własnej wygody puszczaliśmy w niepamięć. Masowe protesty i porywy obrazoburstwa wzburzyły stojące wody hipokryzji na całym świecie, a Republika Czeska, o czym z dumą donoszę, nie wyłamała się z tego trendu.

Można nawet zaryzykować twierdzenie, że lustrowaliśmy pomniki, zanim to się stało modne, i mamy w tym doświadczenie. Skoro już pozbyliśmy się z Pragi pewnego posągu i mamy za sobą chryję, jaką wywołał ten bluźnierczy akt, można było oczekiwać pewnej dozy zrozumienia dla tych, którzy nie chcą, by przestrzeń publiczną zdominowały pomniki postaci symbolizujących poddaństwo i niewolę.

Zwalić Koniewa – awantura o pomnik czerwonego marszałka

Można było oczekiwać – i można się było rozczarować. Najczęstsza reakcja naszych demokratycznie wybranych elit wyrażała się w zestawieniach określeń takich jak „dewastacja”, „własność” oraz „obrzydliwe”.

Debatę na temat wydarzeń z przeszłości, o których być może lepiej byłoby nie wspominać, próbowało sprowokować dwóch aktywistów, którzy wypisali na pomniku Winstona Churchilla w Pradze hasło: „Był rasistą. Black Lives Matter”.

Pomnik ów sam w sobie jest deklaracją polityczną − postawienie go zaproponował prawicowy rząd, sfinansował bank, a ceremonię odsłonięcia uświetniła (a jakże!) sama Margaret Thatcher. A teraz ci sami politycy, którzy przyklasnęli ściągnięciu z cokołu radzieckiego marszałka, nie szczędzili słów wzgardy każdemu, kto śmiał przypomnieć o zbrodniach kolonializmu. Bo, jak wiadomo, okupacja, wyzysk i krwawo tłumione bunty są dziejową niesprawiedliwością, gdy przydarzają się Europejczykom – w innych rejonach świata z jakichś powodów ważą mniej.

Taką myśl wysunął lider Obywatelskich Demokratów (drugiej co do wielkości partii opozycyjnej w Czechach i, dodajmy, partii prawicowej), gdy nazwał ten czyn wandalizmem i radośnie ogłosił, że rasizm jest w naszym kraju marginalnym problemem. Romski aktywista, napadnięty i pobity w dniu poprzedzającym publikację tego wiekopomnego tweeta, zapewne przyzna mu rację.

„Getta? My tylko chronimy większość przed mniejszością” [reportaż]

I choć czeskie waśnie o pomniki mogą się wydawać jałowe, płynie z nich jasny i nader nieprzyjemny wniosek: dla naszej parlamentarnej opozycji (czyli jedynej siły zdolnej być może obalić w końcu Babiša i jego polityczną machinę przyssaną jak kleszcz do państwowej kiesy) liczy się życie tylko białych ludzi. Innych – nie.

Słowacja: plagiator plagiatorowi nierówny

Nie lepiej mają się rzeczy w Słowacji. Świeżo upieczony rząd zdążył już zaliczyć kilka skandali, wybuchających przeważnie wokół Borisa Kollára – prezesa największej partii koalicyjnej Sme Rodina („Jesteśmy rodziną”), który jako modelowy ojciec rodziny i krzewiciel konserwatywnych wartości dorobił się dziesięciorga dzieci z dziewięcioma kobietami. A nie, zaraz: jedenaściorga dzieci z dziesięcioma kobietami. Rosną mu jak grzyby po deszczu.

Mimo wyborczego zwycięstwa jego partii Kollár nie załapał się na żadne ministerstwo. Co jak na konserwatywną Słowację intrygujące, tę porażkę zgotował sobie nie tyle barwnym życiem rodzinnym, ile związkami ze zorganizowaną przestępczością i złą prasą, jaka z tego wynikła. Dostał jednak nagrodę pocieszenia – przewodniczenie obradom parlamentu.

Trzeba tu przypomnieć, że jego poprzednikiem na tym stanowisku był fajtłapowaty nacjonalista i skończony bałwan Andrej Danko. Wielu chwalebnych czynów dokonał, o których śpiewać będą bardowie, ale ponad wszystko wsławił się wytrwałością w odpieraniu ataków obecnego premiera, a wówczas polityka opozycji, Igora Matoviča. Matovič zarzucał marszałkowi plagiat pracy doktorskiej i żądał jego ustąpienia. Gdy zaś Danko nie ustępował – no bo kto miałby go zmusić? – Matovič nie przepuszczał okazji, by piętnować rząd jako doszczętnie skompromitowany moralnie.

Ale to było wtedy. Teraz Słowacja ma nowy rząd. Matovič sam jest premierem i osobiście mianował Kollára, następcę plagiatora Danki. Zgadnijcie, jak było z pracą Kollára.

Hipokryci kontratakują

Plagiat pracy naukowej, przyznajmy bez bicia, nie przynosi w naszym zakątku świata wielkiej ujmy. Niejeden polityk legitymuje się podejrzanym tytułem nadanym przez równie podejrzaną uczelnię, co nie przeszkadza w rządzeniu. Nawet hodowca królików, który został prawnikiem, do dziś jest aktywnym samorządowcem.

Prawdziwa ironia czai się w stanowisku obecnego premiera. Strategia wyborcza Matoviča sprowadzała się do jednego: rząd jego partii będzie inny niż poprzedni. Mafijne powiązania, kompletny brak odpowiedzialności za cokolwiek i jeszcze gorszy brak zwykłej przyzwoitości to dokładnie te przewiny, za które łajał swoich politycznych przeciwników.

Nikt się nie spodziewał, że Kollár złoży dymisję. Ten człowiek to chodząca hipokryzja, a na swoją obronę ma do powiedzenia tyle, że „każdy tak robi”, czym jakoś sobie nie pomaga. Nie byłoby jednak od rzeczy spodziewać się, że nowemu premierowi powinno zależeć na uniknięciu takich skandali na samym początku kadencji. Premier tymczasem najwyraźniej postanowił wymknąć się takiej logice. Stwierdził, że Kollár poniósł konsekwencje swojego czynu (niby jakie?), a stabilna koalicja jest warta więcej niż jedna dysertacja.

Mikroklimat dla rozwoju królików, plagiatorów, jednowładców i mroków średniowiecza

Żeby było dowcipniej, reszta koalicjantów jest innego zdania: to właśnie oni najgłośniej domagają się dymisji Kollára – razem z politykami opozycji, którzy wyczuli okazję do zbicia paru punktów. Sam Kollár zagroził, że jeśli zostanie zmuszony do rezygnacji, jego partia opuści koalicję – a to oznaczałoby upadek rządu. Wobec takiej perspektywy i wobec zagrożenia, jakie niesie rosnąca popularność neonazistowskiej partii opozycyjnej LSNS, koalicjanci raczej nie odważą się na takie ryzyko.

Rząd z udziałem partii Sme Rodina nie daje co prawda wielkich powodów do radości. Ostatnio prezesem państwowego instytutu został mianowany niejaki Roman Joch, znany konserwatywny ultras i pomyleniec, który zrobił karierę jako doradca jednego z najbardziej antyspołecznych rządów w historii Czech. Doradzał w kwestii praw człowieka, ci zaś, którzy słuchali jego rad, z pewnością mieli na uwadze to, że popierał tortury przez podtapianie, bronił dokonań chilijskiego dyktatora Pinocheta, homoseksualistów nazywał zboczeńcami, a także dowodził, że wszystkie prawa i swobody obywatelskie sprowadzić należy do prawa własności. A najlepszą rzeczą, jaką jego zdaniem może zrobić człowiek, jest przyjęcie wiary katolickiej. Ostatnie zajścia w USA komentował, twierdząc, że „dla ratowania cywilizacji represje mogą być konieczne, bo inaczej miasta przeobrażą się w dżunglę”.

***
Ale byłbym zapomniał. Mamy też jedną dobrą wiadomość: po miesiącu ciężkich walk na froncie dyplomatycznym i dzięki wykorzystaniu każdej broni w naszym arsenale bohaterskie czeskie wojsko w końcu odepchnęło od granicy polskich najeźdźców, którzy pod przykrywką pandemii usiłowali zająć newralgiczny przyczółek naszego systemu obronnego, a mianowicie przydrożną kapliczkę. Decydująca bitwa rozegrała się 28 maja, a wzięli w niej udział czeski turysta i polski pogranicznik, obaj uzbrojeni w cięte języki. Starcie zakończyło się remisem i z tego powodu należy je uznać za największy sukces wojskowy Czech od 1431 roku.

**
Z angielskiego przełożył Marek Jedliński.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michal Chmela

| Tłumacz, dziennikarz
Tłumacz, dziennikarz, korespondent Krytyki Politycznej w Republice Czeskiej, współpracownik magazynu PoliticalCritique.org.