Świat

Historyczny impeachment Trumpa przegłosowany. „Podżegał do obalenia władzy”

Zarzut jest jeden i konkretny: podżeganie do buntu przeciwko legalnie wybranej władzy. Ale jak głosi chętnie odgrzewany żart na amerykańskiej lewicy, w USA nie da się obalić władzy siłą, a to ze względu na to, że w USA niestety nie ma amerykańskiej ambasady. Korespondencja Agaty Popędy.

Donald Trump jest pierwszym prezydentem w historii Stanów Zjednoczonych, którego niższa izba Kongresu, Izba Reprezentantów, zdecydowała się dwukrotnie usunąć z urzędu.

W środę 13 stycznia posłowie przyjęli taki wniosek stosunkiem głosów 232 do 197. Za impeachmentem głosowali wszyscy demokraci i tylko dziesięciu republikanów, w tym republikanka Liz Cheney, córka byłego wiceprezydenta w administracji George’a W. Busha, Dicka Cheneya.

Trump opuści Biały Dom już za tydzień – inauguracja demokraty Joe Bidena odbędzie się w środę 20 stycznia. Jednak demokraci w amerykańskim Kongresie uznali, że nawet tydzień to za długo. Końcowy rezultat całej akcji będzie pewnie podobny do zeszłorocznego – w obecnej kadencji impeachment nie znajdzie wystarczająco wielu głosów poparcia w Senacie.

Z drugiej strony, do zerwania Partii Republikańskiej z Trumpem kiedyś w końcu musi dojść. Tym razem podobno nawet senator Mitch McConnell z Kentucky, przywódca republikanów i lider (teraz już) republikańskiej mniejszości w Kongresie, po cichu kibicuje demokratom.

Wyrzućcie Trumpa z urzędu, natychmiast i dożywotnio!

Jak głosi chętnie odgrzewany żart na amerykańskiej lewicy, w USA nie da się obalić władzy siłą, a to ze względu na tę prostą, czysto logistyczną przeszkodę, że w USA niestety nie ma amerykańskiej ambasady.

Jest za to amerykański antybohater Trump, który dzieli ze swoimi „wiernymi” poczucie, że Ameryka to gra wideo, w której prawdziwi patrioci mają po trzy życia, a wygrywa ten, kto chce wygrać najbardziej i krzyczy najgłośniej.

Nieudany szturm na waszyngtoński Kapitol, który miał miejsce 6 stycznia, z pewnością zapisze się wyjątkową kartą w dziejach amerykańskiego narodu. Podczas gdy Kongres obradował i zatwierdzał głosy, które w listopadzie oddały prezydenturę demokratom, prezydent Trump, gasnący pomarańczowy Król Słońce, wyszedł przed Biały Dom i po raz setny powtórzył, że wybory zostały „ukradzione”, a jeśli ludziom zależy na Ameryce, to mają walczyć jak nigdy w życiu i nie okazywać słabości.

Zagrzany lud, wezwany na tę okoliczność z całego kraju, w czerwonych czapkach Make America Great Again i tanich moro sprzedawanych na stacjach benzynowych, ruszył na wzgórze kapitolińskie, gdzie kongresmenki i kongresmeni zostali zmuszeni przerwać obrady i się pochować.

Szaman, owszem, był zabawny, ale szturm na Kapitol to nie groteska

Oczywiście, nie każdy republikanin gotuje się na zapowiadaną w mediach społecznościowych drugą wojnę domową albo drugą amerykańską rewolucję. Jakaś połowa republikańskich wyborców faktycznie uważa jednak, ufając prezydentowi Trumpowi, że demokraci majstrowali przy wyborach.

Do tego należy podkreślić, że policja kapitolińska, której zadaniem jest bronić Kongresu, kompletnie dała ciała – i to głównie dlatego, że policja i wojsko w Stanach w dużej mierze sympatyzuje z Trumpem. (Tu pozwolę sobie na wątek osobisty: w 2016 roku sama zerwałam z oficerem kapitolińskiej policji właśnie ze względu na jego radykalne prawicowe poglądy, gloryfikację przemocy, homofobię i mizoginię).

Stąd kryzys, przez który ta jednostka (w sile 2200 policjantów) teraz przechodzi – rezygnacje, zwolnienia, a nawet samobójstwo – nie dziwi mnie wcale. Jeden funkcjonariusz w czasie ataku na Kapitol strzelił sobie selfie z „powstańcami”, inny urzędował w czapce Trumpa. Przypomnijmy, że wydarzenia z 6 stycznia mogą powtórzyć się za kilka dni, gdy nowa administracja faktycznie przejmie władzę. Waszyngton jest w tej chwili uzbrojony po zęby i czeka.

Jeśli chodzi o tych Amerykanów, którzy pojechali tam 6 stycznia – były ich tysiące. Na spotkaniu republikanów w północnozachodniej Arizonie 4 stycznia słyszałam, jak dyrektor jednego z okręgowych komitetów opowiada, że się pakuje i że będzie rozróba, bo w Waszyngtonie zjawi się Antifa.

Ikona puczu, półnagi idiota w futrzanej czapie z rogami też przyjechał oczywiście z Arizony – jakżeby inaczej. W Phoenix, stolicy Arizony, rogacz był znany jako Szaman QAnonu – nowej amerykańskiej religii, według której prezydent Trump poluje na pedofilów (od Clintonów po Obamę) i zostawia swoim wyznawcom tajemne znaki.

Zamieszki na Kapitolu przyniosły cztery ofiary śmiertelne i kilkadziesiąt aresztowań. Fot. Blink O’fanaye/flickr.com, CC BY-NC 2.0

Po ataku na Kapitol aresztowano już 80 osób i otwarto 170 spraw, które mogą się skończyć aresztowaniem. W trakcie zamieszek doszło do licznych aktów wandalizmu. Pięć osób nie żyje, w tym jeden policjant. Ponad 60 funkcjonariuszy policji kapitolińskiej zostało rannych; 15 wylądowało w szpitalu. Nasz szaman, Jake Angeli, lat 33, będzie sądzony za rozmaite naruszenia związane z bezprawnym wtargnięciem do budynku. Na razie grozi mu rok więzienia; gdyby się okazało, że miał broń – kara może wzrosnąć do 10 lat pozbawienia wolności.

Można pytać, w jaki sposób impeachment ma się dokonać tak szybko, czy to w ogóle możliwe i jaki ma to sens.

Sens to rzeczywiście ma, bo gdyby Senat dołączył do Izby Reprezentantów, Trump już nigdy nie mógłby ubiegać się o żaden urząd. To kusząca perspektywa nie tylko dla demokratów, ale i dla wielu graczy w Partii Republikańskiej, którzy chcieliby bezboleśnie przejąć wyborców Trumpa i zapomnieć o latach 2016–2020 tak szybko, jak tylko się da.

Jak Ojcowie Założyciele napisali w konstytucji (artykuł I, ustęp 3) – pełny impeachment po procesie w Senacie pozbawia prezydenta przywileju piastowania jakiegokolwiek urzędu związanego z „zaszczytem, zaufaniem lub przychodem”. I nie wyklucza postępowania karnego, gdy prezydent stanie się na powrót zwykłym obywatelem.

Wniosek o impeachment Trumpa błyskawicznie napisali oblężeni i zabarykadowani na Kapitolu demokratyczni posłowie (David Cicilline, Ted Lieu i Al Green), którzy natychmiast zanieśli go do przywódczyni demokratów i liderki większości demokratycznej w Izbie – Nancy Pelosi. Tym razem zarzut jest jeden i konkretny – podżeganie do buntu przeciwko legalnie wybranej władzy.

Pelosi oznajmiła, że większość posłów z jej partii domaga się impeachmentu, najpierw jednak dała republikanom szansę. Zadzwoniła do wiceprezydenta Mike’a Pence’a i zażądała, aby uruchomił niesławną 25. poprawkę do konstytucji, która stanowi, że gdy prezydent nie jest w stanie wykonywać swoich obowiązków, wiceprezydent powinien go zastąpić. To byłby kolejny „pierwszy raz” w amerykańskiej historii.

Jednak Mike Pence, być może po raz ostatni w karierze, wziął prezydenta Trumpa w obronę, chociaż źródła donoszą, że sam jest nieźle wkurwiony na Trumpa. Ten publicznie domagał się od niego, by „zrobił to, co należy”, i odmówił uznania wyniku „sfałszowanych” wyborów. Pelosi podobno wisiała na linii wiceprezydenta ponad 20 minut, zanim jej w końcu powiedziano, że Pence nie podejdzie do telefonu.

Kilka słów prawdy o hordach Trumpa

A więc – impeachment. Sytuacja polityczna w Waszyngtonie zmienia się z godziny na godzinę i trudno powiedzieć, jak stosunki republikanów z Trumpem będą wyglądać za tydzień. Albo czy w ogóle Waszyngton będzie jeszcze za tydzień stał.

Jeśli będzie stał – wszystko zależy od składu Senatu i od tego, jak dużo uwagi Biden zechce poświęcić na rozliczenia z Trumpem w pierwszych 100 dniach swojej administracji.

***

Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Agata Popęda
Korespondentka Krytyki Politycznej w USA
Dziennikarka i kulturoznawczyni, korespondentka Krytyki Politycznej w Waszyngtonie.
Zamknij