Świat

Prasa uczy się na błędach

Władze rodzących się demokracji często przekonują, że państwo musi ograniczać swobodę dziennikarzy, dopóki nie będą wykonywać swojej pracy odpowiedzialnie. Jednak zamiast przyspieszać rozwój wiarygodnej wolnej prasy, to podejście ją dławi.

Podczas mojej wizyty w Etiopii w latach 90. spotkałem się z premierem Melesem Zenawim, chcąc przekonać go, by zaprzestał aresztowania dziennikarzy. Od kiedy kilka lat wcześniej bojownicy Melesa obalili represyjną dyktaturę wspieraną przez Sowietów, jak grzyby po deszczu rosły żywiołowe i czasem zupełnie niewierne prawdzie pisemka, z których wiele atakowało nowego premiera. Meles wypowiedział im wojnę, ustanawiając prawa kryminalizujące to, co uznawał za „obelgi” wobec rządu, oraz nakładając na dziennikarzy grzywny i kary pozbawienia wolności za niezgodne z prawdą doniesienia. Etiopia szybko trafiła na wysokie miejsce w światowych statystykach aresztowań dziennikarzy.


Dziś stanowisko premiera zajmuje reformator Abiy Ahmed. Mimo że rządzi zaledwie od roku, Etiopia tak daleko zaszła w uwalnianiu dziennikarzy z więzień i wycofywaniu się z represji wobec prasy, że została gospodarzem Światowego Dnia Wolności Prasy.

Na prawdziwe powody do radości trzeba jednak jeszcze poczekać. Niektóre z uwolnionych tytułów prasowych czasem drukują historie wyssane z palca, podjudzają etniczną i plemienną wrogość oraz bezpardonowo krytykują Abiya. Ponieważ w przyszłym roku mają się odbyć pierwsze od piętnastu lat wolne wybory, Abiy znalazł się w podobnej sytuacji co Meles i rozważa przywrócenie wcześniej zniesionych obostrzeń wobec prasy.

Gorzki sukces globalizacji

czytaj także

Gorzki sukces globalizacji

Matthew, Andrew i Paul Caruana Galizia

Zanim tak postąpi, powinien długo i uważnie przyjrzeć się wojnie Melesa z prasą i wyciągnąć z niej naukę: dziennikarzom nie da się zamknąć ust, a próby ich kontrolowania na dłuższą metę nie prowadzą do niczego dobrego. Tak naprawdę jedynie opóźnia się w ten sposób rozwój bardziej profesjonalnych mediów.

Meles prosto uzasadniał działania swojej administracji. „Nasi dziennikarze nie są profesjonalistami, jak w Stanach Zjednoczonych i Europie Zachodniej – wyjaśniał mi. – Nie wiedzą, jak wiernie podawać wiadomości. Musimy narzucać im wytyczne, dopóki nie nauczą się wypełniać swoich zadań”. Gdyby Meles żył, pewnie uskarżałby się dzisiaj na „fałszywe newsy”.

Przez ponad trzy dekady walki o wolną prasę na całym świecie, jako jeden z pierwszych przewodniczących Komitetu Ochrony Dziennikarzy (Committee to Protect Journalists), wielokrotnie słyszałem podobne argumenty. Władze rodzących się demokracji często przekonują, że państwo musi ograniczać swobodę dziennikarzy, dopóki nie będą oni wykonywać swojej pracy odpowiedzialnie. Jednak zamiast przyspieszać rozwój wiarygodnej wolnej prasy, to podejście ją dławi.

Po spotkaniu z Melesem zacząłem poszukiwać historycznych dowodów na poparcie jego twierdzenia, jakoby niedostateczny profesjonalizm dziennikarzy uzasadniał represje wobec prasy. W ten sposób chciałem zbić jego argument przy naszej kolejnej rozmowie. Znalazłem jeden precedens u początków historii Stanów Zjednoczonych. Słowa Melesa niepokojąco przypominały argumenty wysunięte w XVIII wieku przez prezydenta USA Johna Adamsa i jego stronnictwo federalistów, którzy piętnowali wolną i żywiołową prasę rozpowszechniającą krytyczne opinie – zarówno te piszące prawdę, jak i nie – na temat polityków nowego państwa.

Rosyjscy dziennikarze w areszcie, bo zorganizowali spotkanie dla czytelników

Twierdząc, że nieskrępowana prasa zagraża przyszłości Ameryki, w 1798 roku Adams na pewien czas zamknął usta dziennikarzom, podpisując cztery ustawy znane jako Alien and Sedition Acts. Nowe przepisy zezwalały między innymi na aresztowanie i karanie grzywną dziennikarzy, którzy „piszą, drukują, głoszą bądź wydają jakiekolwiek fałszywe, skandalizujące i napastliwe opinie” przeciwko rządowi. Wkrótce za kratki trafiło dwudziestu redaktorów.

Jednak Partia Demokratyczno-Republikańska z Thomasem Jeffersonem na czele dała odpór federalistom zarówno w Kongresie, jak i w sądach. Na szczęście dla amerykańskich dziennikarzy w 1800 roku Jefferson został prezydentem. W dwa lata podpisane przez Adamsa przepisy albo wygasły, albo zostały uchylone. To otworzyło amerykańskiej prasie drogę do eksperymentów, tym samym pozwalając jej przez ponad dwieście lat rozwijać kulturę dogłębnego i wiarygodnego dziennikarstwa, w tym konsekwentnej weryfikacji faktów.

Dziennikarze są wolni, prasa jeszcze nie

czytaj także

Energicznej i wolnej prasy nie da się stworzyć na skróty. Potrzeba długiego cyklu prób i błędów, by wyłoniły się normy i instytucje zawodowego dziennikarstwa. Politycy muszą zaufać temu procesowi i uzbroić się w grubą skórę. Chociaż represyjne prawo prasowe może chwilowo zadziałać na korzyść władzy, w dalszej perspektywie opóźnia rozwój prasy w państwie.

Istnieją dane ilościowe, które potwierdzają tę prawidłowość. Kiedy w 1789 roku wybuchła rewolucja francuska, zniesiono ograniczenia wolności prasy. Cztery lata później we Francji ukazywało się już 400 tytułów gazet, w tym 150 w samym Paryżu. Do 1799 roku liczba ta wzrosła do 1300 w całym kraju. Było to 1300 ośrodków, w których aspirujący dziennikarze mogli się uczyć i doskonalić swoje rzemiosło.

Rewolucja przybrała jednak kierunek represyjny. Kiedy w 1799 roku władzę przejmował Napoleon, liczba gazet w Paryżu spadła już do zaledwie 72. Bonaparte wkrótce zmniejszył ją do trzynastu, a w 1811 roku – do czterech.

Po upadku Związku Radzieckiego w krajach byłego bloku wschodniego również nastąpił rozkwit mediów. Jednak część państw, które uzyskały niepodległość, odziedziczyła po ZSRR przekonanie, że media potrzebują „wytycznych” od władzy. Wiele ustanowiło prawa, które rzekomo miały zapewniać prasie wolność, a których w rzeczywistości używano do karania dziennikarzy za nieustępliwe, krytyczne publikacje. Kryminalizacją objęto zniesławienie. Na niezależne publikacje, nadawców i blogerów nałożono astronomiczne grzywny.

Chiny i Turcja – mistrzowie świata w więzieniu dziennikarzy – w ostatnich latach docisnęły imadło represji. W ubiegłym miesiącu Władimir Putin podpisał nowe przepisy zezwalające na karanie osób i mediów internetowych za rozpowszechnianie tzw. fałszywych newsów i informacji wyrażających „brak poszanowania” państwa.

Dlaczego zginął słowacki dziennikarz?

czytaj także

W tym samym kierunku próbuje iść prezydent Stanów Zjednoczonych Donald Trump. Nieustannie nazywa dziennikarzy „kłamcami” i „wrogami ludu”, co przypomina ulubioną inwektywę nazistów wobec mediów: Lügenpresse – łże-prasa.

Nawet w Unii Europejskiej do dziś więzi się dziennikarzy za zniesławienie i obrazę urzędników państwowych, jak podaje badanie International Press Institute z 2014 roku. „Znaczna większość państw UE utrzymuje w kodeksach karnych zapisy o zniesławieniu, które jako jedną z możliwych kar przewidują pozbawienie wolności – stwierdził IPI. – Wciąż toczą się nowe postępowania, a dziennikarze nadal są skazywani na podstawie prawa karnego”.

Nie tylko Polska. Jak władza polityczna zawłaszcza media

Sukces wielu demokracji na świecie wziął się między innymi z tego, że pozwalano prasie eksperymentować, popełniać błędy i uczyć się na nich. Dlatego władze i społeczeństwa obywatelskie powinny dopilnować, by wolna prasa była wspierana, nawet – lub zwłaszcza – jeśli się dopiero rodzi.

 

**
Josh Friedman jest laureatem Nagrody Pulitzera, byłym prezesem Komitetu Ochrony Dziennikarzy (Committee to Protect Journalists) i dyrektorem programów międzynarodowych w Podyplomowej Szkole Dziennikarstwa Uniwersytetu Columbia. Obecnie przewodzi radzie doradczej Logan Nonfiction Program, zasiada w radzie doradczej Dart Center for Journalism and Trauma i jest wiceprezesem Carey Institute for Global Good.

Copyright: Project Syndicate, 2019. www.project-syndicate.org. Z angielskiego przełożyła Aleksandra Paszkowska.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.