Świat

Człowiek, któremu zawdzięczamy „feminazistki”

Rozpętał w Ameryce wojnę kulturową i przeorał Partię Republikańską. On pierwszy straszył słuchaczy „feminazistkami” i pomstował na „terror poprawności politycznej”. Już George Bush senior zabiegał o jego przychylność. Gdyby nie Rush Limbaugh, prawdopodobnie nie byłoby ani Trumpa, ani telewizji Fox News.

O zmarłych dobrze lub wcale – to na ogół słuszna zasada, ale okres ochronny zmarłego tydzień temu Rusha Limbaugha właśnie się skończył. Anchorman Ameryki i Doktor Demokracji – jak sam siebie nazywał – był bowiem jedną z najbardziej toksycznych i szkodliwych postaci rynku medialnego w USA. To fakt, nie opinia. W przeciwieństwie też do wielu „kontrowersyjnych” postaci amerykańskiej historii – jak choćby Johna Craiga Calhouna, rasisty i zwolennika niewolnictwa, ale przy tym też szalenie błyskotliwego teoretyka federalizmu – Limbaugh nie miał swojej „drugiej”, lepszej strony, która w jakimś stopniu ratowałaby jego wizerunek. Jego działalność opierała się na drwinach ze słabszych, sianiu nienawiści i pogłębianiu podziałów. A warto go wspomnieć dlatego, że był w tym diabelnie skuteczny.

Rush Limbaugh nie tylko bowiem złym człowiekiem był, ale na swój obraz i podobieństwo zmienił amerykańskie media i politykę. Przeobraził radio mówione i odegrał kluczową rolę w podziale amerykańskiego rynku medialnego na nieprzenikające się uniwersa oraz w stworzeniu z Partii Republikańskiej tego, czym ona jest obecnie: przeżartej teoriami spiskowymi ostoi białej polityki tożsamości, której wschodzącą gwiazdą jest odporna na fakty Marjorie Taylor Greene.

Na początek zapomnijmy o bezstronności

Jak bardzo wiele złych rzeczy we współczesnej Ameryce, kariera medialna Rusha Limbaugha narodziła się za prezydentury Ronalda Reagana. W 1987 roku Federalna Komisja Łączności zniosła zasadę fairness doctrine, która zobowiązywała radio i telewizję do przedstawiania obu stron kontrowersyjnych opinii. Dzisiaj, gdy amerykański rynek medialny dzieli się w zasadzie na dwie nieprzenikające się bańki, których konsumenci żyją w odmiennych rzeczywistościach, może wydawać się dziwne, że w erze medialnego mezozoiku było to jedno uniwersum.

Republikanie w poszukiwaniu duszy. Fenomen Marjorie Taylor Greene

Według nostalgików czasów zgody powszechnej ta „zasada bezstronności” gwarantowała pluralizm i dzięki temu nie pozwalała na dominację skrajności w przestrzeni publicznej. Prawda była nieco inna. Fairness doctrine nie obejmowała gazet, które wciąż miały wtedy niezwykłą siłę. Niecałe 15 lat przed zniesieniem doktryny śledztwo „Washington Post” doprowadziło do ustąpienia ze stanowiska Richarda Nixona w wyniku afery Watergate. Ówcześni dziennikarze trzymali się centrum głównie ze względu na przekonanie, że na tym polega dziennikarska rzetelność. Z punktu widzenia konserwatywnej prawicy jednak sytuacja wyglądała zgoła inaczej. Nieobjęte zasadą bezstronności gazety nie były wcale rzetelne ani centrowe, tylko stronnicze – i oczywiście faworyzowały liberałów.

Zniesienie doktryny było efektem wieloletnich zmagań konserwatywnych działaczy, którzy szukali ujścia dla konserwatywnych opinii – i faktycznie, przyniosło oczekiwany efekt, a Rush Limbaugh zawdzięcza mu swoją karierę. W swojej pierwszej pracy w radiu jako DJ nie utrzymał się zbyt długo, bo nie potrafił utrzymać języka za zębami. Dopiero decyzja z 1987 roku pozwoliła mu uprawiać na antenie to, w czym czuł się najlepiej: jednostronną gadaninę bez udziału oponentów i bez śladu szacunku do nich.

Fox News przed Murdochem

Dzisiaj z medialnymi gwiazdami amerykańskiej prawicy kojarzą się przede wszystkim Tucker Carlson i Sean Hannity, rzadziej Ann Coulter, Glenn Beck czy kompletnie odklejony od rzeczywistości Alex Jones. Ale protoplastą ich wszystkich był Rush Limbaugh z radiowym show nazwanym jego własnym imieniem, który krajową premierę miał w 1988 roku. To on stworzył format medium skrajnie tożsamościowego i to on spopularyzował większość słownictwa i konstrukcji myślowo-retorycznych, jakimi obecnie posługuje się prawica. „Terror politycznej poprawności”? To on. „Feminazizm”? Również. „Media gównianego nurtu”, które kłamią w żywe oczy i którym nie można ufać? A jakże – Rush Limbaugh. Gdyby nie sukces Limbaugha, Rupert Murdoch najpewniej nie dałby się namówić Rogerowi Ailesowi na stworzenie telewizji Fox News.

Żywiołem Limbaugha była wojna kulturowa – przeciwko zmianom w relacjach między płciami, przeciwko zmianom rasowo-etnicznym, przeciwko widoczności i równouprawnieniu osób LGBT+, generalnie: przeciwko liberalizmowi, czyli po naszemu: wojna z lewactwem. Toczył ją Limbaugh bezwzględnie. Format The Rush Limbaugh Show można streścić następująco: bez skrupułów i bez wstydu. Jedyną rzeczą, za którą w życiu przeprosił, były kpiny ze śmiertelnych ofiar epidemii AIDS.

Pozostałych obelg nie żałował, a było ich wiele. Sandrę Fluke, studentkę prawa z Uniwersytetu Georgetown, która domagała się pokrywania kosztów środków antykoncepcyjnych z ubezpieczenia zdrowotnego w ramach Obamacare, nazwał dziwką i prostytutką – to ostatnie, bo w jego głowie refundowanie antykoncepcji jest tym samym co płacenie za seks (#MózgRozjebion). Równość małżeńską porównywał do pedofilii. Kamalę Harris nazwał kurwiszczem – z tym że użyte przez niego słowo hoe może mieć rasistowskie konotacje i w tym kontekście miało – która karierę zrobiła przez łóżko. Nie stronił też od teorii spiskowych. I tak: Vince Foster, doradca w Białym Domu za Billa Clintona, wcale nie popełnił samobójstwa, tylko został zamordowany, Obama nie urodził się w USA, a Joe Biden wcale nie wygrał wyborów. Limbaugh z lubością i przekonaniem powtarzał te brednie, a demaskującym jego teorie spiskowe mediom zarzucał celowe okłamywanie odbiorców.

W tej wojnie nie było miejsca na odcienie szarości. Warto też dodać, że Limbaugh ataki lewactwa widział wszędzie, również w pandemii koronawirusa. Jak słusznie zauważył Bob Moser w „The Rolling Stone”, Limbaugh nie propagował ideologii politycznej, tylko polityczne nastawienie. Była nim arogancja białego, rasistowskiego homofoba i mizogina roszczącego sobie prawo do lżenia innych i podkreślania własnego uprzywilejowania bez cienia wstydu czy poczucia winy.

Republikański kingmaker

Limbaugh doskonale połączył możliwości radiowego medium z przesłaniem i talentem, którego niestety nie można było mu odmówić. Dzięki radiu trafił do osób, które nie miałyby czasu oglądać go w telewizji. Słuchano go w samochodzie, w pracy czy podczas wypełniania obowiązków domowych. Szybko się bowiem okazało, że w USA jest publiczność, która chce słyszeć rzeczy, które utwierdzają ją w słuszności jej reakcyjnych przekonań. Jego widownia szła w miliony. W pewnym momencie sięgała 25 milionów odbiorców dziennie.

Limbaugh nie starał się promować żadnych konkretnych rozwiązań, nie postulował reform. Jedyną deklaracją politycznego poparcia z jego strony było stwierdzenie, że jest „obrońcą korporacyjnej Ameryki”. Jasne było też to, że jest reakcjonistą posługującym się językiem ksenofobii, rasizmu, homofobii i mizoginii. Bardziej od konkretów bawiło go jednak mówienie szokujących rzeczy w celu wkurzania libków i lewaków oraz kreślenie wizji świata jako areny walki dobra ze złem, na której republikanie – i tylko oni – to oczywiście ci dobrzy. Limbaugh był, jak sam się określił, instrumentem masowej edukacji elektoratu.

Czarni, Latynosi, Chińczycy i kobiety. Dlaczego oni wszyscy głosowali na Trumpa?

Partyjna polityka z początku nie była sednem The Rush Limbaugh Show. Stało się tak, dopiero gdy toczona przez radiowca wojna kulturowa na dobre weszła do programu Partii Republikańskiej. A było to nieuniknione, skoro Rush docierał do kluczowej grupy konserwatywnych wyborców – tych, którzy chodzą na prawybory.

Republikanie nawet na najwyższych stanowiskach zdawali sobie sprawę z tego, w jak dużym stopniu zawdzięczają swoje sukcesy wyborcze słuchaczom Limbaugha i jak bardzo stali się od niego zależni. W 1992 roku, czując na karku oddech partyjnego kolegi – a przy okazji patologicznego rasisty i nacjonalisty – Pata Buchanana, w The Rush Limbaugh Show zagościł George Bush senior. Bush junior pojawiał się tam wielokrotnie, po raz pierwszy podczas swojej kampanii wyborczej. A Ronald Reagan, już po odejściu z polityki, podziękował Limbaughowi za „promocję republikańskich i konserwatywnych pryncypiów” i nazwał go „konserwatywnym głosem numer jeden w naszym kraju”.

Partia „hell, no!”

Podczas wyborów w 2008 roku republikańska kandydatka na wiceprezydentkę Sarah Palin powiedziała, że republikanie nie są partią mówiącą „nie” (w domyśle: lewactwu), ale partią mówiącą „po naszym trupie” („hell no!”). Limbaugh miał swój udział również w tej transformacji. Przełomowym momentem były wybory w 1994 roku za prezydentury Billa Clintona (od którego Limbaugh nie znosił bardziej tylko jego żony, Hillary). Republikanie przejęli wtedy kontrolę nad Izbą Reprezentantów i Senatem, odbili z rąk demokratów 20 legislatur stanowych i po raz pierwszy od 1974 roku kontrolowali większość foteli gubernatorskich w kraju.

Tę Republikańską Rewolucję – bo tak to się oficjalnie nazywa – przeprowadzili pospołu Newt Gingrich (ówczesny spiker Izby Reprezentantów i Człowiek Roku 1995 tygodnika „Time”) i właśnie Limbaugh. Zwycięstwo republikanów było zasługą Rusha i jego prostego jak konstrukcja cepa przekazu: każdy republikanin jest zawsze lepszy od każdego demokraty, bo demokraci zniszczą USA. Nie było tam miejsca na niuanse. Nowo wybranym kongresmenom Limbaugh mówił, że nie po to wygrali wybory, żeby dogadywać się teraz z przegranymi. Innymi słowy: wszystko albo nic, a każdy kompromis to porażka. Pod hasłem „zero kompromisów” Gingrich w 1995 roku dwukrotnie udaremnił uchwalenie budżetu federalnego, powodując government shutdown – zamknięcie (z braku pieniędzy na wypłaty) wielu urzędów i instytucji państwowych. Spiker Izby blokował budżet, bo żądał od Clintona daleko idących cięć świadczeń społecznych i podatków, a to wszystko pod ukochanym hasłem neoliberałów – „zrównoważonego budżetu”. I choć sondaże sugerowały, że bezkompromisowość Gingricha nie wyszła republikanom na dobre, to gruntownie zmieniła Partię Republikańską.

Narodził się trumpizm, czyli konwencja, która przejdzie do historii

Choć słowa Limbaugha o tym, że trzyma kciuki za porażkę prezydentury Obamy, mogły być szokujące – jakże odmienne od słynnego listu Busha seniora do Billa Clintona – to wyrażały one zasadę, której Limbaugh i GOP hołdowały: demokraci to wrogowie, z którymi się nie dyskutuje. Głosowanie w sprawie Obamacare przebiegło według podziału partyjnego – ani jeden republikanin nie głosował za.

Kiedy w 2016 roku o nominację, a potem o fotel prezydencki ubiegał się człowiek, który otwarcie celebrował swoje uprzywilejowanie, kpił z przegrywów, a swoich oponentów oskarżał o zdradę i upokarzał, to jego język i zachowanie trafiły już na bardzo dobrze przygotowany grunt, i to pomimo oporów partyjnego establishmentu (który, podkreślmy to wyraźnie, nie opierał się zbyt długo).

Odszedł wódz, zostało plemię

Dzisiejsza Partia Republikańska jest partią zbudowaną przez Rusha Limbaugha. Nie powinno dziwić zatem, że w lutym zeszłego otrzymał od Donalda Trumpa prezydencki Medal Wolności. To najwyższe cywilne odznaczenie w USA wręczano w przeszłości dość uznaniowo i nierówno – Ronald Reagan wręczył je na przykład Matce Teresie, George Bush senior przyznał je Margaret Thatcher, a Barack Obama – pośmiertnie Janowi Karskiemu. Rzadko jednak zdarzało się, że medal otrzymywały osoby aż tak kontrowersyjne. Nie powinno też dziwić, że z powodu śmierci Limbaugha na Florydzie na polecenie gubernatora Rona DeSantisa opuszczono flagi do połowy masztu, a o podobne honory, ale na skalę całego kraju, zaapelowała do prezydenta Joe Bidena Lauren Boebert, członkini Izby Reprezentantów z Florydy.

Rush Limbaugh stworzył nową polityczną tożsamość republikanów, której częścią jest przekonanie, że Stany Zjednoczone należą się republikanom – i jeśli nie będą do nich należeć, to nie będą już Stanami. Kiedy 6 stycznia podburzony przez Trumpa tłum wdarł się na Kapitol z zamiarem zmiany wyniku wyborów, Limbaugh w jednym monologu wyjaśnił, że do żadnych aktów przemocy nie doszło, a zarazem były one w pełni usprawiedliwione. Sprzeczność? Oczywiście. Podobnie jak to, że łykający oksykodon jak dziecko landrynki Rush chciał wsadzać „ćpunów” do więzienia, a regularnie zdradzający swoje żony Trump poucza ludzi o Jezusie. Ale to, że republikanie potrafią z taką sprzecznością żyć, jest również jego zasługą.

Szaman, owszem, był zabawny, ale szturm na Kapitol to nie groteska

1 marca, podczas dorocznej, największej w kraju konferencji konserwatywnych działaczy i polityków z całych Stanów, Donald Trump zapowiedział, że jego polityczna podróż się nie skończyła. W znanym sobie stylu obrażał Bidena i tych nielicznych członków Partii Republikańskiej, którzy odcięli się od niego po wydarzeniach z 6 stycznia. Wezwał też republikanów na poziomie stanowym, by „zreformowali” prawo wyborcze, w tym zaostrzyli regulacje dowodów tożsamości akceptowanych podczas wyborów – w praktyce utrudnienia oddawania głosu mniejszościom przeważnie głosującym na demokratów. Podczas konferencji członek Izby Reprezentantów Jim Jordan stwierdził, że Trump jest liderem ruchu konserwatywnego i Partii Republikańskiej, i – ma nadzieję – 20 stycznia 2025 roku po raz drugi złoży prezydencką przysięgę.

Wszystko to obecnie jest standardową śpiewką republikanów. Ale fakt, że dwukrotny impeachment, podjudzanie do przemocy i zamienienie najwyższego urzędu w państwie w źródło prywatnego dochodu nie złamały Trumpowi kariery to zasługa Limbaugha.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Jan Smoleński
Jan Smoleński
Politolog, członek zespołu Krytyki Politycznej
Politolog, pisze doktorat z nauk politycznych na nowojorskiej New School for Social Research. Absolwent Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Środkowoeuropejskim w Budapeszcie. Stypendysta Fulbrighta. Autor książki „Odczarowanie. Z artystami o narkotykach rozmawia Jan Smoleński”. Członek Zespołu Krytyki Politycznej.
Zamknij