Świat

Templin: Skąd się bierze nowy niemiecki nacjonalizm?

Niezaleczony resentyment peryferii upodabnia wschodnie landy Niemiec do Polski i Węgier.

Cezary Michalski: Dlaczego gospodarcza hegemonia nie zagwarantowała Niemcom politycznego spokoju? Sondażowe poparcie dla obu partii wielkiej koalicji jest dziś o jedną trzecią mniejsze niż ich wynik w ostatnich wyborach. W niedawnych wyborach do trzech landów na Zachodzie i na Wschodzie Niemiec socjaldemokracja straciła najwięcej, populistyczna Alternatywa dla Niemiec uzyskała wszędzie dwucyfrowe wyniki, a w Saksonii ponad 20 procent. Wędrujący „enerdowski” elektorat znowu wybrał populistyczną prawicę. Jakie są przyczyny tej politycznej gorączki?

Wolfgang Templin: Faktycznie mamy w Niemczech oznaki kryzysu, ale w moim rozumieniu nie jest jeszcze zagrożona podstawowa stabilność niemieckiego systemu politycznego. Pozytywną stroną wyniku AfD w ostatnich wyborach do landów jest to, że późno, ale nie za późno, partie wielkiej koalicji, a także inne partie broniące dziś najszerzej rozumianego niemieckiego modelu ustrojowego – choćby Zieloni – dostrzegły, że zagrożenie istnieje. Dostrzeżono przyczyny tego zagrożenia, czyli społeczne napięcia, jakie pojawiały się w niemieckim modelu ustrojowym już od jakiegoś czasu, ale także siły polityczne, które te napięcia mogłyby wykorzystać. Do niedawna panowała w Niemczech iluzja, że ugrupowania nacjonalistyczne czy populistyczne to u nas naturalny margines zdrowej demokracji pozbawiony jakiegokolwiek potencjału rozwojowego –jak przez długie lata choćby NPD. Dziś dominuje inna, bardziej realistyczna diagnoza. Siły odrzucające liberalną demokrację w Niemczech, odrzucające wielokulturowy model niemieckiego społeczeństwa są silniejsze na Wschodzie kraju, ale zakorzeniają się także na Zachodzie. Mają swoich zwolenników zarówno wśród grup biedniejszych, wykluczonych społecznie, jak też w części klasy średniej, ale również w elitach intelektualnych, które są podzielone. Jeśli można mówić o jakimś optymizmie, to w tym sensie, że socjaldemokracja i chadecja już wiedzą, że muszą reagować zarówno w wymiarze czysto politycznym, jak też głębszym, społecznym. Czy oni to zrobią w optymalny sposób, to inna sprawa, ale przynajmniej zrozumieli zagrożenie, zanim ono stało się nie do powstrzymania.

Diagnoza chadecji i socjalistów, że antysystemowy protest przestaje być marginesem niemieckiego systemu politycznego, wydaje się dość oczywista wobec tendencji sondażowych i wyników wyborów w landach. Ale jak zdefiniowano zagrożenia i jaka jest na nie odpowiedź?

Mamy, może po raz pierwszy w centrum niemieckiej debaty publicznej, rzetelną diagnozę i świadomość tego, że w Niemczech pojawił się silny podział społeczny i ekonomiczny – groźny dla stabilności społeczeństwa i będący bazą dla prawicowego populizmu. Wcześniej zarówno chadecja, jak też socjaldemokracja – szczególnie od czasów Schroedera – wykluczały ze swoich diagnoz istnienie silnych napięć społecznych. Wedle formuły, że „przecież my jesteśmy bogatym krajem, w dodatku z naszym tradycyjnym modelem społecznej gospodarki rynkowej”. A jednak przez cały czas następowało wydrążanie tego modelu, narastało rozwarstwienie, czego najważniejsze siły polityczne zdawały się nie zauważać. System pomocy społecznej, system redystrybucji, wszystko to z pozoru świetnie w Niemczech funkcjonowało. A jednak cały ten system nie wychwycił pojawienia się dokładnie tych samych typów rozwarstwienia społecznego, które w tym samym czasie pojawiły się – fakt, że może z jeszcze większym natężeniem niż u nas – w państwach jawnie akceptujących zwrot neoliberalny. Ważna jest tu „prehistoria”, czyli rządy czerwono-zielonej koalicji, reformy Schroedera, których odłożone konsekwencje społeczne widać dopiero teraz.

Jednak ta „prehistoria” zapewniła Niemcom sukces gospodarczy i polityczną stabilność. Po Schroederze chadecy nie musieli już niczego „deregulować”.

Ale konsekwencje dla modelu społecznego są już dzisiaj widoczne, także w skali makro. 10 procent Niemców ma 50 procent bogactwa, 50 procent ma 10. Podkreślam, że to są proporcje w kraju, który jest ojczyzną społecznej gospodarki rynkowej i w dalszym ciągu oficjalnie szczyci się tą tradycją. A odpowiedzialność za wydrążenie niemieckiego modelu społecznej gospodarki rynkowej ponosi polityka. Nawet nie ludzie z korporacji, którzy to wykorzystują, ale bezsilność i krótkowzroczność polityków. Istnieją bowiem instrumenty polityczne, istnieje możliwość innego podziału bogactwa. I to jest pierwszy temat, który wrócił do debaty politycznego mainstreamu w wyniku sukcesów prawicowych populistów.

Jednak tego sukcesu nie da się zredukować do ekonomii, bo właściwym sztandarem prawicowego populizmu w Niemczech jest jednak raczej coś, co oni nazywają buntem przeciwko „politycznej poprawności”.

To jest odrzucenie wielokulturowości, praktycznie bez jakiejkolwiek alternatywnej wizji, która dałaby się zrealizować w dzisiejszym niemieckim społeczeństwie. Na pewno nie jest alternatywą to, co oni przedstawiają jako swój program – czyli wizja islamu, który przecież nie jest jednolity, także w Niemczech, jako jednolitego, tożsamościowego wroga niemieckiej kultury, nie jest nią również odrzucanie europejskiej współpracy na rzecz specyficznego typu lokalnego egoizmu, który kłamie, że możliwe jest wyjście ze wszystkich globalnych zależności i form współpracy.

Tak właśnie wygląda nowy niemiecki nacjonalizm. Może na razie nie jest on tak ekstremalny, jak to bywało w innych epokach, ale już dzisiaj dość nieprzyjemny. I niebezpieczny, jeśli widzimy kierunki jego radykalizacji. Dopóki sytuacja w Europie była bardzo stabilna, kryzys ekonomiczny dopiero się zaczynał i nie znaliśmy jeszcze jego impaktu na cały projekt europejski, dopóki nie było tematu Grecji, dopóki nie było kryzysu imigracyjnego – ten nowy nacjonalizm wydawał się w Niemczech skazany na marginalizację. Kiedy jednak te wszystkie kryzysy i zagrożenia się sumują, nowy nacjonalizm dostaje szansę na wejście w lukę niemieckiego systemu politycznego. Podejmuje tematy, z którymi polityczny mainstream niemiecki ma problem, a w każdym razie nie potrafi uspokoić nastrojów. Najpierw była PEGIDA i niezdecydowana reakcja niemieckiej polityki na to zjawisko. Teraz mamy rosnącą siłę AfD, Alternatywy dla Niemiec.

Najpierw była PEGIDA i niezdecydowana reakcja niemieckiej polityki na to zjawisko. Teraz mamy rosnącą siłę AfD, Alternatywy dla Niemiec.

Skuteczna polityka społeczna i gospodarcza może osłabić szanse na rozwój nacjonalizmu, ale nacjonalizm ma swoje źródła kulturalne, mentalnościowe, których nie da się zablokować działaniami społeczno-ekonomicznymi. To jest złudzenie, że wszystko redukuje się do ekonomii. Już widać, że w dzisiejszych Niemczech klientela tego nowego nacjonalizmu nie redukuje się do grup społecznie czy ekonomicznie wykluczonych, biedniejszych. Ten nowy podział polityczny przechodzi przez wszystkie środowiska, zakorzenia się w klasie średniej, wyższej, w środowiskach intelektualnych. Wielu obserwatorów uspokajało, że nacjonalistyczne lęki i namiętności występują głównie w landach wschodnich, gdzie przyjmują polityczne formy bardziej brutalne i prymitywne, jak choćby PEGIDA. Wkrótce jednak okazało się, że w formach początkowo bardziej ukrytych i z punktu widzenia tych samych komentatorów być może bardziej „wyrafinowanych” te same nacjonalistyczne namiętności pojawiły się w landach zachodnich.

Jakiś czas temu mówiłeś, że AfD właściwie się rozpadło, jest wewnętrzne skłócone, nie ma jednolitej struktury. Czy dziś to jest wciąż bezkształtny ruch zbierający różne głosy protestu i „antysystemowości”, czy też pomiędzy landami, a przede wszystkim pomiędzy Wschodem i Zachodem wykrystalizowała się już jakaś instytucja?

To się okaże w następnych miesiącach. Po tym, jak właśnie odnieśli pierwsze sukcesy na poziomie landów, na pewno spróbują się skonsolidować. Ale na razie wciąż jest to ruch skupiający bardzo różne nurty. W ostatnich dniach pojawiła się np. w obrębie AfD „inicjatywa programowa”, bardzo ekstremalna, organizująca się pod hasłem „skończyć z islamem w Niemczech”. Nie wyjaśnili dokładnie, w jaki sposób chcą z nim „skończyć”, ale samo hasło już zaistniało. Oni mówią o likwidacji minaretów i wszystkich innych „znaków obcej kultury, która nie powinna istnieć w Niemczech”. Ale w AfD są także „realiści”, którzy doskonale wiedzą, że z takim punktem w swoim oficjalnym programie ta partia nie może istnieć legalnie w naszym porządku konstytucyjnym.

Jacy ludzie reprezentują dziś AfD w landach, w mediach?

Oficjalną rzeczniczką Alternatywy dla Niemiec, a na pewno jej twarzą we wschodnich landach jest Frauke Petry, 40-latka urodzona w Dreźnie, bizneswomen, dość agresywna, a jednocześnie inteligentna kobieta. Reprezentuje bardzo nacjonalistyczne i populistyczne skrzydło partii. Ona przyszła do polityki z zewnątrz. Z kolei w zachodnich landach twarzą AfD jest ktoś z zupełnie inną biografią – Aleksander Gauland, 75-latek, bardzo długo związany z chadecją. Od pewnego czasu ewoluował, przechodząc z konserwatywnego skrzydła CDU tak daleko na prawo, że znalazł się w AfD. Zachował jednak polityczne kontakty z ludźmi konserwatywnego skrzydła chadecji. Gauland i Petry stanowią specyficzny pomost pomiędzy zachodnioniemieckim konserwatyzmem a wschodnioniemieckim populizmem. A sam Gauland zwraca się do tych wyborców chadecji, którzy są niezadowoleni z – jak to nazywają – „socjaldemokratyzacji CDU”. Napędza to wewnętrzny spór w szeregach chadeków – czy odciąć się od AfD, czy budować perspektywiczny pomost na prawo?

CDU oskarżane jest o „socjaldemokratyzację”, podczas gdy „prawdziwa lewica” oskarża SPD o „chadeckość”.

Socjaldemokraci mają własne problemy z populizmem. Choćby Thilo Sarrazin…

Działacz SPD, przez jakiś czas z poparciem tej partii członek zarządu niemieckiego banku centralnego, autor antyislamskiego pamfletu Niemcy likwidują się same . Wydał właśnie kolejny polityczny pamflet.

…on już od dawna powinien być w AfD, a jednak pozostaje członkiem SPD i oni nie są go w stanie wykluczyć.

Boją się stracić bardziej populistycznie nastawionych wyborców?

Nie tylko, to jest także pułapka wewnątrzpartyjnych procedur. Aby kogoś wyrzucić z partii wbrew jego woli, trzeba tysiąc razy wykazać, że ten ktoś jest nielojalny wobec partii i jej programu. Sarrazin wielokrotnie publicznie demonstrował taką nielojalność, a mimo to partia wciąż nie potrafi go usunąć. W Turyngii SPD ma działacza o wiele bardziej prymitywnego i otwarcie ksenofobicznego, zwracającego się do środowisk bliskich PEGIDY i jego także nie potrafią wyrzucić z partii.

Czym wytłumaczyć większe poparcie, jakie we wschodnich landach, czyli w dawnym NRD, najpierw miała PEGIDA, a teraz ma AfD? Czy znowu decydujący jest moment społeczno-ekonomiczny, skoro wysiłek landów zachodnich, żeby zmniejszyć różnicę bogactwa pomiędzy dwiema częściami Niemiec był po upadku Muru ogromny, nieporównywalny z tym, co inne kraje Europy Wschodniej mogły otrzymać w ramach unijnych transferów? A może także w tym wypadku mamy do czynienia z momentem „godnościowym”, swoistym resentymentem peryferiów wyrażanym wobec ludzi z Zachodu, którzy „przez pół wieku mieli lepiej, a teraz zamęczają nas swoimi liberalnymi standardami”?

Dominuje właśnie ten peryferyjny resentyment. Jeśli chodzi o poziom życia, o kwestie materialne, we wschodnich landach rzeczywiście nastąpiła skokowa poprawa. Oczywiście efekty nie rozkładają się równomiernie, najbardziej skorzystały większe miasta, Lipsk, Drezno, Erfurt… Tymczasem ze wschodnioniemieckiej prowincji wciąż uciekają młodzi i nie mamy tam równomiernego nasycenia inwestycjami. Ale to nie jest czynnik kluczowy, skoro z podobnym natężeniem nowego nacjonalizmu i populizmu, a także odrzucenia klasycznych partii, czasami traktowanych jako „importowane z Zachodu”, mamy do czynienia zarówno w miejscach, które rozwijają się świetnie, jak też tam, gdzie ludziom powodzi się gorzej. Zatem decydujący wydaje się ten czynnik historyczny i kulturowy.

Jak sobie z nim radzić, skoro peryferyjny resentyment przejmuje już drugie pokolenie? Wschodnie landy stają się trochę modelem podobnego kłopotu, jaki mamy w Polsce, na Węgrzech, na Słowacji i w Czechach – z nowym nacjonalizmem wyrastającym z resentymentu peryferiów.

Jedyną sensowną odpowiedzią jest moim zdaniem wzmocnienie struktury społeczeństwa obywatelskiego. Należy liczyć się z tym, że klasyczne partie będą tu słabe, z ich słabości będą korzystać ruchy populistyczne. Wobec tego albo zagęści się sieć instytucji i organizacji społeczeństwa obywatelskiego, albo te uwolnione społeczne atomy będą się aktywizować w kolejnych populizmach. Konieczna jest praca oddolna, także kulturalna, związana z aktywizacją społeczną. Nawiązywanie do tradycji regionalnych. Patriotyzm lokalny, czyli duma nie będąca ucieczką przed lękiem i brakiem wiary w siebie, ale przeciwnie, wynikająca z nawiązania do kulturowego dorobku przeszłości. Nie na zasadzie przeciwstawiania sobie np. tożsamości Saksonii i tożsamości Turyngii, ale w oparciu o poczucie, że jako część Europy i Niemiec mamy własną pozytywną tożsamość, która nie musi się opierać na pustym lęku przed tak czy inaczej zdefiniowanymi „obcymi”. Z perspektywy czasu wiemy już także, że nie można całkowicie odciąć się od NRD.

Co jednak zrobić z pułapką nostalgii, która w niczym nie pomaga, bo to jest nostalgia za modelem wspólnoty zglajszachtowanej społecznie, kulturowo, estetycznie. Taka nostalgia dodatkowo wzmaga lęk przed pluralizmem i zmianą, zamiast pomagać w społecznym i politycznym terapeutyzowaniu tego lęku.

Musimy mieć lepsze pomysły, lepsze formy pamięci, które nie są czarno-białe, bo na poziomie dużej polityki bez wątpienia masz rację, że życie w totalitarnym czy autorytarnym państwie nie było dobrym przygotowaniem do pluralizmu. Ale już nieco inaczej wygląda to na poziomie indywidualnych czy środowiskowych biografii. Trzeba zatem rozbijać tę jednolitą pamięć na poszczególne fakty i osiągnięcia. To nie jest łatwe, ale całościowe odrzucenie kilkudziesięciu lat NRD też ostatecznie prowadzi do wzmocnienia resentymentu. Z jednej strony to była brutalna dyktatura, a z drugiej strony cztery dekady wypełnione życiem osobistym i społecznym. To wszystko potrzebuje narracji, która nie byłaby tylko uogólnionym i zrytualizowanym „antykomunizmem”. Prywatna nostalgia nie wyklucza zresztą, że w tym samym obrazie mogą być obecne elementy pokazujące, jak w codzienności natrafiało się na patologie dyktatury.

Mówiłeś o spóźnionej odpowiedzi socjaldemokratów i chadeków na „antysystemowy populizm” i „nowy nacjonalizm”. Jakie są elementy tej odpowiedzi, choćby na poziomie diagnozy?

Jedna podstawowa korekta to zrozumienie, że same pieniądze nie rozwiązują problemu. Rozdawanie pieniędzy daje efekt krótkotrwały, ale żeby mieć długofalową korektę, musisz postawić na edukację – inną, nowoczesną, powszechną, z priorytetem równości szans. W publicznych dyskusjach prowadzonych w Niemczech dostrzeżono nareszcie, że rozsypywaniu się niemieckiego modelu społecznej gospodarki rynkowej, narastaniu nierówności ekonomicznych, towarzyszyło przez cały czas coraz większe zablokowanie awansu społecznego na poziomie edukacji. Dzieci ze środowisk wykluczonych społecznie nie idą na uniwersytety…

W Polsce stworzono całą gigantyczną ofertę wyższego wykształcenia pseudohumanistycznego, co było pułapką i tylko zradykalizowało problem zablokowanego awansu. Mamy dziś cały fikcyjny obieg edukacyjny, gdzie po kiepskich europeistykach, politologiach czy studiach międzynarodowych i tak trafia się na bezrobocie albo do pracy najgorzej płatnej.

Problem zaczyna się wcześniej. Jedyną sensowną odpowiedzią na rozwarstwienie i rozpad wspólnoty jest odbudowa powszechności kształcenia, walka o przywrócenie większej równości w dostępie do edukacji – począwszy od przedszkoli, przez wszystkie szczeble nauczania. Także po to, aby mieć skuteczną politykę imigracyjną, trzeba przełamać bariery edukacyjne i odbudować w Niemczech taki system powszechnej edukacji, który będzie pełnił funkcje integracyjne – zarówno wobec imigrantów, jak też wobec grup wykluczonych społecznie. Od programów nauczania, poprzez programy stypendialne, skończywszy na samym kształcie i gęstości instytucji edukacyjnych. To jest priorytet w poszukiwaniu przez chadeków, socjalistów, ale też Zielonych odpowiedzi na nowy nacjonalizm i nowy populizm w Niemczech.

Jak Niemcy w obecnym stanie swojej polityki wewnętrznej będą funkcjonować w polityce europejskiej? W wymiarze wspierania integracji europejskiej, w wymiarze polityki imigracyjnej, ale także w kontekście niezakończonego kryzysu greckiego czy nowego kryzysu związanego z sytuacją w Polsce?

Zacznijmy od wyzwania imigracyjnego. W tym momencie wydaje się kończyć apogeum pierwszej fali kryzysu imigracyjnego. Jeśli w najbliższych miesiącach okaże się, że w kraju tak centralnym jak Niemcy społeczeństwo i państwo były w stanie wytworzyć skuteczną politykę integracyjną, wówczas zwiększy się szansa, że także inne kraje europejskie wykażą większą chęć do kooperacji. Wiele zależy od skuteczności porozumienia z Turcją. Jestem przeciwko temu, żeby w Turcji tworzyć getta dla uchodźców, w dodatku bez ścisłej kontroli struktur europejskich, organizacji humanitarnych i organizacji czuwających nad przestrzeganiem praw człowieka. Ale umowa z Turcją jest punktem wyjścia. Jeśli uda się stworzyć dla uchodźców w Turcji pewne europejskie minimum w wymiarze materialnym i opieki prawnej, wówczas porozumienie z Turcją może się stać elementem całościowego rozwiązania. Jeśli chodzi o Grecję, to tylko przy udziale Niemiec można wypracować kompromis, który doprowadzi do zmiany najbardziej patologicznych cech greckiego państwa i systemu ekonomicznego, a jednocześnie nie będzie punktowym wymuszaniem rozwiązań, które wcale nie prowadzą do odbudowy greckiej gospodarki.

W końcu ostatni element twojego pytania, czyli Polska. Byłem w Warszawie w czasie niedawnej wizyty ministra spraw zagranicznych Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera i bardzo uważnie obserwowałem zachowania zarówno strony niemieckiej, jak też polskiej. Dla mnie, otwarcie mówiąc, kryzys w stosunkach polsko-niemieckich i polsko-europejskich to w tym momencie większe wyzwanie dla polskiej strony. Niemiecka polityka – czy to państwowa, czy ta na poziomie kontaktów społecznych, organizacji pozarządowych – jest gotowa zaakceptować to, że obecna sytuacja nie jest kwestią miesięcy. Obecny polski rząd to partner zamknięty, nieufny, kłopotliwy, ale pozostanie partnerem dla Niemiec tak długo, jak długo Polacy nie wycofają dla niego poparcia.

Obecny polski rząd to partner zamknięty, nieufny, kłopotliwy, ale pozostanie partnerem dla Niemiec tak długo, jak długo Polacy nie wycofają dla niego poparcia.

W tym kontekście muszę jednak powiedzieć, że Steinmeier był tysiąc razy żywszy niż Waszczykowski. Składał rozmaite propozycje, wysyłał sygnały sondażowe, na które Waszczykowski w ogóle nie odpowiadał. I nie miał żadnych własnych pomysłów. Jego tłumaczenie się z wypowiedzi Jarosława Kaczyńskiego na temat Niemiec – że to nie rząd, ale prezes jakiejś partii powiedział – zostało w Niemczech przyjęte jako argument śmieszny i defensywny.

Waszczykowski nie jest podmiotowy w ogóle.

Ale Niemcom kooperacja z Polską jest potrzebna. Prowadzona na dowolnym szczeblu, za pośrednictwem dowolnych osób, byle intensywnie i we wszystkich obszarach. Ja uczestniczyłem w czasie tej wizyty Steinmeiera w popołudniowym spotkaniu polsko-niemieckiej grupy zajmującej się kwestią Ukrainy. Od strony niemieckiej była tam kluczowa osoba koordynująca naszą politykę wobec Ukrainy, po stronie polskiej był Jan Piekło. On zajmuje się od dawna sprawami Ukrainy, ale nie jest związany bezpośrednio z rządem. Z jednej strony może to budzić optymizm, że rząd PiS-u jest w stanie akceptować niezależne postacie i posługiwać się nimi. Z drugiej może to jednak oznaczać, że dla polskiego rządu Ukraina nie jest dziś priorytetem. Tymczasem polityka wschodnia jest jednym z tych obszarów, gdzie Niemcy i Polska powinny współpracować bez względu na to, jaka partia w danym momencie rządzi w Warszawie czy Berlinie.

Z tego, co mówisz, wynika, że to Niemcom bardziej zależy na współpracy z rządem PiS niż Kaczyńskiemu na współpracy z Niemcami. Spór z Niemcami jest dla Kaczyńskiego legitymizujący w oczach jego elektoratu, a więc do pewnego stopnia wygodny.

Niestety, to prawda. Mnie taka sytuacja nie do końca odpowiada, ale ja jestem prywatną osobą. Moje wystąpienia mają inny charakter, nie należą do porządku polityki międzyrządowej, ale do porządku niemiecko-polskich relacji społecznych. Sądzę, że akurat w przypadku Niemiec także monitorowanie stosunku polskiego rządu do państwa prawa czy jego zachowań w polityce europejskiej powinno być prowadzone właśnie z poziomu społeczeństwa obywatelskiego i organizacji pozarządowych.

Wolfgang Templin – działacz społeczny, publicysta. W okresie NRD działacz opozycji demokratycznej. W 1988 roku uwięziony, oskarżony o zdradę państwa i deportowany do RFN. Po upadku Muru wrócił do wschodnich Niemiec, gdzie był uczestnikiem obrad niemieckiego odpowiednika okrągłego stołu i został działaczem wyrosłej z opozycji demokratycznej partii Bündnis ’90. Od 2010 do 2013 roku kierował warszawskim biurem Fundacji Heinricha Bölla ideowo zbliżonej do partii niemieckich Zielonych.

 

**Dziennik Opinii nr 125/2016 (1275)

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Cezary Michalski

| Komentator Krytyki Politycznej
Publicysta, eseista, prozaik. Studiował polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem również slawistykę w Paryżu. Pracował tam jako sekretarz Józefa Czapskiego. Był redaktorem pism „brulion” i „Debata”, jego teksty ukazywały się w „Arcanach”, „Frondzie” i „Tygodniku Literackim”. Współpracował z Radiem Plus, TV Puls, „Życiem” i „Tygodnikiem Solidarność”. W czasach rządów AWS był sekretarzem Rady ds. Inicjatyw Wydawniczych i Upowszechniania Kultury. Wraz z Kingą Dunin i Sławomirem Sierakowskim prowadził program Lepsze książki w TVP Kultura. W latach 2006 – 2008 był zastępcą redaktora naczelnego gazety „Dziennik Polska-Europa-Świat”, a do połowy 2009 roku publicystą tego pisma. Współpracuje z Wydawnictwem Czerwono-Czarne. Aktualnie jest komentatorem Krytyki Politycznej