UE

Mikroklimat dla rozwoju królików, plagiatorów, jednowładców i mroków średniowiecza

peklo_s_babisem

Nasz specjalny korespondent Michal „Anty-Szczygieł” Chmela zaprasza na hejterską podróż po najnowszych wydarzeniach na czeskiej scenie politycznej.

Może o tym czytaliście: nowy rząd Czech poparł projekt ustawy dopuszczającej małżeństwa jednopłciowe. Nie da się ukryć, taki krok przybliżyłby moją postkomunistyczną hałdę gnoju do cywilizacji. Dobra wiadomość jest taka: rzeczywiście rząd projekt poparł. Zła wiadomość: to wszystko, nic się więcej w tej sprawie nie stanie. Ten jednorazowy ukłon w stronę fundamentalnych praw człowieka to wyłącznie chwyt reklamowy, który ma utorować polityczną drogę znienawidzonemu przez niemal wszystkich już rządowi Andreja Babiša z socjaldemokratami i poparciem komunistów, który w środę 11 lipca (nie mogli poczekać do piątku trzynastego?) objął władzę w kotlinie nad Wełtawą. Do tej niespodziewanej propozycji wrócimy za chwilę. Najpierw zatrzymajmy się nad tym, co miała ona przykryć w oczach opinii publicznej.

Prezydent mojego kraju spalił wielkie czerwone gacie [ZOBACZ MEMY]

Dwa ministerstwa? Skoro pan nalega…

Czeską politykę od dawna ogląda się jak farsę w złym guście, jednak negocjacje poprzedzające głosowanie nad votum zaufania dla rządu to już poziom kloacznego dołu. Nasz premier, oligarcha-imigrant-ze-Słowacji-celebryta Andrej Babiš (wciąż nie zamierza ustąpić, chociaż policja nadal prowadzi w jego sprawie apatyczne śledztwo) trzymał karty, jak to się mówi, przy orderach. Najpierw ogłosił powstanie złożonego z rozmaitych specjalistów mniejszościowego rządu koalicyjnego z socjaldemokratyczną ČSSD. Jednym z nich miał być wyznaczony na stanowisko ministra spraw zagranicznych socjaldemokrata Miroslav Poche. Jego wiedza ekspercka uwzględnia na pewno to, jak finansować partię z nielegalnych źródeł w 2010 roku, jednak nie to udaremniło mu ostatecznie wejście do rządu i objęcie ministerialnej teki.

Pochego zablokował pewien smętny dziad sprawujący urząd prezydenta w Czechach. Powód? Poche opowiadał się w Parlamencie Europejskim za przyjęciem imigrantów i to dlatego Zeman miał tak kategorycznie odmówić podpisania jego nominacji. To, że Poche niczego takiego nie mówił, w niczym Zemanowi nie przeszkodziło. Rzeczywisty powód odmowy nominowania go jest bardziej banalny niż ksenofobia prezydenta – otóż Poche namawiał publicznie socjaldemokratów, by głosowali przeciwko Zemanowi w tegorocznych wyborach prezydenckich. A tego żaden pamiętliwy żywy trup nie wybaczy.

Kolejne pięć lat z Zemanem. Cholera. Co poszło nie tak?

Raczkująca koalicja bucowatych populistów i naiwnych socjaldemokratów została więc bez ministra, ale szybko temu zaradziła. Ogłoszono, że wicepremier, minister spraw wewnętrznych i przewodniczący socjaldemokratów w jednym Jan Hamáček obejmie również tekę ministra spraw zagranicznych. A czemu nie! Normalnie należałoby się obawiać takiej koncentracji władzy, ale Babiš na desperackiej drodze do dzierżenia władzy zabrnął już tak daleko, że jego ostatnie podrygi są zwyczajnie śmieszne.

Sprawiedliwość dla królików

Wygląda na to, że opcja posadzenia jednego ministra na kilku ministerialnych stołkach podsunęła Babišowi inny szatański pomysł. On sam, jako oligarcha, jeden z najbogatszych kapitalistów w kraju i obiekt zainteresowania UE, która prowadzi przeciwko niemu dochodzenie w sprawie defraudacji finansowych, wiedział, że musi zachować kontrolę nad ministerstwem sprawiedliwości. Już wcześniej w mniej czy bardziej zawoalowany sposób przejął wszystkie służby, które mogłyby wszcząć przeciwko niemu śledztwo. Wtem przyszedł przebłysk geniuszu: dobrze mieć w ręku ministra, ale jeszcze lepiej – całe ministerstwo! I tu na scenę wkracza Taťána Malá.

Nawet jak na gabinet osobliwości, jakim jest ANO, Malá to fascynujące zjawisko. Swoje pięć minut sławy dostała w styczniu, gdy śledztwo UE przeciwko Babišowi nadal wydawało się realne. Malá wyszła wtedy z propozycją, by odłożyć sprawę na cztery lata, do czasu, aż Babiš przestanie być premierem. Nie mogła się nadziwić, dlaczego cały kraj uznał tę propozycję za skrajnie kretyńską. Wiemy zatem, do jakiego stopnia opanowała tajniki kierowania aparatem państwowym.

Pięć miesięcy później Babiš wyciągnął ją z przytulnej partyjnej posadki i nominował na ministrę sprawiedliwości – zgodnie z obietnicą, że mianuje ekspertkę. By dowieść swoich kompetencji, Malá pochwaliła się dwoma tytułami akademickimi i z marszu jęła zabiegać, by jej pana i władcy nikt nigdy nie pociągnął do odpowiedzialności za machlojki przy unijnych strumieniach kasy. A w międzyczasie wygadywała najrozmaitsze kocopoły.

Olśnieni jej kompetencjami dziennikarze zaczęli dociekać, gdzie zdobyła tak imponujące wykształcenie. Odpowiedź okazała się prosta: dyplom prawniczki uzyskała na dość osobliwym Uniwersytecie Paneuropejskim w Bratysławie, znanym z tego, że osobom o odpowiednich koneksjach politycznych przyznaje tytuły bez zbytniego formalizmu i bez zadawania zbędnych pytań, a także z tego, że absolwenci tej uczelni nie mogą w Czechach wykonywać zawodu prawnika. Poszukano trochę głębiej i okazało się, że część jej pracy dyplomowej jest plagiatem innej, starszej pracy – z tymi samymi literówkami. Ale przecież minister sprawiedliwości w rządzie ekspertów nie musi od razu być sprawnym prawnikiem, prawda?

Pani Malá okazała się specjalistką od królików – a konkretnie od mikroklimatu niezbędnego im do rozrodu – i tym ugruntowała swoją pozycję. (Swoją drogą: mikroklimat? do rozmnażania królików? serio?) Niestety, spokój nie trwał długo. Podstępni dziennikarze zamiast zadowolić się prześwietleniem jej pracy dyplomowej z prawa, zaczęli grzebać w pracy o królikach. Efekt? Cała praca ma dwadzieścia pięć stron objętości. Z tego tekst, który z pewną dozą wyrozumiałości można by uznać za napisany przez nią, mieści się na jakichś ośmiu. Resztę zerżnęła. Możecie sobie wyobrazić wściekłe ataki zawistników, którzy jak doborowi frajerzy musieli się napracować, zanim zdobyli tytuł naukowy.

Babiš, inaczej niż Malá, potrafiłby udowodnić, że nie jest aż tak skończonym durniem. Nasuwa się więc pytanie, co kazało mu wyznaczyć absurdalnie niekompetentną kandydatkę do i tak niepopularnego gabinetu? Częściowe wyjaśnienie przyniosła konferencja prasowa, na której Malá podała się do dymisji, a Babiš oznajmił, że tymczasowo… sam przejmie obowiązki ministra sprawiedliwości. Po naradzie ze specami od wizerunku musiał wycofać się rakiem z tego pomysłu, a ostatecznie wyznaczył na stanowisko kolejnego potakiwacza (w ANO mają takich na pęczki). Jednak to na tej konferencji prasowej mieliśmy rzadką okazję oglądać, jak premier otwarcie deklaruje swoje faktyczne intencje.

PS. Tuż po z rządu wyleciał też minister pracy spraw społecznych Petr Krčál. Zgadnijcie za co? Tak – za plagiat w pracy licencjackiej!

Tęcza w ciemności

Po wszystkich awanturach o stołki nadal mamy więc do czynienia z mniejszościowym rządem, który musi się mocno napiąć, by przeprowadzić przez parlament jakąkolwiek ustawę – szuka więc sprzymierzeńców, jak potrafi. I teraz dopiero zaczynamy czaić, skąd pomysł z małżeństwami jednopłciowymi. Sam Babiš nie daje za prawa mniejszości złamanego faka, a ANO nie ma jasnego stanowiska w niemal żadnej politycznej kwestii. Premierowi nie wyrządzi więc najmniejszej krzywdy, jeśli powoła się na ten projekt i powie – patrzcie tylko, jacy jesteśmy postępowi! To fakt: żaden z dotychczasowych czeskich rządów nie opowiedział się za taką reformą. Natomiast grupy, które mogłyby sympatyzować z projektem – liberałowie, inteligencja, elektorat wielkomiejski – spojrzałyby na rząd przychylniejszym okiem, wiedząc, że obecna opozycja parlamentarna, na którą w większości głosowały, jest przeciwna małżeństwom osób tej samej płci. Jako wizerunkowy gambit jest to genialne posunięcie. Nikt nie sądził, że rząd populistów, socjaldemokratów i komunistów będzie stać na taki ruch – a tu proszę, pozytywne zaskoczenie.

To zręczny gest – ale na nic więcej się nie zanosi. Zanim projekt stanie się ustawą, a ustawa – obowiązującym prawem, musi pokonać co najmniej trzy etapy. Najpierw przyjrzy się mu rząd. Później musi go przyjąć parlament. A na koniec ustawę musi podpisać pewna strasząca nas zmora z pałacu prezydenckiego.

Nawet jeśli rząd dotrzyma obietnicy, szansa, że ustawa pomyślnie przejdzie przez parlament, jest znikoma. Na skali postępowości większość czeskich partii politycznych mieści się gdzieś między konserwatyzmem a głębokim średniowieczem. Wszystkie ugrupowania w parlamencie, które nie weszły w skład rządu, będą się tego średniowiecza kurczowo trzymać: Obywatelscy Demokraci (konserwatyści), TOP 09 (też konserwatyści, chociaż udają, że nie), SPD (faszyści, chociaż udają, że nie), komuniści (co na to Stalin?) i Chrześcijańscy Demokraci (ha!). Nawet jeśli ANO i socjaldemokraci jednogłośnie poprą projekt – a nie poprą, bo dla ANO do idealna okazja, by udać, że w partii rządzi wewnętrzna demokracja i nie ma przymusu głosowania za projektem, a socjaldemokraci do dziś nie mogą się zdecydować, czy są socjalni, demokratyczni, czy ani jedno, ani drugie – małżeństwa jednopłciowe pozostaną na łasce komunistów, którzy (choć część z nich podpisała się pod projektem) nie wyprą się starego, wypróbowanego w bojach narodowego konserwatyzmu.

Sama obietnica wprowadzenia małżeństw jednopłciowych pod obrady parlamentu nic a nic nie kosztuje. Poprzednio, gdy w parlamencie podniesiono kwestię adopcji dzieci przez pary jednopłciowe, temat przeleżał dwa lata w szufladzie, aż nastał nowy rząd. Ten, który mamy dziś.

Otaczają nas zatem mroki średniowiecza i żadna tęcza nie przebije tych ciemności.

**
Przełożył Marek Jedliński.

Piraci z Wyszehradu – ostatnia nadzieja antyestablishmentu

Bio

Michal Chmela

| Tłumacz, dziennikarz
Tłumacz, dziennikarz, korespondent Krytyki Politycznej w Republice Czeskiej, współpracownik magazynu PoliticalCritique.org.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.