Świat

Sasnal: Amerykanie przestraszyli się tego, co zrobili [rozmowa]

Patrycja Sasnal. Fot: materiały PISM

Donald Trump powiedział: „zwrócę się do NATO, by zajęło się Bliskim Wschodem”. To przecież znaczy: my, Amerykanie, będziemy się zajmować Bliskim Wschodem mniej! Powiedział również, że USA nie potrzebują bliskowschodniej ropy – czyli nie potrzebują Arabii Saudyjskiej! – Michał Sutowski rozmawia z dr Patrycją Sasnal.


Michał Sutowski: Jeszcze wczoraj czytałem w polskiej prasie dywagacje, czy Amerykanie wejdą do Iranu od strony Zatoki Omańskiej, czy może lepiej byłoby przez granicę iracką, jak niegdyś Saddam Husajn. A dzień później prezydent Trump mówi, że wprawdzie USA mają świetną armię, ale nie musi jej przecież użyć, a ambasador Iranu przy ONZ deklaruje, że jego kraj już się wystarczająco zemścił. Czyli co, zabito jednego ważnego faceta, pogrożono sobie nawzajem – i wracamy do tego, co było? Jest w tym jakaś logika?

Patrycja Sasnal: Na pewno nie wracamy do status quo ante, ale o tym za chwilę. Wytłumaczenia całego tego teatru mogą być co najmniej dwa. To bardziej racjonalne byłoby takie, że atak na generała Sulejmaniego był wynikiem planowej strategii USA, żeby Iran sprowadzić na kolana. Względnie, wylać im kubeł zimnej wody na głowę i dać sygnał: potrafimy zrobić wam krzywdę. A w reakcji propaganda irańska rozpętuje piekło na ziemi, po czym Irańczycy atakują cele tak naprawdę wyznaczone im przez Stany Zjednoczone.

Zabójstwo Sulejmaniego to prezent od Trumpa dla ajatollahów

Czyli dwie bazy…

… z których Amerykanie uprzednio wycofali swoje wojska, wcześniej Irańczyków o tym fakcie informując.

A jak się ma do tego sprawa zestrzelonego nad Teheranem ukraińskiego samolotu pasażerskiego?

Ukraiński samolot zestrzelono przez pomyłkę – to było kilka godzin po odwecie na Amerykanów. Irańczycy byli w panice, nie mogli być pewni do końca, czy i jak USA odpowiedzą. System przeciwrakietowy albo może irańscy sterowniczy systemu wzięli samolot pasażerski za intruza i poszła rakieta.

No powiedzmy, ale po co właściwie to wszystko Amerykanom? Ten cały teatr?

Żeby zmusić Irańczyków do negocjacji porozumienia nuklearnego. Żeby Trump mógł mieć swój deal, który będzie lepszy niż deal Obamy, a przynajmniej jego własny. Chce wynegocjować coś z Iranem i dać temu własny stempel.

A jeśli to jednak nie była ustawka?

Jest jeszcze drugie wyjaśnienie, bardziej prawdopodobne: zabijając Sulejmaniego, Amerykanie po prostu popełnili błąd i przestraszyli się reakcji. Wcześniej tego nie zrobili, Izraelczycy też nie podejmowali takich prób, choć przecież on co najmniej od 2014 roku bezustannie latał po Bliskim Wschodzie, w trójkącie: Iran, Syria, Irak, tam i z powrotem. Okazji nie brakowało.

Operacja Iranu to przypomnienie, że Teheran ma broń umożliwiającą precyzyjne ataki

To czemu w końcu to nastąpiło?

Amerykanie widzieli, że ich „polityka maksymalnej presji”, prowadzona od maja 2018, zwyczajnie nie działa. USA wyszły wtedy z umowy dotyczącej programu atomowego, nałożyły bardzo dotkliwe sankcje, a jednak Iran nie przyszedł skruszony do stołu rozmów. Nie tyle się może umocnili, ile z pewnością nie osłabli, grali Ameryce na nosie, pokazywali, że rozgrywają karty w Libanie, Syrii, Iraku…

A rządzą naprawdę?

Zzabijając Sulejmaniego, Amerykanie po prostu popełnili błąd i przestraszyli się reakcji.

W Libanie mają Hezbollah, którego skrzydło wojskowe powszechnie uznawane jest za organizację terrorystyczną, ale skrzydło polityczne współtworzy demokratycznie wybrany rząd tego kraju i reprezentuje jedną trzecią ludności. To organizacja szyicka, wspierana przez Iran i spowinowacona z nim ideologicznie, ale są to jednak Libańczycy, a nie jakaś irańska diaspora. Z kolei w Syrii Iran pomaga Asadowi wojskowo. Wspierają go najemnicy irańscy – a także innych narodowości, jak Afgańczycy, ale też finansowani przez Iran – do tego są tam doradcy wojskowi z Gwardii Rewolucyjnej oraz sił Al Kuds, którymi dowodził Sulejmani. Dodajmy na marginesie, że dzięki niemu Iran miał niezłe stosunki również z Kurdami, a więc grupą, której teoretycznie przecież bliżej do Zachodu.

Wreszcie, wpływy irańskie w Iraku pokrywają się z terenami zamieszkiwanymi przez szyitów na południu i w Bagdadzie, ale Irańczycy zadbali też o dobre kontakty z Kurdami i innymi mniejszościami na północy. Działają tam finansowane przez Iran bojówki różnego sortu, które walczyły z Daesh, a to pozwoliło Iranowi wyjść poza tradycyjną, szyicką strefę wpływów na obszary sunnicko-kurdyjskie. No i można by jeszcze dodać Bahrajn i Jemen…

A czy to Sulejmani był odpowiedzialny za tę potężną siatkę wpływów Iranu w regionie? Może w tym sensie ten atak był jednak jakoś racjonalny z amerykańskiego punktu widzenia?

W ogóle nie był, bo okoliczności jego śmierci, a więc fakt, że w biały dzień zabili go Amerykanie sprawia, że jego następca będzie się pławił w jego sławie. A wpływy Iranu to przecież wielki gąszcz ludzi i organizacji powiązanych politycznie i ekonomicznie, których lojalność wynika czy to z finansów, czy to z pokrewieństwa ideowego, a nie relacji osobistych z tym czy innym politykiem.

Czyli ten atak nie miałby sensu…

I dlatego wydaje mi się bardziej prawdopodobne, choć mniej racjonalne wytłumaczenie, że Amerykanie chcieli w ten sposób wprowadzić w życie plan B, kiedy plan A zawiódł. Plan A to wspomniane już wyjście USA z porozumienia JPCOA i nałożone na Iran sankcje na sprzedaż ropy na całym świecie. Stany Zjednoczone zlikwidowały też wyjątki dla ośmiu państw typu Grecja, Turcja, Chiny czy Korea, które mogły kupować irańską ropę jeszcze przez rok.

Skutecznie?

Są pewne wątpliwości w sprawie Chin, bo zdarzało się ostatnio, że tankowce ginęły z radarów, a potem odnajdywały się w portach chińskich, a więc możemy domniemywać, że Chińczycy kupowali irańską ropę. I że zrezygnowaliby z tego wyłącznie, gdyby mogli coś za to uzyskać od Stanów Zjednoczonych. Ale chociaż blokada amerykańska co do zasady była skuteczna i przyniosła Iranowi wielkie straty gospodarcze, ta wzmożona presja nie odniosła skutku. I dlatego Amerykanie postanowili uderzyć w Iran i pokazać jego przywódcom, że wielka wojna jest możliwa.

Ale?

Ale sami przestraszyli się reakcji. Okazało się bowiem, że Europa przemawia jednym głosem, że jest przerażona i zaskoczona. Inaczej niż w roku 2003, przy okazji inwazji na Irak, nikt nie stanął murem za USA, a wtedy zrobiła to przecież cała „nowa Europa” i poważny kawałek starej, czyli Włochy, Hiszpania i Wielka Brytania. Teraz zapanowała absolutna konsternacja. Co jeszcze ciekawsze, bardzo powściągliwa była reakcja Izraela i Arabii Saudyjskiej, które de facto umyły ręce od tej akcji.

Iran nie wywiesi białej flagi

Premier Netanjahu powiedział wprost, że Izrael nie ma z tym nic wspólnego. A teoretycznie władze obydwu krajów powinny się cieszyć, że ich wróg nie żyje. A w każdym razie, że Iran jest ostro kontrowany przez USA. 

Tak, ale jedni i drudzy zdają sobie sprawę, że ewentualna „wielka wojna”, jeśli wymknie się spod kontroli, to bezpośrednio im spadnie na głowę. Na przykład w postaci rakiet spadających na instalacje naftowe Saudów, ale też – wystrzelone choćby z Jemenu – na przedmieścia Rijadu, jak to było już nieraz. Z kolei Izrael ma granice z Libanem, Syrią i Strefą Gazy, gdzie działa Hamas. A w Jordanii i w Egipcie też przecież trudno o nastroje prożydowskie… Grunt, że Amerykanie zorientowali się, że ich sojusznikom ta decyzja w ogóle nie leży.

Był taki rysunek, bodaj w „New Yorkerze”, gdzie z samolotu wyskakuje desant i jeden żołnierz mówi do drugiego: co, młody, to twoja pierwsza kampania o reelekcję? Tyle że Trump sam krytykował przeciwników za eskapady wojenne na Bliski Wschód…

No właśnie, tutaj rysuje się trzecia interpretacja. Jakaś frakcja w administracji prezydenta mogła kombinować w ten sposób: uderzymy, damy sygnał Izraelczykom i Saudyjczykom, że zrobimy dla nich wszystko…

Nie robiąc faktycznie nic?

Tak. A potem następnie zwiną manatki z regionu, jak to Trump przecież wielokrotnie zapowiadał. To było charakterystyczne, jak prezydent USA w czwartek powiedział: „zwrócę się do NATO, by zajęło się Bliskim Wschodem”. To przecież znaczy – my, Amerykanie, się teraz tym Bliskim Wschodem będziemy zajmować mniej! Powiedział również, że USA są samowystarczalne energetycznie, że „nie potrzebują bliskowschodniej ropy”. Czyli: nie potrzebują Arabii Saudyjskiej! Na miejscu Izraelczyków i Saudów byłabym naprawdę bardzo zaniepokojona.

Intencje i zamiary  to jedno, a jakie możemy przewidzieć efekty tego konfliktu? Co wynika z amerykańskiego ataku na irańskiego generała?

Tu wracamy do pytania, czy wszystko będzie po staremu. Otóż nie będzie, bo co najmniej na czterech frontach interesy USA po tym ataku mają się gorzej! Po pierwsze, w samym Iranie ludzie zjednoczyli się wokół tego dziwnego, chwiejnego przywództwa, przeciwko któremu jeszcze tydzień byli gotowi protestować. Teraz demonstrują przeciw Stanom Zjednoczonym, i to po wielokroć liczniej. Po drugie, również w Iraku trwały ostatnio protesty przeciw zewnętrznej ingerencji…

Amerykanów?

Nic nie będzie po staremu, bo co najmniej na czterech frontach interesy USA po tym ataku mają się gorzej.

Nie, Iranu! Ingerencji Iranu w sprawy irackie. A teraz mamy decyzję parlamentu Iraku z żądaniem wycofaniu sił nieirackich z tego kraju, chodzi oczywiście o Amerykanów. Ta atmosfera niechęci już zostanie na trwałe, a Iran będzie tym bardziej dociskał Irakijczyków, żeby pogonili Amerykanów ze swego terytorium. Arab Barometer, dość wiarygodna sondażownia palestyńska, pokazuje, że wszędzie na Bliskim Wschodzie z wyjątkiem Izraela większość społeczeństw sądzi, że to USA i Izrael są największym zagrożeniem dla bezpieczeństwa, a wyjątkami były Liban i Irak.

Tamte społeczeństwa są proamerykańskie?

Nie no, to byłoby zdecydowanie za dużo powiedziane. Ale tylko tam istniały znaczne grupy, bo w przypadku Iraku aż 31 procent, uważających, że to jednak Iran jest najgroźniejszy, a tylko połowa traktowała tak USA i Izrael. Dziś nawet ta sceptyczna wobec Irańczyków jedna trzecia mogła zmienić zdanie i uznać, że z dwóch diabłów ten amerykański jest jednak gorszy. W skrócie: USA straciły Irak.

A jak to wszystko ma się do Państwa Islamskiego?

No i to jest trzecia klęska, czyli zagrożenie terrorystyczne. Jeszcze chwilę temu obszar wielkości Wielkiej Brytanii i 7 milionów ludzi był pod kontrolą ISIS, a członkowie Państwa Islamskiego nie zostali przecież wybici. Tamte struktury się reorganizują. W czterech obozach na północy Syrii Kurdowie mają coraz większe problemy z ich opanowaniem, więc dawne Państwo Islamskie może się w nowej formie odbudować.

Pogłoski o pokonaniu Państwa Islamskiego są mocno przesadzone

No i wreszcie czwarta kwestia, czyli porozumienie nuklearne.

Którego już nie ma?

Wręcz przeciwnie. Dotąd wszyscy stawiali na nim krzyżyk, bo faktycznie nie działało. Iran nie mógł sprzedawać swej ropy, choć mimo to dotrzymywał porozumienia: nie wzbogacał uranu powyżej limitu 20 procent i dawał dostęp inspektorom Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej do instalacji nuklearnych. Trochę obierał to porozumienie jak cebulę – ciężką wodę zostawiał u siebie, zaczął wzbogacać do 3 procent, potem do 4-ech – niemniej główne założenia traktatu o irańskim programie atomowym były przestrzegane. Jednocześnie Europejczycy czekali, aż w Białym Domu zasiądzie Demokrata i może wtedy uda się podpisać jakiś drugi wariant JPCOA.

A coś się zmieniło?

Tak, teraz trwa skomasowana ofensywa dyplomatyczna: Merkel jedzie do Moskwy, szef unijnej dyplomacji Borrel zaprasza szefa irańskiego MSZ Zafira do Brukseli, prezydent Macron rozmawia godzinę z prezydentem Iranu Rohanim i generalnie pojawiło się nowe zainteresowanie umową, której Trump tak bardzo nie znosi.

Ale jak to się ma do możliwości zniesienia sankcji?

Dominacja gospodarki amerykańskiej jest tak silna, że z jej powodu kraje europejskie nie mogły realnie handlować z Iranem. Np. francuski Total nie zaryzykuje dla Irańczyków zamknięcia dostępu do rynku amerykańskiego.

No więc?

Sytuacja po ataku wzmacnia jednak potencjał europejski do mediacji. W samych Stanach widać zrozumienie, że to, co się wydarzyło trudno nazwać zwycięstwem. Trump występuje na tle dwóch generałów, ale to bizantyjski rytuał mający pokazać moc tym większą, im naprawdę jest się słabszym. Do tego USA nie mają nawet bezpośredniego kontaktu z Iranem, przekazują sygnały przez Szwajcarów – co innego Francuzi i Niemcy, którzy utrzymują relacje na bieżąco.

Ale co miałoby z tego praktycznie wyniknąć?

Kiedy Macron zaprosił szefa irańskiej dyplomacji na szczyt G7 do Biarritz, sformułował pomysł, żeby w zamian za cofnięcie niektórych sankcji przez Stany Zjednoczone – tzn. żeby wolno było Irańczykom handlować ropą – Iran zobowiązał się do przedłużenia układu JCPOA plus dołożył zapisy o rakietach balistycznych. Na ograniczeniu produkcji środków przenoszenia głowic zależało Amerykanom, więc coś takiego byłoby możliwe – gdyby nie Trump.

A coś się teraz zmieniło?

Mam wrażenie, że gdyby renegocjacje starego układu udało się przedstawić jako coś innego, jako nowy proces, choćby realnie byłyby tym samym, i gdyby ONZ to klepnęło, a na końcu swój stempel dałby sam Trump – byłoby to wykonalne.

A jak na tej sytuacji korzystają inne mocarstwa? Podobno władza nie znosi próżni, a usłyszałem, że w efekcie ostatnich wydarzeń Amerykanie tracą Irak. No i w ogóle chyba planują wycofanie się z Bliskiego Wschodu. Rosja ich zastąpi w roli hegemona?

Trump występuje na tle dwóch generałów, ale to bizantyjski rytuał mający pokazać moc tym większą, im naprawdę jest się słabszym.

Moim zdaniem wpływy Rosji na Biskim Wschodzie są przeszacowane. W mediach często słyszę, że Rosja tam weszła na trwałe, nic się bez niej na Bliskim Wschodzie nie może odbyć. I faktycznie, nie przypadkiem Rosjanie są konsultowani przez inne mocarstwa. Ale jeśli oceniamy moc kraju przez stosunki gospodarcze i społeczne, a nie tylko ich polityczną otoczkę, to Rosjanie w regionie wcale nie mają wielkich atutów.

Zdaje się, że to oni utrzymali prezydenta Asada u władzy w Syrii.

Nie sami to zrobili, ale wspólnie z Iranem. Rosjanie rzeczywiście mają cenne bazy wojskowe, czyli około dwóch tysięcy żołnierzy rosyjskich w Syrii – ale przy amerykańskich bazach w Katarze i Bahrajnie to wciąż bardzo mało. Stosunki gospodarcze są zaś istotne, ale dotyczą sfer mniej strategicznych, np. eksportu rosyjskiej pszenicy, która faktycznie w tym regionie dominuje.

A co z Chińczykami?

Tu sprawa jest poważniejsza. Południowa odnoga Pasa i Szlaku przebiegać ma przez Iran oraz Syrię i Liban w kierunku Morza Śródziemnego. Notabene, być może atak amerykański miał pokazać Chińczykom, żeby pamiętali, że tam jest…

Niestabilne otoczenie inwestycyjne?

Coś w tym rodzaju – zbudujesz coś wielkiego, ale przecież zawsze może ci bomba spaść na głowę… Tak czy inaczej Chińczycy mają pomysł budowy połączenia kolejowego w kierunku wybrzeża Morza Śródziemnego, chińska ambasada w Damaszku zwiększyła obsadę dwukrotnie, a ostatnio oni też biorą się za odbudowę Syrii. Prezydent Asad przejął od prawowitych właścicieli tereny pod budowę osiedli – zrobił im taki dekret Bieruta, więc jest gdzie budować. Chińczycy chcą wznosić szkoły, domy mieszkalne i całe fabryki, planują wyłożyć na to pieniądze i nawet wysłać własnych ludzi do pracy. Na terenach kontrolowanych przez syryjskie siły rządowe Chiny są zatem w pełnym rozkwicie, jednocześnie utrzymując bardzo dobre relacje z Iranem.

Iran: niebezpieczna obsesja Ameryki

Już wiemy, że ten „mały, zły kraj w Europie”, który niedawno piętnował ajatollah Chamenei to na szczęście Albania, nie Polska. I to chyba dobrze, ale czy my teraz powinniśmy siedzieć cicho i liczyć, że nie będziemy musieli się opowiadać po żadnej ze stron?

W Iranie faktycznie nie uznano nas za automatycznego sojusznika USA, poza tym reakcja Polski wydaje mi się odpowiednia, tzn. pozostajemy w mainstreamie europejskim. Premier Morawiecki powiedział, że na spotkaniu szefów unijnych MSZ w Brukseli wypracujemy europejską i sojuszniczą, NATOwską odpowiedź. I dobrze, bo tylko jeżeli będziemy mówić jednym głosem jako Europa, możemy coś zdziałać. Kluczowe jest, żeby nie było żadnego ważnego państwa, które by się z europejskiego frontu wyłamało. Tylko zjednoczona Europa może coś na USA i Iranie wymóc – tylko taka jest zarówno Iranowi, jak i USA potrzebna, zakładając, że oba państwa nie chcą wojny.

 

**
Patrycja Sasnal – doktor nauk politycznych (UJ), magister arabistyki, stypendystka Fulbrighta w Paul H. Nitze School of Advanced International Studies (SAIS) na John Hopkins University; kierowniczka Biura Badań i Analiz w Polskim Instytucie Spraw Międzynarodowych; autorka i redaktorka publikacji takich jak Polityka Stanów Zjednoczonych wobec aktorów w konflikcie arabsko-izraelskim: między Bushem a Obamą (2009), Still awake: the beginnings of Arab democratic change (2012), a ostatnio książki Arendt, Fanon and Political Violence in Islam (2019); komentowała i analizowała wydarzenia międzynarodowe m.in. na łamach radia TOK FM, „Polityki”, „Gazety Wyborczej”, LeMonde.fr oraz EUObserver.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.