Świat

Pułapki na dobrych ludzi

Mieszkam od 14 lat w Berlinie. Jestem nauczycielką niemieckiego w klasie dla uciekinierów i migrantów.

Rzadko w Polsce toczą się debaty dotykające współczesnych problemów świata. Polskie media żyją tematami lokalnymi, wojnami w Sejmie czy kolejnymi nierzadko zdumiewającymi posunięciami polskiego rządu. Świat interesuje nas tylko jako echo polskich problemów. Co inni o nas pomyślą? Co kto o nas napisał, co powiedział, czym się znowu ośmieszyliśmy?

Jedni dziennikarze bardzo się wstydzą, a inni uważają, że nareszcie wstają z kolan, gdy w rzeczywistości leżą na macie. Jedne media piszą, by przyjmować uchodźców, a drugie by ich za żadna cenę nie wpuszczać. Najbardziej zagrożenia terroryzmem boją się polscy rolnicy (aż 60% z nich boi się uchodźców i zamachów terrorystycznych). Muszę powiedzieć, że długo byłam intelektualnie bezbronna w obliczu tego faktu.

60% rolników obawia się Jana Pawła II

Czytam o tym wszystkim najczęściej miedzy szóstą a siódmą rano, to mój poranny przegląd prasy. Mieszkam od 14 lat w Berlinie – w mieście, w którym z 3,6 mln ogółu mieszkańców 658 tysięcy ma obywatelstwo innego państwa i aż 1,123 mln ludzi ma pochodzenie migracyjne (w samym Berlinie mieszka więcej cudzoziemców niż w całej Polsce – ok. 250 tys.). Co piąty berlińczyk legitymuje się innym niż niemieckim paszportem, w tym również i ja. Po 7 rano wychodzę do pracy. Jestem nauczycielką niemieckiego w klasie dla uciekinierów i migrantów. Praca nauczyciela w Niemczech, inaczej niż w Polsce, jest cenionym i dobrze opłacanym zawodem, chronionym przez mocne związki zawodowe i skomplikowane procedury dostępu do zawodu.

Drugi rok uczę dzieci, które przybyły do Europy w 2015 i 2016 roku. Wcześniej przez dziesięć lat uczyłam dorosłych migrantów i uciekinierów. Znam ludzi z całego świata, z każdego kontynentu. Znam setki historii ucieczki lub emigracji, setki motywów, jakimi się ci ludzie kierowali, jak dotarli do Europy i wiem, jak wygląda ich życie na co dzień w tej wymarzonej krainie, która zawsze okazała się inna, niż myśleli. Można się nieźle poznać, spędzając ze sobą przez cały rok codziennie po 6 godzin.

Miewałam grupy z czterema Mohammedami, dwoma Abdullahami, Abdulrahmanem, Hasanem, Fatimami i Hatice z Turcji; panem Wojtkiem budowlańcem z Opola; Polakiem w potrzebie, który nigdy nie oddał mi pożyczonych 100 euro; uzdrowicielem z Ukrainy, który był z zawodu inżynierem w kołchozie i przy windzie nakładał mi ręce na głowę, lekarstwo na ból życia w mieście; niemieckim Rosjaninem nielubiącym Niemiec; Libańczykiem marzącym, by mieszkać w najbardziej niemieckiej dzielnicy, byle jak najdalej od innych Arabów; Polakami urodzonymi w kazachskim łagrze; Turczynką marzącą o pracy w niemieckiej firmie; panią Beatą sprzątającą pokoje w hotelu; polską studentką zakochaną w Niemcu; Rosjaninem, który w czasach NRD stacjonował tutaj jako radziecki żołnierz, chwalącym radziecki porządek świata; blond Australijczykiem o libańskich korzeniach mieszającym drinki w berlińskich barach; Kamerunką z problemem agresji, która o mały włos mnie nie pobiła; olbrzymem z Sierra Leone, który był kiedyś dzieckiem-żołnierzem i robił, jak mówił, „straszne rzeczy”, a na zajęciach był niezwykle spokojnym i uczynnym kolegą.

Pamiętam wesołego Josepha z Ghany, który szukał na szybko niemieckiej dziewczyny, by mieć z nią dziecko i nie zostać deportowanym; piękną Wietnamkę, która uciekła w latach 70. przed prześladowaniami; kobietę z Czeczenii nienawidzącą Rosjan; informatyków z Białorusi i Ukrainy; Francuza, którego zdjęcie było symbolem upadku muru berlińskiego; Anglika o polskim nazwisku, którego ojciec był lotnikiem RAF w czasie wojny, z którym przyjaźnię się do dziś i rudego Południowoafrykańczyka, który nic z tego nie rozumiał i namawiał Mohammeda na piwo, mówiąc mu, że Bóg wieczorem śpi i nic nie widzi.

4 pytania na temat migracji, na które warto znać odpowiedź

Różnie się ułożyły ich losy. Szczęśliwy Joseph przyszedł się pochwalić, że urodził mu się w Niemczech syn. Niektórzy chodzili pierwszy raz w życiu do szkoły i wreszcie opanowali sztukę pisania i czytania, nie w swoim ojczystym języku, ale po niemiecku. „Lepiej pisać po niemiecku niż wcale” – powiedział mi jeden Libańczyk, którego po latach spotkałam w metrze. Inni udawali, że się nigdy nie spotkaliśmy i nigdy nie przeżywali katuszy stawiania pierwszych liter w łacińskim alfabecie.

Pamiętam polskiego młodocianego przestępcę, który pokazywał mi z dumą papier zwalniający go z wiezienia za dobre sprawowanie i na każdej przerwie czytał książki. Ten wygolony chłopak pomagał Syryjczykom zrozumieć niemiecką gramatykę, bo miał trochę więcej lekcji w więzieniu. Był lubiany, choć nikt w grupie nie podzielał jego pasji literackiej. Pamiętam nauczycielkę muzyki z Azerbejdżanu, która zadała mi pytanie: „Nauczycielko, a Stalin to był dobry czy zły?”. Odpowiedziałam, że zły. Pamiętam kobietę z Tajlandii, która została przywieziona do Niemiec jako nowa żona i wstydziła się swojego starego męża, który codziennie ją odbierał z zajęć, bo był dowodem na to, czym zajmowała się wcześniej. Pamiętam wspaniałą kobietę z Brazylii, która przynosiła nam co chwilę jakieś wypieki, gotowała dla bardzo bogatej rodziny, a czasem też i dla nas. Chłopaka z Nigerii, który nie wierzył, że Niemcy przegrały II wojnę światową i groził mi, że sprawdzi to w internecie, bo ja jestem tylko niedouczoną Polką. Potem oglądaliśmy film o zniszczeniu Berlina w 1945 roku i co chwila wykrzykiwał: „Nie wierzę!”. Uwielbiał Niemcy, uważał, że to najlepszy kraj na świecie. Tak samo uważało wielu Palestyńczyków, którzy najczęściej wychodzili na zajęciach o Holocauście, bądź komentowali to mówiąc, „Dobrze Niemcy zrobili” czym doprowadzali mnie do ataków nieposkromionej furii.

Historie uchodźczyń

czytaj także

Historie uchodźczyń

Amnesty International

Ludzie z czarnej Afryki mówili, że na starość wracają do siebie, nie będą mogli żyć tutaj w Europie już za starzy na wykonywanie ciężkiej fizycznej pracy. Składali pieniądze, budowali tam domy, w których mieszkała liczna rodzina. „Widziałaś jakichś starych czarnych tutaj w mieście?” – pytali. Nie, faktycznie rzadko. „Chcemy umierać wśród swoich”. Życzę im by w tych wymarzonych domach czekał na nich choć jeden wolny pokój.

Pamiętam Polaka, który podszedł do mnie i po polsku powiedział, że nie chce siedzieć koło Araba. Poprosiłam, by poszukał sobie innego miejsca albo innej grupy, bo to jest kurs dla dorosłych, a ja nie jestem od wyznaczania, kto z kim ma siedzieć. Nauczyłam się nigdy nie wdawać w dyskusje na takie tematy. Nie przesiadł się, na każdej przerwie palili wspólne papierosy, przywiezione oczywiście z Polski. Nie wiem, o czym rozmawiali, ale rozmawiali non stop. Podobne problemy mieli także Turcy, którzy nie chcieli siedzieć koło czarnych z Afryki. Jedna pani przeżyła szok, gdy się okazało, że czarny chłopak obok niej to lekarz z USA, była potem dla niego niezwykle miła. Pamiętam Irakijczyka, który był wojskowym i walczył po amerykańskiej stronie. Nie był zadowolony ze swojej bieżącej sytuacji. Kolejny chłopak miał na imię Lenin i powyżej dziurek w nosie kpin ze swojego imienia, był kardiochirurgiem z Ameryki Środkowej, robił pyszną sałatkę z awokado. Mam nadzieję, że zdał wszystkie egzaminy i pracuje w swoim zawodzie, był zdeterminowany tak jak i jego śliczna niemiecka żona, także lekarka.

Patrick Kingsley: Migracji nie da się powstrzymać

Pamiętam wspaniałego Syryjczyka z Warszawy, który po latach pracy w Polsce wrócił do siebie nad Morze Śródziemne, a teraz z powodu wojny musiał po raz kolejny zaczynać życie od nowa. Na zajęciach siedział z Polakami, robił notatki po polsku i na pierwszy rzut oka było widać, że to nasz człowiek. Tak też był przez wszystkich nazywany: Ahmed Polak. Dobrze pamiętam też Palestyńczyka o imieniu Issa, czyli Jezus, który pięknie mówił po polsku, mieszkał u nas wiele lat i tak jak i jego polscy sąsiedzi przyjechał po lepszy zarobek. Bardzo szybko znalazł pracę i przyszedł się ze mną miło pożegnać, bardzo lubił Polskę, miał polskie obywatelstwo, polską żonę i polskie dzieci.

Gdy ktoś mnie w Polsce pyta, co sądzę o migrantach, to właśnie tak zaczynam opowiadać. Mój rozmówca zazwyczaj jest niezadowolony: „Nie mówisz konkretów! Nie mówisz, jacy oni są! Co to znaczy, że różni? Czy ty w ogóle znasz muzułmanów?”. Tak, trzy czwarte tych wymienionych to wyznawcy islamu.

Niektórzy z nich są przekonani, że to najlepsza religia na świecie, jedyna prawdziwa. Oni najczęściej są ponurzy i wyniośli. Znają przecież prawdę i pogardzają tymi, co tego przywileju nie dostąpili. Najbardziej gardzą innymi muzułmanami, tymi, którzy nie wierzą wystarczająco mocno i co najważniejsze prawidłowo! Dokładnie tak samo jak polscy narodowi katolicy – pogardzający resztą, obrzucający wyzwiskami ludzi innych poglądów czy innego stylu życia. Ten model zachowania jest naprawdę uniwersalny niezależnie od religii czy wyznania, rozpoznawalny natychmiast dla każdego wprawnego oka.

Norwegia nie istnieje. Slavoj Žižek o uchodźcach

Inni podchodzą i mówią mi w zaufaniu: „Ja czasem wypiję rakiję lub piwo, nie myślę dużo o Bogu”, kolejni mówią, że nienawidzą innych muzułmanów, bo ci ich cały czas szpiegują, a oni chcą być wolni, tak jak my w Europie. Kobieta bez chustki na głowie może mieć radykalne poglądy, a ta zasłonięta prawie w całości, za wyjątkiem małego trójkąta na twarz, może być wolna w myśleniu, a ubierać się tak tylko, żeby rodzina dała jej święty spokój.

Nauczyłam się, że należy uważać na osoby, których boją się ich własni rodacy. Młody Syryjczyk z mojej grupy budził powszechny lęk. Przystojny, błyskotliwy, uczył się fenomenalnie, a nie był lubiany, unikano go, chwalił się uczestnictwem w wojnie. Nie bał się nikogo i niczego, a już najmniej niemieckich urzędników. Imponowało mu, że dziewczyny z Syrii spuszczają głowy na jego widok. Gdy na moich zajęciach zaczął wygłaszać opinie, że najgorsze w Europie są kobiety, a na moje pytanie dlaczego tak uważa, krzyknął „Nie muszę ci odpowiadać!”, miałam szczerze dość. Był to chłopak z ekipy „jesień 2015”. W tej samej grupie Muhammad nie reagował na imię Muhammad, chłopak z Aleppo nie chciał słownika arabsko- niemieckiego, bo nie znał arabskiego, a gdy dołączyli do nas dwaj studenci z Aleppo, zaczął mówić, że pochodzi z innej miejscowości. Pan na oko po czterdziestce był w dzienniku dwudziestodwuletnim młodzieńcem, dziewczyna zarejestrowana jako osoba z wyższym wykształceniem nie umiała pisać i nie rozumiała słowa „uniwersytet”… I tak dalej, i tak dalej.

Jaka jest prawda o uciekinierach? Czy jest możliwa jakakolwiek jedna prawda o milionie ludzi zdeterminowanych, by zostać w Europie? Czy Niemcy wpuszczając do kraju morze ludzi bez dokumentów, wiedzieli, jakie to ryzyko i jakie będą polityczne koszty tego eksperymentu przewagi moralności nad prawem? Czy można mieć komuś za złe, że podaje się za Syryjczyka, jeśli tylko Syryjczycy dostają azyl? Czy będąc kobietą z Iraku, podałabym się za kobietę z Aleppo? Pewnie tak, gdybym za nic w świecie nie chciała wrócić do Iraku. Czy mam prawo czuć się lepsza tylko dlatego, że urodziłam się w Europie? Czy Polacy podający się w latach 80. za prześladowanych przez komunę, a w rzeczywistości pragnący poprawić swój byt ekonomiczny, byli lepsi od tej dzisiejszej biedoty? Czy Niemcy witający te dzieci jesienią 2015 roku kwiatami i misiami na dworcach interesują się, co się z nimi po prawie dwóch latach dzieje, czy to już tylko kwestia systemu opieki państwowej? Kto poczuł się lepiej – darujący czy obdarowany?

Kogo obchodzi los dziesięcioletniej dziewczynki, która nie widziała mamy cztery lata i długo nie zobaczy, bo dostała wizę krótkoterminową, a mama mogłaby przyjechać tylko wówczas, gdyby dziewczynka dostała trzyletnią, a takiej nie dostanie właśnie dlatego, by mama nie mogła przyjechać, a politycy nie musieli się tłumaczyć z kolejnych ludzi napływających do kraju z powodu łączenia rodzin. Kogo obchodzi los afgańskiego chłopca, który urodził się w Iranie, chodził do szkoły w Turcji, przyszedł na piechotę do Niemiec, trafił do Finlandii, chodził tam do szkoły, z której go deportowano znowu do Niemiec, bo tutaj złożył odciski palców, a teraz czeka na kolejna deportację do nieznanego sobie kraju, kraju, w którym nigdy nie był, czyli do Afganistanu.

Pewien chłopiec zapytał mnie, czy wierzę w Allaha, odpowiedziałam, że nie. Rozpłakał się i powiedział, że pójdę do piekła, a on mnie lubi i nie chce, bym tam trafiła. Powiedziałam mu, że my chrześcijanie mamy drugie niebo i ja tam będę. Ucieszył się. „Powiem tacie” – dodał. Co mają w głowie rodzice tego dziecka, żyjący za niemieckie pieniądze i opowiadający dzieciom takie rzeczy? Tak, znam teorie, że te pieniądze są od Allaha albo że Arabia Saudyjska potajemnie płaci Niemcom za każdego muzułmanina – słyszałam to nie raz. Często zastanawiam się czy uda nam się dojść do ładu, tak byśmy się nie zaczęli zabijać.

Wygnani do raju? Skąd się biorą uchodźcy u bram UE

Widzę, jak po roku osoba, która zaczynała zajęcia jako wycofana bądź agresywna, staje się otwarta, bo zaczęła rozumieć, jak funkcjonuje świat wokół niej. Poznała innych Europejczyków, zjedli coś razem, wypili herbatę, kobiety poskarżyły się na mężów lub dzieci, panowie wypalili niejednego papierosa i nagle ten obcy świat stał się bardziej zrozumiały i mniej groźny. Niektórzy zrozumieli, że kobieta nosząca bluzkę z dekoltem i mini to nie kobieta upadła, ale sympatyczna, pomocna mama dwójki dzieci. Inni zaczęli rozumieć sprzedawców w sklepach i przestali się bać wychodzić z domu.

Pamiętam Fatimę, która odkryła, że jej mąż czatuje z dziewczynami i udaje 26 latka. Zostawiał konwersacje na ekranie komputera. Śmiała się z tego i mówiła, że w rzeczywistości to stary, głupi dziad i alkoholik. Była dumna, że zrozumiała tekst, samodzielnie go przeczytała i tym samym dostała możliwość odegrania się. A była dziewczyną przywiezioną z Turcji w wieku 16 lat, analfabetką, przez wiele lat teściowa nie pozwalała jej opuszczać mieszkania. Fatima gotowała i sprzątała dla ich licznej rodziny. Nie znała nazwy ulicy, przy której mieszkała. Dopiero jak teściowa zmarła, moja Fatima zaczęła chodzić na zakupy, najpierw z synem, potem z turecką sąsiadką a na koniec sama, gdyż mąż wymagał dostaw alkoholu i zezwolił jej na opuszczanie domu. Dzięki temu kupiła sobie pierwsze nowe ubranie. W wieku 40 lat postanowiła już nie nosić chustki i nie wstydzić się tego, że jest alewitką. Nie lubiła Turcji i nie chciała tam jeździć, pokazywała mi na zdjęciach niedokończony dom, który jej mąż zaczął tam budować dwadzieścia lat temu. Dom na olbrzymią wielopokoleniową rodzinę. Z tych planów zostali: mąż pijak, bezrobotny syn, który nie mógł znaleźć dziewczyny, bo wszystkimi gardził, i drugi syn z niemiecką rodziną. Przynosiła mi w poniedziałki ciasto cytrynowe, była jedną z najbardziej pogodnych osób na kursie, szczęśliwą, że robi coś dla siebie. Mąż musiał się z tym pogodzić, bo inaczej nie mogłaby dostawać zasiłku, nie muszę dodawać, że zabierał jej wszystkie pieniądze. Po 26 latach życia w Berlinie pierwszy raz była ze mną zobaczyć Bramę Brandenburską. Takich osób nieznających w ogóle miasta, w którym latami żyły, było po kilka w każdej grupie. W Berlinie są ulice i kwartały, gdzie znajomość niemieckiego do niczego nie jest potrzebna. I tak w 2015 roku do tej starej emigracji dołączyła nowa. Stara emigracja nie lubi tych nowych: „My nie dostaliśmy nic na początek, a ci mają wszystko! Słyszała pani, jakie oni pieniądze, jakie mieszkania dostają?”.

Reporter i radioaktywny artysta, czyli wolność słowa w społeczeństwie wielokulturowym

Ta fala, która doszła do Europy w 2015 roku, była pierwszą, ale na pewno nie ostatnią. Afryka jest przeludniona. Bliski Wschód, Afganistan też nie staną się bardziej bezpieczne. Wszystko to kraje pełne młodych ludzi bez perspektyw zawodowych, ale za to z dostępem do internetu i telewizji, gdzie oglądają nasz piękny, dostatni, kolorowy świat.

Co robimy w Polsce by przygotować się na fale migracyjne, bo przecież nie wszyscy wierzą, że otoczymy się murem i nikt do nas nie przeniknie. Czy wiemy, ilu mamy w kraju ludzi mówiących po arabsku, w farsi i znających języki afrykańskie? Czy szanujemy naszych obecnie tutaj żyjących cudzoziemców bądź Polaków urodzonych w Libii, Tunezji czy Sudanie? To oni mogą zostać ekspertami pomagającymi nam ogarnąć nowe wyzwanie, tłumaczami, pracownikami socjalnymi, asystentami, kierownikami projektów. Czy Polacy zdają sobie sprawę, że świat nie jest ani wyłącznie biały, ani katolicki? Czy komuś przyszło do głowy tworzenie już teraz takich zespołów doradczych? Sadzę, że nic się takiego nie dzieje. Padają tylko słowa i buńczuczne deklaracje obrony Wiednia przed Turkami. Kpiny z rozumu.

Uchodźcy w Polsce: Zapraszamy państwa… do lasu

Polska prawica jest nie tylko zaczadzona, podobnie jak radykalni muzułmanie, chorą wersją religii, ale też i bezdennie aintelektualna – te obie grupy więcej łączy, niż dzieli. Migracje odbywały się zawsze i zawsze biedni szli tam, gdzie myśleli, że będą mieli większe szanse na lepsze życie dla swoich dzieci. Ten zwrot, że to wszystko robimy nie dla siebie, ale dla dzieci niezwykle często słyszę zarówno od Polaków, jak i od Turków. Jesteśmy kulturowo bardzo podobni, nawet kobiety przy stole podobnie wszystkim usługują, gdy tymczasem niemieckie koleżanki piją kawę i prowadzą ciekawe rozmowy.

Za parę lat dzieci z mojej klasy będą już dorosłe i w większości nie będą miały żadnego wykształcenia. Przybyły do Niemiec w wieku 11–12 lat, a to za późno, by nadrobić braki z matematyki, biologii, fizyki, angielskiego, historii i literatury. Nie będą mieć świadectwa ukończenia szkoły podstawowej, nie będą mogły pójść do szkoły średniej, nie będą mogły uczyć się zawodu razem z niemieckimi rówieśnikami. Większość skończy przygodę z edukacją w wieku około 16 lat na jakichś kursach. Będą znać niemiecki i mieć dwie ręce do kiepsko płatnej pracy. Czy będą mimo to szczęśliwe, czy ktoś się zradykalizuje z rozczarowania? Nie wiem. Nie wiem także, czy niemiecki nastolatek będzie szczęśliwy w swoim kraju. Nie wiem, gdzie będę ja.

Czy pomogłabym tym osobom, które poznałam przez te lata? Tak. Czy Europa może przegrać? Może. Co wtedy zrobią Niemcy i Francuzi? Zaadaptują się do nowej sytuacji i ograniczą straty. Co zrobią Polacy? Przegrane powstanie w obronie religii, której wersja nikogo na świecie już od lat nie interesuje? Statek wypłynął już z portu, jest przepełniony.

Migracje to kod DNA naszej kultury

__
Ten artykuł nie powstałby, gdyby nie wsparcie naszych darczyńców. Dołącz do nich i pomóż nam publikować więcej tekstów, które lubisz czytać

Zamknij